Fandom

Scratchpad

Dzieje bohaterów 2 - Olbracht Nase

216,050pages on
this wiki
Add New Page
Discuss this page0 Share

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.


Początki

Po skumaniu się z pewnymi ludźmi wpadł w tarapaty w Middenheim i musiał opuścić to miasto. Stał się banitą. Zwał się: Olbracht Nase. Ta część historii drużyny pisana jest z perspektywy tego bohatera.

Od tej pory cała drużyna obserwowana była przez SOWĘ (siedzieli na krzesłach a ona na nich patrzyła).

Drużyna pomogła złapać szajkę porywaczy koni i zaofiarowała się eskortować wóz pewnego kramarza. Po drodze do celu wydarzyło się coś co odmieniło ich całkowicie. Spotkali jakieś dziwne zwierzęta - duże jaszczury chodzące - o dziwo - na dwóch nogach. Część drużyny zwariowała (Fortunat). Na szczęście reszta przeżyła i cało dotarła do celu. Tam zabili Porwiwoła ( Jurgen Klaus tego dokonał) a następnie, w jaskini, dużego jaszczura. Jak się potem okazało był on matką z dzieckiem. Ścigały ich uprzednio spotkane stwory. My uratowaliśmy dziecko, okupiliśmy to stratą myśliwego. Zostawiliśmy Fortunata w wiosce.

No i zaczął się nowy rozdział naszego życia. Zamieszkaliśmy w lesie i wychowaliśmy stworka Mergeth, który w ciągu 2 lat wyrósł na całkiem dużego jaszczura i odszedł gdzieś.
Na górę strony

Kotlina Wartenbuch

Mergeth wróciła - była duża i bardziej nieludzka. Kazała nam przynieść z kotliny Wartenbuch pewną roślinę, która tylko tam rośnie. Dziwne było to, że nie mogła ona sama tam pójść i sobie jej wziąć. Z perspektywy czasu wydaje się, że Kotlina była strzeżona przez Kamienni Strażnicy, a niespotykana gdzie indziej roślina mogła być tworem Nemerii, która tam mieszkała. Nie wiedząc o tych przerastających nas okolicznościach zgodziliśmy się.

Dotarliśmy na miejsce bardzo szybko (wędrowaliśmy we mgle razem z Mergeth, tak przebyliśmy bardzo dużo mil w ciągu jednej nocy). Przy wejściu do niej natrafiliśmy na oddział goblinów i zniszczoną, a w dodatku spustoszoną wioskę.

Ominęliśmy ich jednak i poszliśmy dalej. Po drodze uratowaliśmy jakiegoś człowieka. Dotarliśmy do następnych wiosek - też były spustoszone. Obok nich trafiliśmy na dworek. W środku nie było nikogo (były natomiast 3 głowy wysłańców Mergeth).

Wzięliśmy sobie co się dało i poszliśmy dalej. No i w końcu natrafiliśmy na zamieszkaną wioskę. Mieszkali w niej mili ludzie. Od nich dowiedzieliśmy się o tym, iż gobliny oblężają zamek szlachcica Wieźna. Zaprowadzili oni nas do osady gnomów. Tam koczowali uciekinierzy z kotliny. Przywódcą ich był szlachcic Marcel Schlieman herbu Wołycz. To właśnie jego dworek zrabowaliśmy. Niestety wyszło to na jaw. Zostaliśmy oskarżeni i skazani. Uratował nas sąd boży - ujeżdżanie Nahaja.

Zwiedziliśmy wioskę gnomów - Sodenringen - oraz sprawdziliśmy siłę goblinów. W wiosce gnomów poznaliśmy 4 mistrzów ( Apurkin – mistrz księgi osady, Khazdil – mistrz kapłan Ringliego, Fredolio mistrz od wyrobu przedmiotów, De Bigossi - mistrz magii ). Dwaj z nich (Khazdil i Apurkin) kłócili się o zegar w osadzie.

Należy wspomnieć, iż pomogliśmy mistrzowi magii. Prowadził on eksperymenty na Skawenach – wytwarzał flety – broń na Skawenów, którą dostarczał do Middenheim. Jeden z nich mu uciekł, a my sprowadziliśmy go z powrotem, za co otrzymaliśmy czarodziejski flet. Wszyscy w kotlinie postanowili pójść na pomoc oblężonemu |Wieźnie. Po naradzie całej kotliny postanowiliśmy wydać bitwę przeciwnikowi.

Udaliśmy się jeszcze do wioski Kurzberg. Mieszkali w niej dziwni ludzie - żyjący w zgodzie z naturą. Ludzie, którzy nie wiedzą co to przemoc. Wyjawili nam prawdę o początkach kotliny. Oo tym, iż kotlina jest pod opieką boginki Analii (córki Nemerii i Olafa). Powiedzieli również, że kotliny powinni strzec Kamienni Strażnicy, ale obudzić ich umiał tylko kapłan Taala, który został zabity. Postanowiliśmy się więc udać na miejsce, gdzie przypuszczalnie "spał" strażnik. Przed wejściem na górę, gdzie drzemał strażnik wypowiedzieliśmy zaklęcie: ”dimone errate fohhondre ir ...tu imię wchodzącego... questene”. No i udało nam się go obudzić. Saxon umiał nawet nim "sterować", ale pojawiła się Analia i zabrała strażnika ze sobą.
Na górę strony

Przygotowania do bitwy i bitwa + wioska gnomów

Gnomowiwisektor

Gnomowiwisektor - machina zbudowana przez niewinnego Hogo i pokojowe stworzenia - gnomy celem wygrania bitwy

Tak więc pełni nadziei na pomoc strażnika udaliśmy się na naradę wojenną całej kotliny, podczas której wspaniałomyślnie zrzekliśmy się udziałów w nagrodzie za zwycięstwo w bitwie. No i rozegrała się krwawa walka. Ja pokonałem wodza armii wroga - Morgluma Karkołamacza. W bitwie poszkodowanych zostało wielu mieszkańców kotliny. Należy też wspomnieć, iż kamienny strażnik się nie pojawił!.

Nasza drużyna pomimo braku sił pomogła w kopaniu grobów, robieniu krzyży na nagrobki i wywożeniu ciał goblinów. Następnie Wieźna wydał ucztę na cześć zwycięstwa. Od tego czasu cała nasza drużyna przestała go lubić - przywłaszczył sobie zwycięstwo w bitwie (chociaż przez cały czas siedział zabarykadowany w zamku). Starał się także namówić nas do służby u niego, ale my się nie zgodziliśmy. Widać było jaką niechęć ten człowiek czuł do Schliemana, człowieka, którego my polubiliśmy, tak więc rozstaliśmy się z nim w niezbyt przyjacielskich stosunkach.

Podczas gdy u niego nocowaliśmy zauważyliśmy w nocy potężny błysk na niebie. Udaliśmy się do wioski gnomów i tam spotkała nas niemała przykrość. Otóż opętało coś tą rasę. Wszystkie gnomy stały się agresywne, mało nie zginęliśmy, ale udało nam się uciec (uratowaliśmy także żonę i dzieci Schliemana). Zastaliśmy całą kotlinę w lodzie. Spotkaliśmy Schliemana, który przekazał nam, iż wieśniacy pod przewodnictwem kapłana Urlyka chcą spalić wioskę Kurzberg. Nasza drużyna zapobiegła rzezi i spaleniu wioski (zabitych zostało kilku wieśniaków, oraz spalonych kilka domów). Pomogliśmy wieśniakom dojść do siebie i przenocowaliśmy tam. Następnego dnia dowiedzieliśmy się, iż Analia zginęła, a także ma zginąć w swoim świecie (tak, Analia ma swój świat - wejście do niego znajduje się za wodospadem) a zabić ją tam ma jej siostra - Hopfena. Tak więc my jako odważni i nieustraszeni wojownicy postanowiliśmy pomóc Analii.
Na górę strony

Świat Analii

Przeszliśmy próby Analii (ziemia, miód, miłość - to są odpowiedzi na pytania testowe Analii) i weszliśmy do jej świata. Drzwi do ogrodu po naszym wejściu się zamknęły. Nie mieliśmy więc odwrotu. Przytrafiło nam się wiele przygód - wędrowaliśmy po labiryncie z krzewów, spotkaliśmy babcię, która zatruwała podróżnych swoją herbatką, kamienne posągi, które się poruszały, kamiennego poetę mówiącego poemat o wilczycy, staw w którym żyły czyjeś zwłoki, stodołę z żyjącymi lalkami oraz trafiliśmy na podniszczoną świątynię Morra, a w niej postać klęczącą na ziemi - a właściwie to posąg, który był w nienaruszonym stanie.

W świątyni nie można było się modlić, ponieważ przy każdej próbie modlitwy rzucały się na nas wilki zrobione z żywopłotu. Znalazłem tam także monety z wizerunkami każdego z nas. Podczas całej podróży po labiryncie trafialiśmy na ludzi strzygących żywopłot - dziwnie się zachowywali - jacyś anemicy i półgłówki. Następnie trafiliśmy na kilku opryszków wałęsających się po labiryncie - zostali oni tu wezwani przez Hopfenę z piekła i mieli oni jej służyć w jakimś planie. Dowiedzieliśmy się także, że niedługo ma się odbyć uroczystość zabicia Analii. Właśnie z rąk jednego z nich uratowaliśmy Damarę - kobietę, która także (chyba przez pomyłkę) została tu ściągnięta. Następnie ujeżdżałem kamiennego rumaka, który zawiózł mnie do bram pałacu Analii - Hopfeny. Uczestniczyliśmy także w turnieju strzelniczym, który ja wygrałem.

No i znaleźliśmy się w pałacu. Tam spotkaliśmy się z okropnymi obrazami na ścianach - przedstawiającymi sceny mordu. Na ich widok popełnił samobójstwo nasz przewodnik. Rozdzieliliśmy się i szukaliśmy Analii. Trafiliśmy na pokój z okropnie grubą babą, która jakoś magicznie zniewalała niektórych z nas ( na szczęście nie mnie), tak więc zginęła z rąk Józefa. Następnie trafiliśmy na drzwi do pokoju Hopfeny, obok nich we wnęce na ścianie pod obrazem leżał klucz. Niestety był on niematerialny, i niepotrzebnie stoczyliśmy walkę z postacią przedstawioną na obrazie.

Trafiliśmy jeszcze na komnatę, w której znaleźliśmy wisiorki, które każdy z nas na siebie nałożył. Potem wreszcie trafiliśmy na odpowiedni korytarz i dotarliśmy do komnaty pełnej luster. Stoczyliśmy okropną walkę z człowiekiem-szlachcicem z lustra (zginął myśliwy – już drugi myśliwy naszej drużyny). I poszliśmy dalej.

Przeszliśmy przez szklarnię z roślinami - znaleźliśmy płaszcz i brożkę z napisem UNOSAR oraz zaklęciem z tyłu. Stamtąd trafiliśmy na plac, gdzie była scena i dużo ludzi. Na scenie występowały uprzednio spotkane lalki. Porozmawialiśmy także z człowiekiem ubranym na czarno (jego rzeźba była w świątyni Morra). Okazał on się strażnikiem ogrodów. Nie chciał on nam pomóc pomimo tego, że nie lubił Hopfeny. Odpowiedział na kilka pytań i to wszystko na razie o nim. Później okazało się że nazywa się Nepretise i jest "programem-ojcem tego statku" - nic nie zrozumieliśmy, ale pojeliśmy że może być użyteczny (nb. on to pojawił się kilka lat później przy ognisku gdzie zgineła Babuna Moeschner). Następnie na scenie pojawił się zdrajca - uczeń kapłana Urlyka - Gerard. Okazało się że służy on Hopfenie. Potem pojawiła się Hopfena. Opowiedziała historię, jak to ona była torturowana przez swoją siostrę - Analię - i o tym że teraz nadeszła pora zemsty. Postanowiła zabić Analię. W obronie Analii stanęła tylko Damara. Mało nie przypłaciła tego życiem.

My nadal nie wiedzieliśmy jak uratować Analię. Na szczęście dzielny Hogo wpadł na odpowiedni pomysł i przeczytał to co było napisane na znalezionej brożce. Wtedy błysnęło wszyscy zostali oślepieni - Hogo stracił oko, ale Analia zaczęła uciekać. My z nią. Po jakimś czasie ucieczki Analia wpadła na super pomysł - ponieważ jest ona słaba , a nie może wyjść na zewnątrz bo żyje już tylko w tym świecie, to zabijemy ją- jej egzystencję przelejmy do kryształowej kuli. Uciekniemy z tego świata, zamkniemy drzwi do niego aby nikt go nie opuścił, znajdziemy przedmiot z identycznymi właściwościami do tego w którym będzie Analia, tylko że z Hopfeną, rozwalimy go (wtedy Hopfena zginie) i wrócimy z naszą kulą (z Analią w środku) do ogrodów Analii i ona już tu będzie rządzić.

Tak więc Józef zabił Analię, i już mieliśmy wychodzić, gdy drogę zagrodził nam ten czarno ubrany typ. Nie chciał nas wypuścić, ale po negocjacjach pokazał nam jak zamknąć drzwi do tego świata, a my mu obiecaliśmy, że zabijemy Hopfenę. Z nami chciała iść także Damara ale strażnik jej nie puścił - to był szok dla nas - została ona skazana na męki ze strony Hopfeny. Tak więc wyszliśmy z ogrodów.
Na górę strony

Pomoc Kurzberg - gnomi szlak

Zamknęliśmy przejście. Byliśmy ranni i wszyscy pomdleliśmy. Znaleźli nas wieśniacy z KurzBergu. Leczyliśmy się u nich. Następnie schowaliśmy kulę z Analią ( zakopaliśmy ją na polu w pobliżu domu Schliemmana - miejsce to znam tylko ja i Hogo).

Następnie zaczęły się dziać dziwne rzeczy - otóż ci, którzy zginęli w tamtym świecie nie powinni żyć, a żyli. Mam na myśli naszego przewodnika i myśliwego. Otóż pewnej nocy przwodnik chciał nas zabić. Złapaliśmy go i uwięziliśmy. Potem przybył do nas Gosno (gnom) i zaproponował ucztę na naszą cześć, którą chcą wydać jego pobratymcy. Udaliśmy się z nim i wzięliśmy razem z sobą naszego więźnia. Po drodze on i myśliwy mało nas nie zabili - zginął przy tym przewodnik.

Wróciliśmy do wioski Kurzberg. Tam przesłuchiwaliśmy myśliwego. Okazało się że jest on pod wpływem Gerarda(tego zdrajcy). Żądał on od nas zniszczenia kuli z Analią. My odmówiliśmy, a Józef go zabił. Gerard przeniósł się jednak w ciało Józefa, a potem w ciało Gosna. My chcąc ratować Gosna powiedzieliśmy jakiś głupi wierszyk mający wyjaśnić gdzie ukryta jest Analia. On opuścił Gosna (Gosnowi pomogła Analia). Analia przekazała także przez Gosna wiadomość do mnie - miałem stawić się przy grobie drogiej jej osoby. Udałem się do grobu Olafa - jej ojca i modliłem się. Analia rozmawiała ze mną. No i stało się - od tamtej pory jestem strażnikiem grobu Analii. Mam za zadanie zniszczyć przedmiot podtrzymujący Hopfenę przy życiu. Może on znajdować się w lesie Danhaim leżącym na płn-wschód od kotliny Wartenbuch.

Następnie odpoczęliśmy. Odwiedzałem Shliemmana, aż pewnego dnia szlachcic poprosił mnie i moich kumpli abyśmy odbili człowieka z jego wioski (młynarza Józefa Mullera), którego uwięził Wieźna. Dołączył do nas wieśniak mający zdolność oswajania zwierząt (na mię mu Waclaw). Dotarliśmy do zamku Wieźny i Hogo z wieśniakiem weszli do środka. Niestety wieśniak nie potrafił oswoić wilka, no i mało nie przypłacił tego życiem. Udałem się do środka - ogłuszyłem wilka. Przeszukaliśmy pomieszczenia. W jednym z nich trafiliśmy podziemny korytarz. Wpadliśmy w masę pułapek, ale doszliśmy do celu. W jednej z nich był wieśniak, kilka było pustych, oraz w jednej były chyba orki. Niestety nie udało nam się ogłuszyć strażnika i niestety po walce zabiliśmy go. Uwolniliśmy wieśniaka. Potem aby oczyścić ślady wrzuciliśmy orkom klucze i uciekliśmy. Niestety ktoś nas zauważył. Uciekliśmy jednak. Po rozmowie z Schliemanem ukryliśmy się w lesie. Jak się później okazało w lochach były orki - zabiły one 3 drwali i zraniły dużą ilość najemników.


Następnego dnia do wioski Kurzberg przybył wysłannik Wieźny i obwieścił, że od jutra ta wioska będzie jego. My postanowiliśmy pomóc. Zwróciliśmy się do Schlimanna z prośbą o to by wziął wioskę wcześniej od Wieźny. Tak też zrobił i zagarnął wioskę na własność. Jednak połowa wioski (40 osób-od dzieci do starców) postanowiła się wynieść - nie chcieli żyć pod władaniem jakiegoś tam szlachcica (mieli według mnie rację, ponieważ nawet Schlieman okazał się niezbyt dobry - stwierdził, iż trzeba będzie nawrócić wioskę na wiarę Sigmara). My postanowiliśmy ich eskortować do nowej kotliny, którą widział kiedyś Gosno. Musieliśmy jednak poczekać na konfrontację z ludźmi Wieźny, którzy mieli przejąć wioskę. Gdy przybyli, okazało się, że przybyło 21 drwali. Udało się nam ich przekupić i wynająć pod komendę Schliemana. Gdy te sprawy były załatwione mogliśmy ruszać w drogę do nowej kotliny.

Wzięliśmy jedzenie i wyruszyliśmy. Droga była z początku łatwa, poruszaliśmy się więc raczej szybko i pod wieczór dotarliśmy do domu ranagera gnomskiego - Suprafiana. Przenocowaliśmy tam i przy okazji przegraliśmy w kości całą kasę. Dowiedzieliśmy się także, że w okolicy coś się przebudza - zło. Zabici zostali wszyscy druidzi z pobliskich lasów. Rano traper oznajmił nam, że za nami ruszyło 5 osób. Wiadomość tą przekazała mu osada gnomów. Ruszyliśmy dalej - tym razem oglądając się za siebie.

Poruszaliśmy się dalej w dość dobrym tempie. Dotarliśmy więc do miejsca przewidywanego na nocleg (nocowaliśmy przy stawie). Rano wyruszyliśmy dalej. Oglądaliśmy się ciągle za siebie. Po kilku godzinach marszu doszliśmy do półki skalnej (b. wąskiej i ciągnącej się przez 600 metrów). Z dużym trudem pokonaliśmy tą przeszkodę i zajęło nam to dużo czasu, tak więc Józef dostrzegł naszych prześladowców. Postanowiliśmy poczekać na nich na końcu półki. Wieśniacy odeszli od nas na 15 minut drogi.

Zaczailiśmy się i gdy tylko pokazały się na początku półki skalnej osoby, my wyszliśmy z ukrycia mierząc do nich z kusz i łuków. Po krótkiej rozmowie stwierdziliśmy, że nasi przeciwnicy są dość uparci i że nam nie odpuszczą. Waclaw wysłał w ich kierunku ostrzegającą strzałę, co spowodowało, iż jeden z napastników przestraszył się i spadł z półki zabijając się przy okazji. Po pewnym czasie reszta zbirów przypuściła atak na nas. Udało mi się dwóch spośród nich unieszkodliwić, a reszta się schowała. Ich dowódca był bardzo uparty i nie chciał nam darować-twierdził iż zabiliśmy jednego z jego towarzyszy i że musimy za to ponieść karę. Wyzywał nas na pojedynek i przezywał tchórzami i zbójcami. My go sobie olaliśmy.

Postanowiliśmy wziąć jednego jeńca i poszliśmy dalej. Zastawiliśmy drugą zasadzkę, i w nią wpadła następna dwójka napastników. Tak więc po krótkiej rozmowie z jeńcami zatrzymaliśmy ich przywódcę i puściliśmy na wolność resztę. Przywódca ma na imię Iwan Swetuszko i jest wynajęty przez Wieźne do złapania wieśniaków, których my ochranialiśmy. Jest on zagorzałym wyznawcą Sigmara i jest bardzo uparty - nie chciał zrezygnować ze śledzenia nas. Tak więc stał się naszym więźniem. Poszliśmy więc dalej.

Minęliśmy uszkodzony most, przy którym znajdował się grób trolla, który kiedyś pobierał myto za przejście oraz widzieliśmy pomnik krasnoluda i gnoma, którzy pokonali tego trola. Pod wieczór doszliśmy do chaty, gdzie mieliśmy spędzić noc. Na nasze nieszczęście w nocy zaczęły w około zbierać się wilki. Nagle wszystkie jakoś się zebrały i pobiegły w kierunku z którego przyszliśmy. Po jakimś czasie usłyszeliśmy krzyki o pomoc. Ruszyliśmy po chwili zastanowienia (tak jak my to zawsze robimy) na odsiecz. Ku naszemu zdziwieniu zastaliśmy Saxona1, siedzącego na 5 metrowej skale, otoczonego przez wilki. Przepłoszyliśmy bestie i uwolniliśmy naszego nowicjusza Morra. Udaliśmy się wszyscy do miejsca spoczynku. Po pewnym czasie wilki znowu nadeszły. Jednak jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności przebiegły tylko koło naszego obozowiska.

Rano ruszyliśmy dalej, oczywiście w nocy zakłócony został porządek wartowania ( Józef sprytnie się wymigał ) i ja wartowałem dwie warty. Ruszyliśmy więc dalej. W ciągu dnia doszliśmy do 8 metrowej półki skalnej( „biedni” starcy musieli być wciągani przez nas na górę – tak więc to my byliśmy chyba raczej „biedni”). Zajęło to duuużo czasu. Trafiliśmy niestety na pewną przeszkodę – druida Fridricha Grinberga, który strzeże „orlej ścieżki”. Ponieważ w tym czasie orły mają sezon lęgowy, nie można ich niepokoić. Oczywiście Gosno wiedział o tym, ale nam nie powiedział. Druid przestrzegł nas przed czymś, co nazwał Vendi. Nie chciał nas jednak poinformować, co to takiego. Podobno jest to bardzo groźne i krąży po okolicy (może jakaś idea). Nie można także zbaczać ze ścieżki i nie można zapędzać się w „ciemne” miejsca. My porozmawialiśmy jeszcze z druidem i przekonaliśmy go, że jesteśmy „dobrą” drużyną i że może nas przepuścić (on się zgodził, ale wtedy niewyparzony język Hogo obraził druida, który się zburmuszył i odszedł – Hogo musiał go przepraszać, aby dostać pozwolenie na przejście przez „orlą ścieżkę”). Ruszyliśmy więc dalej.

Po kilku godzinach dotarliśmy do gniazd orłów. Były one ogromne – podobno rozpiętość skrzydeł tych ptaków dochodzi nawet do 15 metrów, nie dziwne więc chyba było to, że nie chcieliśmy ich wypłoszyć – kto chciałby z nimi walczyć - chyba tylko jakiś samobójca. Dzięki wcześniej opisanej półce nie dotarliśmy na czas do noclegowni.

Dotarliśmy tam więc następnego dnia. Zastaliśmy spalony szałas i ani śladu po gnomie, który w nim mieszkał. Naszą uwagę zwróciła glina, która była wypalona w koło domu (temperatura musiała być więc bardzo wysoka). W glinie tej wytopione były ślady stóp – wyglądały jak bardzo duże ślady wilka – znaleźliśmy także szarą sierść na krzakach na wysokości 1,5 metra. Wydało nam się to bardzo dziwne. Ruszyliśmy dalej. Znowu trafiliśmy na coś dziwnego – kilkaset metrów od drogi zauważyliśmy ptaki krążące nad ziemią. Gosno postanowił to sprawdzić – jego czterej koledzy wracali w tym czasie ze studiów. Niestety my mieliśmy misję i narażanie życia wieśniaków było wykluczone. Pomni też ostrzeżeń druida postanowiliśmy iść dalej – Gosno się zbuntował, wzięliśmy go więc z sobą siłą.

Ruszyliśmy w ostatnią część podróży. Postanowiliśmy w pełni zaufać Iwanowi i oddaliśmy mu jego broń i pancerz. Postanowiliśmy się także zmierzyć na miecze ( oczywiście na żarty). Owinęliśmy miecze w materiał i starliśmy się. Ja wygrałem. ale przy drugim cięciu nieszczęśliwie rozwaliłem nogę Iwanowi. Niestety rana byłą poważna i Iwan stracił czucie w nodze (trochę głupio mi było z tego powodu). Ruszyliśmy dalej i po dwóch dniach bez przeszkód dotarliśmy do kotliny. Zostaliśmy tam dwa dni i ruszyliśmy z powrotem. Iwan postanowił zostać, aby wyleczyć nogę.

Po dwóch dniach wędrówki dotarliśmy do miejsca nad którym latały ptaki. Znaleźliśmy tam spalone szczątki muła i ciało gnoma – studenta gnomskiego. Zgodnie z przyjętymi zasadami pochowaliśmy ciało, odprawiliśmy krótką modlitwę i poszliśmy dalej.

W czasie noclegu, podczas warty Hoga, jakoś w niewyjaśniony sposób zniknął Gosno. Nie wiedzieć jak, ale Hogo nie zauważył jak Gosno wymknął się z obozowiska. Obudziliśmy się więc w środku nocy i poszliśmy szukać Gosna.

Przypuszczaliśmy, że poszedł on na miejsce, w którym znaleźliśmy nieżywego gnoma. Tam też trafiliśmy na świeże ślady. Ruszyliśmy po nich. Szliśmy i szliśmy i szliśmy i szliśmy, aż Saxon usłyszał, że ktoś się zbliża. Niestety głośno nas o tym poinformował i ten ktoś uciekł od nas.

Następnie natrafiliśmy na ślady krwi i zbitą szklaną kulę. Stamtąd też widać było wyraźny ślad ciągniętego po ziemi ciała – ruszyliśmy tym ciekawym tropem. Po pewnym czasie nadleciała strzała z lasu. Trafiła Waclawa. Ostrożnie więc poszliśmy dalej.

Ślady doprowadziły nas do jaskini. Dziwna to była jaskinia – szła nie w głąb skały, ale w górę i w dół. Ja poczułem, że jest to „dobre miejsce”. Tak więc pod ostrzałem z lasu weszliśmy do środka. Naszą uwagę zwróciły dwie liny przywiązane do kamieni leżących przed jaskinią i idące do jej środka – jedna w górę, a druga w dół. Nikt nie chciał iść w dół, tak więc ja i Hogo postanowiliśmy „przetrzeć szlak”. No i zapłaciliśmy za to pewną cenę. Otóż na Hogo spadł, a mi wpił się w tyłek duży szczur.

Walczyliśmy więc z dwoma potężnymi przeciwnikami. Hogo został cały poszarpany, a ja „miałem z dupy jesień średniowiecza”. Moją sytuację pogorszył jeszcze Saxon, który ratując mnie strzelił tak silnie z łuku do szczura, że strzałą wbiła mi się w tyłek. Z lasu ciągle leciały na nas strzały. Zeszliśmy więc na dół. Tam zaczailiśmy się na stwora, który w nas strzelał. Akcja się udała i ja z Józefem zabiliśmy naszego prześladowcę, którym okazał się Skawen.

Poczuliśmy się bardzo dobrze i pewnie. Poszliśmy dalej. Natrafiliśmy na następną przeszkodę - 2 metrowego Skawena – jadł on właśnie jakiegoś człowieka. Jego widok sprawił, że wszyscy (oprócz „twardego Józefa”) zaczęliśmy uciekać. Oczywiście jesteśmy nieporadni i wszyscy się przewróciliśmy. Skawen nas jeszcze roztrącił i gdy chwilę później ja walczyłem z nim bez wiary w zwycięstwo, Hogo zdobył się na wielki czyn i zabił Skawena jednym rzutem kulki (w twarz – pysk).

Ten fakt tak nas uradował, że poczuliśmy się niezwyciężeni. Ruszyliśmy bez żadnych obaw dalej. Nie obawialiśmy się niczego. Doszliśmy do następnej komnaty. W niej znajdowało się trzech Skawenów. Dwóch z nich pracowało w kręgu zrobionym ze stalaktytów i stalagmitów. Kuli oni jakieś zielone kamyki. Przywiązani byli oni linami do stalaktytów. Pilnował ich trochę większy Skawen. My spokojnie ruszyliśmy na nich. Wystrzeliliśmy w strażnika z kusz. Niestety żaden z nas nie trafił. On ruszył na nas, co spowodowało u nas wybuch śmiechu – bo co on – słabiak (ciastkarz jakiś) mógł nam zrobić? Trochę go to speszyło.

Wtedy do ”roboty” zabrał się Hogo. Rzucił mu kulką w twarz i zabił go na miejscu. Bardzo nas to rozbawiło – taczaliśmy się prawie po ziemi ze śmiechu. Ja zobaczyłem, że dwa pozostałe Skaweny próbują się uwolnić. Zabiłem je „ z palcem w d...”. No i wszystko było by dobrze, gdyby nie Saxon.

Zaczął się on zastanawiać nad naszym postępowaniem. Stwierdził, że źle robimy poddając się manii zabijania. No i przekonał o tym Hoga i mnie. Konsekwencją tego był powrót do wcześniejszego stanu fizycznego i duchowego. Czuliśmy się znowu słabi i bezsilni. Ja poczułem, że od zielonych kamyków, które nazbierał sobie Hogo „bije” zaraza. Pozbyliśmy się więc ich. Ruszyliśmy dalej. Stanowiliśmy 3 drużyny – ja, Saxon i Hogo oraz jednoosobowe drużyny: Waclaw – który nie dał się przekonać i Józef, który się obraził na wszystkich i chciał już sobie od nas pójść.

Doszliśmy do następnego pomieszczenia. Przywitał nas widok korpusu ludzkiego, który był zjadany przez Skawena, który widząc nas zaatakował. Zabiliśmy go, a następnego ciężko raniliśmy. Muszę także wspomnieć o dziwnym zachowaniu Waclawa, który na widok zwłok zaczął się oblizywać i zemdlał. Doszliśmy do sali tortur. Tam znaleźliśmy 3 gnomów. Jeden z wydłubanymi oczami i nabity na pal nie żył już. Jeden miał zmiażdżoną głowę, a ostatni miał coś w odbycie. Dwaj ostatni żyli. Uwolniliśmy więc ich i opatrzyliśmy. Tak więc pomimo narastającego strachu ruszyliśmy dalej – do ostatniej komnaty – w poszukiwaniu tego, który nas w to wpakował, czyli naszego gnomskiego przyjaciela – Gosna.

Ostatnia komnata – nie udało nam się zaskoczyć znajdujących w niej Skawenów. Musieliśmy więc stoczyć z nimi okropną walkę – ja zostałem osmalony przez miotacz ognia, Waclawowi zmiażdżyli lewą rękę, a Saxon stracił lewą dłoń i gdyby nie moja udana modlitwa błagalna o jego zdrowie do Nemerii, to chyba by już nie żył. W bitwie zginęło 2 Skawenów, a 2 zostało pojmanych.

Uwolniliśmy Gosna. Znaleźliśmy także coś, co było zatopione w skale – jakąś skrzynkę. Wydobyliśmy ją, a gdy do niej dotknąłem, to poraził mnie prąd. „Dosyć wrażeń na dziś” – pomyślałem i udaliśmy się w drogę powrotną. Przy wyjściu z jaskini zniszczyłem jeszcze miotacz ognia i kazałem jeńcom – czyli 2 Skawenom, którzy przeżyli i tym samym stali się naszymi jeńcami, by zawalili wejście do jaskini. Udaliśmy się na trakt – tam pochowaliśmy ciało jedynego gnoma, który nie przeżył tortur.

W drodze powrotnej mieliśmy nadzieję na spotkanie z Fridrichem Grinbergiem, ale niestety się nie udało. Doszliśmy więc do osady Gnomów. Tam odpoczęliśmy tydzień.

Po pięciu dniach obudził nas Gosno. Cały ubrany był w białe szaty. Zaprowadził nas do łaźni, gdzie wszyscy zostaliśmy umyci przez gnomki. Następnie zaprowadzono nas do jadalni. Tam każdy z nas zjadł po 3 ryby. Potem odwiedziliśmy kuźnię. Tam musieliśmy wykuć coś dla gnomskiego boga (Grungniego). Ja wykułem ul i osę z niego wylatującą. Potem wykute przedmioty złożyliśmy na ołtarzu.

No i dowiedzieliśmy się, że jesteśmy od tej pory obywatelami osady Sodenringen. Potem musieliśmy rozbawić Gnomów. Zrobiliśmy przedstawienie i było dużo radości. Hogo został zauważony przez Grungniego i dostał od niego super śmieszny kawał (czym się różni skowronek od pedała? Niczym obaj mają zasrane drążki). Było dużo radości.
Na górę strony

Jarmark

Następnego dnia odbył się jarmark, z okazji przybycia namiestnika – Adolfa von Predricha. Razem z nim przybyli tam: tłusty Herman Folke – syn kasztelana będący pod opieką Adolfa, Patrich von Elce – kolega Hermana, Joszke Bansztain – pisarz, Vidrich Loumpert – kapłan Sigmara i Otto von Modke – dziesiętnik. Marcel Wilhelm Schlieman przedstawił nas rodzinie Wieźny – Berguncja – żona, Serafinia - matka, Vincent – kapłan Urlyka, Maurycy – syn(20), Kunegunda, Bonara, Freuzyna – córki. Następnie zapoznani zostaliśmy z namiestnikiem i jego ludźmi. No i zaczął się jarmark. Jedli my, pili i się bawili. Oczywiście nie zabrakło turniejów, w których nasza drużyna wiodła prym.

Najpierw Olbracht doszedł aż do finału turnieju strzelniczego i zajął w nim 2 miejsce. Najpierw strzelał z łuku do tarczy – trafił 2 na 3 strzały, potem ze 150 metrów strzelał do tarczy – trafił 1 na 2. Następnie trzeba było trafić do zająca biegającego po dziedzińcu zamku – trafił jako pierwszy – 1 strzałą. Potem przegrał w finale ze strażnikiem dróg.

W następnym turnieju, polegającym na wspinaniu się po 5 metrowym palu drugą nagrodę zdobył Józef a pierwszą Waclaw (potłukł się on przy tym bardzo, gdyż spadł z samego szczytu). Następnie Olbracht spadł jako przedostatni z konia przy ujeżdżaniu. Wygrał strażnik dróg.

No i największe zaskoczenie – przy ostatnim turnieju Józef zajął 1 miejsce siłując się na rękę w finale z De Bigossim (Józef popisał się nie tylko siłą i wytrzymałością, ale też inteligencją – opowiedział mu kawał po czym De Bigossi nie mógł się już siłować i przegrał).

W tym dniu zaczęły także do nas ciągnąć dziewczyny. Józef dostał propozycję ręki córki młynarza Józefa Mullera. Waclaw chciał zdobyć przychylność Asuanyvalaszki, ale niestety nie udało mu się i prawie wpadł w łapy wstrętnej Mauadra. Saxon zakochał się w młodszej od siebie o ponad 20 lat dziewczynie X... . Olbracht dostał najpierw propozycję od sołtysa wsi której ludzi prowadził w bitwie - Filipa Zmunza. Oferta dotyczyła jego córki: Brygidy. Następnie Wieźna na osobności zaproponował mu rękę średniej córki w zamian za zeznawanie przeciw Schlimanowi. Olbracht się nie zgodził i opowiedział Adolfowi von Predrichowi co się zdarzyło podczas bitwy. Gdy tak się bawiliśmy, do Waclawa przybiegła przestraszona Mauadra, zaginęła jej koleżanka Asuana.

Po poszukiwaniach znaleźliśmy ją związaną i odurzoną w lesie. Porwali ją Herman von Folke, Maurycy Wieźna i Patrich von Elce. Szybka akcja pozwoliła ją uratować. Zanieśliśmy ją do jej szałasu i odbyliśmy ciekawą rozmowę z jej dziadkiem.

Podobno u Valachów ma nadejść dzień Vendigo – jest to samo udoskonalenie się, czy coś takiego. Valachowie nie mogą chodzić w zakazane miejsca, których strzegą druidzi. Podobno kryje się tam coś co może być wykorzystanie do złych czynów. Podobno wilki atakują ludzi w tamtych górach. Źle się dzieje. My skojarzyliśmy, iż w pobliskich górach też nie ma już druidów i że Fridrich Grinberg ostrzegał nas przed jakimś Vendi. Pod koniec dnia przyszedł do nas człowiek, którego uratowaliśmy przy wejściu do kotliny – Klaus Ostenbruk. Dziękował nam bardzo (w sumie to mu się nie dziwie).

Następnego dnia Olbracht uczestniczył w uroczystości nadania wiary dla dziecka ze wsi Naderecht. Dziecko ma na imię Adam, a Olbracht wybrał mu wiarę oczywiście Nemerii. Gdy te uroczystości się zakończyły, przyszedł czas na sąd. Otóż Wieźna wytoczył przeciwko nam wiele spraw: o zagarnięcie wioski Kurzberg, o przejęcie drwali, Hoga oskarżył o włamnie się do zamku, a Józefa o to, że opuścił ziemię, jaką mu przydzielił. Następnie oskażył Józefa młynarza o kłusownictwo i wycinanie drzew, a Schliemana o zabranie wsi i ziem. Schlieman natomiast oskarżył go o zdradę i próbę zagarnięcia całej kotliny.

No i zaczęły się rozprawy. Po pierwsze uratowaliśmy Józefa młynarza – jeleń, którego przyniesiono jako dowód, nie był jeleniem królewskim, a także okazało się, że nie ściął on jeszcze żadnego drzewa. Gorzej było z naszym Józefem – zająknął się on podczas przysięgi, co świadczyło na jego winę i stał się od tej pory chłopem Wieźny. Następnie rozstrzygnąć miała się sprawa wioski i drwali. No to nasz ukochany Saxon zdecydował się na sąd boży i przeszedł boso po rozżarzonych węglach. O dziwo nawet go nie zabolało.

Następnie Hogo przyszedł z całą społecznością gnomią, która się za nim wstawiła – oczywiście został on uniewinniony. Podczas procesu na naszego Józefa spadły podejrzenia o liczne kradzieże podczas jarmarku. Zabrany został na salę tortur, ale na szczęście wina nie została mu udowodniona. To był koniec 1 dnia procesu.

Niestety – nie był to koniec dnia. Otóż przybyła do nas jedna osoba ze wsi Kurzberg – okazało się, że jakaś kobieta umarła pomimo młodego wieku. Udaliśmy się więc tam. Hogo stwierdził zgon, ale nie z powodu starości, lecz z powodu otrucia. Gdy przepytaliśmy dzieci, to okazało się, że widziały one jakąś postać kręcącą się wkoło wioski – niewysoką, z brodą, wąsami, w płaszczy z kapturem, w szarych spodniach i zielonej koszuli.

Postanowiliśmy wartować w nocy. Nic się jednak nie wydarzyło. Rano znaleźliśmy ślady w pobliskim lesie – jakby ktoś obserwował wioskę. Przestrzegliśmy więc wieśniaków by sami się nigdzie nie oddalali- by chodzili w grupkach. Udaliśmy się na ostateczną rozprawę – między Schliemanem i Wieźną. Rozprawa trwała długo – my włączaliśmy się do rozmowy – broniliśmy Schliemana i oskarżaliśmy Wieźnę. Nasi przeciwnicy bronili się bardzo dobrze, tak więc nie byliśmy pewni ostatecznego rozwiązania tej sprawy. Wynik miał być ogłoszony następnego dnia.

Gdy mieliśmy się udać do wioski, przybiegł do nas Hogo. Niestety – był przestraszony, spodziewaliśmy się najgorszego. Okazało się, że jedna dziewczynka z wsi Naderecht chora jest na nieuleczalną chorobę – leprę. Udaliśmy się tam z Hogiem by ją o tym poinformować. Saxon zobaczył płaczącego Klausa Ostenbruka – to on był nosicielem choroby.

Opowiedział nam swoją historię: 15 lat temu, kiedy miał 25 lat trafił ze swoją drużyną do grobowca Hopfeny!!! Ta kazała im iść do grobu swojego męża i przynieść jakiś przedmiot. Klaus się nie zgodził, więc Hopfena zesłała na niego tą właśnie chorobę. Od tej pory szwęda się on po świecie i męczy się – powoli umierając.

Po krótkiej rozmowie i pewnych wyjaśnieniach doszliśmy do wniosku, że mamy tych samych wrogów. Ruszyliśmy do Adolfa von Predricha z pomysłem, by w górach założyć Leprizoruim – ośrodek dla chorych na leprę. Oczywiście ten pomysł nam się spodobał.

Ruszyliśmy do Kurzbergu i na miejscu niestety spotkała nas już druga ofiara – kobieta, która oddaliła się od grupy w celu robienia kupy. W pobliżu znaleźliśmy na drzewie wełnę owcy. Postanowiliśmy wartować w nocy.

Kiedy robiliśmy obchód po domach , zobaczyliśmy, że drzwi od jednego z domów są otwarte. Ja się przyczaiłem, i jak tu ktoś siekierą w głowę nie rąbnie – jakoś przeżyłem, ale gość uciekł. Niestety pościg nie doprowadził nas do sprawcy. Ślad urwał się po 4 godzinach szukania. Należy dodać, że zginęły 2 kolejne osoby z wioski.

Rano udaliśmy się na rozstrzygnięcie procesu. To było miłe przeżycie – Wieźna zły, a Schlieman dobry – sprawa o zdradę trafić miała do księcia. Niestety dzień nie był taki do końca. Gdy wróciliśmy do Kurzbergu okazało się, że znowu jest jedna ofiara. Kiedy mieliśmy wdrażać w życie nasz wspaniały plan schwytania mordercy, Józef, który wracał inną od nas drogą, natrafił na złoczyńcę. Zaczął się pościg. Dorwaliśmy gada. Zostawiliśmy go przy życiu. Niestety nie chciał nam wyjawi, czy ma przyjaciół. Zginął z rąk Klausa Ostenbruka. Jego przyjaciele sami się ujawnili. Zaatakowali drużynę. Zostali złapani i dostali chłostę.
Na górę strony

Góry środkowe

Postanowiliśmy wyruszyć do wioski Waclawa – jego sny były coraz gorsze. Wzięliśmy jedzenie i w drogę.

Zaczęło się źle – otarłem sobie poważnie rękę na początku podróży. Potem połowa drużyny zachorowała. Potem ja dostałem piorunem – cudem przeżyłem. Ciągle padał deszcz. Potem spotkaliśmy Staruszka – Ludomiła. Pomogliśmy mu w porządkach, a on nas ugościł. Potem dał nam kilka magicznych strzał. Saxonowi dał kieł trolla, który po namoczeniu we własnej krwi i wypowiedzeniu słowa Bargatuba pozwalał na szybsze zdrowienie organizmu.

Ruszyliśmy dalej. Stan zdrowia drużyny był coraz gorszy – w końcu okazało się, że nie trafiliśmy. Po kilku dniach jedzenie się skończyło. Polowaliśmy na gołębie. Skończyły się strzały i bełty. Głodowaliśmy. Potrwało to jeszcze kilka dni – Olbracht żywił się larwami, a cała drużyna jadła korzonki.

Podczas wchodzenia pod pewną górę Saxon i Olbracht poczuli się obserwowani – czuli, że w pobliskim lesie coś jest. Po dokładnym zbadaniu sprawy znaleźli na gałęzi wisiorek ( ten sam co u Walahów). Olbracht go zniszczył. Kilka chwil później wchodzili już pod górę. Tam czekała na nich niespodzianka. Otóż, gdy szli zboczem góry, zaczęła na nich spadać lawina błotna. Jakoś to przeżyli – Saxon cudem uniknął śmierci (lawina porwała go, ale przed uskokiem się zatrzymała).

Następnego dnia trafili na spalone domostwo – dziwne było to, że w zagrodzie leżały owce – chude owce. Dziwne było także to, że kości ludzkie leżały w jednym miejscu – tak jakby ktoś je tam rzucił. Pochowaliśmy kości i ruszyliśmy dalej.

Następnego dnia leżał śnieg – w lecie!!! Czuliśmy, że to nasze ostatnie chwile – ledwo mogliśmy iść. Nagle coś zobaczyliśmy – goblina – był ranny. Józef go zabił. No i spotkaliśmy Valachów – zaprosili nas a jedzenie. Oczywiście ucieszyliśmy się i poszliśmy z nimi. Gdy siedzieliśmy w jednym z domów i czekaliśmy na strawę, usłyszeliśmy krzyki z zewnątrz. Do domu wpadła bestia – Valach zaczął bić jej pokłony. Wtedy zrozumieliśmy – to my mieliśmy być jedzeniem. Bestia zaatakowała. Waclaw dostał pierwszy. Ledwo żył. Olbracht dostał potem. Potem bestia znowu zaatakowała Olbrachta – stanął dzielnie, ale był bez szans, dostał i zginął. Potem Waclaw w bohaterskim ataku został zmiażdżony przez bestię. Tak to koniec Olbrachta. ;(((

Płaczcie wszyscy dobrzy ludzie – zginął ktoś wyjątkowy. Pozostaje tylko nadzieja, że ktoś będzie kontynuował dzieło Olbrachta. Na pocieszenie pozostaje to, że nie dostał się on w ręce Hopfeny – poszedł do Morra, a po drodze spotkał się jeszcze w postaci astralnej z drużyną – poprosił by wspierała ona Hoga w misji jaką ma. Ciekawe, czy drużyna się do tego zastosuje?
Na górę strony

Also on Fandom

Random wikia