Fandom

Scratchpad

Dzieje bohaterów 3 - Ratter

215,883pages on
this wiki
Add New Page
Discuss this page0 Share

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Wprowadzenie

Po Olbrachcie Nase nastał czas Rattera. Dalsza część historii Viele Blumen jest opowiedziana właśnie przez niego.

Góry Środkowe

Walka z cieniami

W górach spotkałem Christofera – on też szukał pieniędzy, a raczej skarbów – twierdził, że może je znaleźć na cmentarzach. Jak widać nie grzeszył on inteligencją, bo jak wszystkim wiadomo cmentarze są tam, gdzie są miasta, a nie w wyludnionych górach? Po kilku dniach zaprzyjaźniliśmy się, nawet Rzeźnik go polubił.

No i po raz kolejny w moim życiu spokój został zniszczony, mianowicie gdy po tygodniu wędrówki spotkaliśmy wreszcie pierwszą osadę. Pełno trupów tam było – zwłoki bez głów nadziane na palisadę i walające się szczątki ludzkie. Coś nas jednak pchnęło do wieży znajdującej się na środku osady. Tam spotkaliśmy Herosów – drużynę o której głośno w kotlinie Wartenbuch. Zachowywali się oni trochę jak postrzeleńcy, opowiadali niestworzone dzieje, ale chyba to do siebie mają Herosi, że się ich czasem nie rozumie.

Jak się okazało ich lider – Olbracht już nie żył, a wszyscy członkowie drużyny byli w jakimś stopniu ranni. Wraz z nimi była najpiękniejsza kobieta na świecie Asuana i to z jej powodu postanowiłem zostać w tym dziwnym miejscu z tą dziwną drużyną.

Noc była bardzo niespokojna – na niebie pojawił się Morrslieb w pełni. Zabarykadowaliśmy wszystkie wejścia do komnaty w której spaliśmy i ustaliliśmy warty (drużyna związała jednego ze swoich na noc – pojeby z nich). Ja wartowałem pierwszy – no i zaczął się koszmar. Coś w pewnym momencie raniło Herosa Józefa. Ja widziałem tylko cień i nic więcej. Zaczęła się panika – Herosi uciekali z jednego pomieszczenia do drugiego, bali się, więc ja też się bałem. Jeden z Valachów nagle w czasie snu się postarzał i umarł ze starości (jak to możliwe?). Potem Heros Hogo schował się pod balię (tak by nikt go nie widział ?), a jak Saxon do niego zajrzał to zobaczył na nim jakiś cień. No i w ten sposób Hogo się też postarzał. No i do rana nikt nie spał. Tej nocy wbrew pozorom wydarzyło się coś dobrego – Hogo „pogromca szczurów” dał mi mapę do największego skarbu na świecie (chyba bardzo mnie polubił). O świcie uciekliśmy z tamtego przeklętego miejsca. Ten cień, który nas atakował musiał być potężny, bo Herosi się go bardzo bali.

Przespaliśmy się w dzień, a w nocy wartowaliśmy. No i cień pojawił się znowu. Drużyna wyciągnęła dwie monety, które dawały cień ludzi (to już całkowity przekręt – gdybym tego nie widział to bym nie uwierzył). No i te cienie walczyły z tamtym. Potem my wpadliśmy na pomysł by walczyć naszymi cieniami. No i walka trwała – cień atakował i ranił po kolei każdego z nas. I tak do rana.

Muszę powiedzieć, że Herosi czasem zachowywali się jak tchórze, a „genialne” plany i posunięcia Hoga ułatwiały tylko ataki cieniowi. Rano pospaliśmy i ruszyliśmy dalej.

A przynajmniej mieliśmy ruszyć. Tak jednak nie zrobiliśmy. Postanowiliśmy się bronić w tym miejscu. Ja zrobiłem pułapki – pomógł mi przy tym Józef. Natomiast Saxon okazał się czarodziejem. Najpierw magicznie zabrał mi moje monety a potem nie chciał ich oddać. Tak więc już zbliżał się wieczór, a Hogo przypomniał sobie, że ma przedmiot, który może zabić cień. Była to brożka z napisem UNOSAR, czy coś takiego. Miała ona błysnąć i zabić cień światłem (miało ono być tak duże, że my mogliśmy oślepnąć). Tylko, że przedmioty magiczne podobno żyją (gdybym nie usłyszał tego od Herosów, to bym w to nie uwierzył). Hogo też o tym nie wiedział – tak więc broszka mogła być na niego obrażona (jakoś mi się śmiać chce jak to pisze – mam nadzieje, że żaden mój przedmiot nie jest magiczny, bo ... ?). Tak więc Hogo zajął się przepraszaniem broszki. Wielki magik, co ma monety rzucające cień ludzki, sprawił, że jego cień zamienił się z cieniem z monety. Potem nie umiał tego odwrócić. Przeraził się bardzo. Ja go pocieszałem (pomimo, że wcześniej zabrał mi monety – cóż mam raczej dobry charakter). No i w ten sposób dotrzymaliśmy do nocy.

Po pewnym czasie zrobiło się ciemno – nie było widać gwiazd. Okazało się, że cień nas przechytrzył – był już tak duży, że przykrył niebo. Na nasze szczęście cień z monety(czyli cień Saxona) strzelił do naszego wroga, a ten uciekł i nie pojawił się aż do rana.

Niestety wszyscy znowu się postarzeliśmy. Postanowiliśmy się przespać. No i jak to bywa obudziliśmy się wieczorem. Ledwo zdążyliśmy nazbierać drewna na ognisko. No i znowu przyleciał cień. Tym razem Hogo użył przedmiotu, no i chyba zabił cień. Wszyscy byliśmy szczęśliwi. Niestety zginął także cień, który był nowym cieniem Saxona (wiem, że to niemożliwe, ale Saxon nie miał już cienia, biedak jeden).
Na górę strony

Wyzwoliciel

No i ruszyliśmy do wyzwoliciela. Niestety, jak się okazało, źle uczyniliśmy. Po przybyciu do obozu Valachów, ich miejscowy mędrzec – Jorkić - powiedział nam że jesteśmy skazani na śmierć. (niewdzięcznicy z nich – drużyna przecież zabiła ich największego wroga). Całą noc obmyślaliśmy jak uciec, ale rano okazało się, że jesteśmy ocaleni. Mieliśmy bowiem przy sobie bardzo cenny przedmiot – miecz Olbrachta. Dla nich jest on jakąś relikwią – jest mieczem otwarcia i zamknięcia. Nie wiem co to oznacza. Pozostał jeszcze jedna sprawa do załatwienia – zabrali oni Asuanę i chcą z niej zrobić kobietę rozpłodową. Ja im na to nie pozwolę.

Czwartego dnia wiezienia opuścił nas Klaus Ostenbruk – pokazał strażnikom swoją chorobę, a oni go wypuścili – mam nadzieje że nie zabili. Piątego dnia Jorkić pozwolił nam na swobodne chodzenie po obozie – musieliśmy się stawiać na obiad i kolację. Tego dnia poznaliśmy Drakho – przywódcę żołnierzy – według schematu Wyzwoliciela miał być on niżej w hierarchii niż Jorkić, ale jak się okazało to on tu rządził – jako dawny kniaź nie chciał się podporządkować jakiemuś wieśniakowi – a takim chyba wcześniej był Jorkić. Tak więc sytuacja była trochę dziwna. Drakho dał nam zadanie – mieliśmy cały dzień na ścięcie drzewa. Niestety nie było to łatwe? – jak powiedział Saxon było to drzewo święte, a Drakho nic to nie obchodziło – głupek.

Hogo przywarł do drzewa i wyczuł od niego moc Nemerii. Zauważyliśmy także na tym drzewie (sosna to była duża ) trzy gniazda pszczół. No i zaczęliśmy się zastanawiać nad tym co zrobić – sami nie wiedzieliśmy – ani ścinać ani nie ścinać. Ta sytuacja chyba nas przerosła. Gdy tak się zastanawialiśmy w lesie pojawił się osobnik – 16-letni Gula – Valach (jak się dowiedzieliśmy). Ukrywał on się w lesie bo bał się że go zabiją – ponieważ był uczniem kapłana Morra w swojej wiosce - wiosce Jaremy. Tak więc powiesili jego nauczyciela a on się obawiał że z nim zrobią to samo. Spytany czy wie coś o drzewie powiedział, że jest to święte drzewo Nemerii, która kiedyś szła tędy i płakała a każda łza która upadła na coś zmieniała tą rzecz w rzecz świętą. Tak też było z tym drzewem.

No i po tej opowieści zupełnie nie wiedzieliśmy co robić. Nikt z nas nie chciał go ściąć. Oczywiście drużyna herosów chciała się nami wysłużyć, ale się nie daliśmy. No i zaczęło się. Hogo przywarł do drzewa, nawiązał kontakt z Nemerią i powiedział, że Christofer ma leprę. To mało nie zwaliło mnie z nóg – Christofera też. Po czym powiedział że żartuje. Christi się wkurzył, i podburzony przez Józefa zaczął ścinać drzewo. Na to Hogo rzucił się na niego i ostro zranił. Pokłóciliśmy się z nimi, bo oni nie widzieli żadnej złej rzeczy w tym co zrobił Hogo.

Tak więc postanowiliśmy uciekać z tego obozu – wypełnionego przez wrogów (najgorsze było to, że wrogami okazali się ludzie u których szukaliśmy wsparcia i pomocy – było to bardzo załamujące, trudne było także pozostawienie Asuany w „porąbanym” obozie Valachów). Postanowiliśmy uciec – pomóc w tym miał nam Gula. Znał on góry i wiedział w którym kierunku uciekać. Ucieczka miała nastąpić po obiedzie – do kolacji 8 godzin a następnego dnia Drakho mógł nas zabić za niewykonanie zdania. Tak to była ostatnia szansa na ucieczkę. Zjedliśmy obiad – herosi domyślili się naszych planów ale nie obawialiśmy się zdrady z ich strony.

No i ruszylismy – wzięliśmy po drodze Gulę. Ruszyliśmy najpierw na halę – żeby upolować owce – niestety nie znaleźliśmy dobrej okazji. Po zmroku, kiedy jako pierwszy wartowałem, zobaczyłem pochodnie w pewnej odległości od nas – zbliżały się. Rzuciliśmy się do ucieczki – po pewnym czasie doszło do nas ujadanie psów. Ja niefortunnie stanąłem i skręciłem nogę. Pościg był coraz bliżej – jak ot możliwe, że tak szybko nas dogonili – nasuwała się tylko jedna myśl – zdrada!. No i dogoniły nas psy – ja padłem jako pierwszy. Ciekawe czy się obudzę??

Obudziłem się – prowadzili nas z powrotem. Na szczęście nikt nie zginął. Zaprowadzili nas do osady – do chaty Jorkicia. Byłą tam nasza drużyna – wszyscy wyglądali jak po bitwie – (hehe niezła impreza musiała być). Jorkić wyglądał trochę inaczej – miał kaptur na głowie i był ostro wkurzony. (nie dziwie mu się – to cud że jeszcze żyliśmy). Zaczął nas przepytywać i jakoś tak wyszło, że niby przez moje zeznania Gula i Asuana zostali skazani na męki i śmierć. Najgorsze było to, że ja miałem dokonać ostatecznej egzekucji. Jakoś mi się ten jego pomysł nie uśmiechał i zupełnie straciłem humor. Jorkić przekazał nam także, ze zmieniły się zasady panujące w tym obozie. Od tej pory byliśmy wszyscy niewolnikami. Mogliśmy odzywać się tylko w języku valaskim. Każdy Valach mógł nam od tej pory rozkazywać. Tak więc wszystko się zmieniło. Aż chciało się płakać.

Na szczęście Jorkić zmienił zdanie o Asuanie (postanowił zatrzymać ją przy życiu). Guli nie udało się uratować – pozostało mu pół godziny życia. Jorkić nie odsłonił swojej twarzy – to dziwne, ale przez ten kaptur nikt nie mógł jej dojrzeć. Wyzwał drużynę od pijaków. Powiedział także coś dziwnego, żeby nie słuchać tego, co będzie mówił do nas po egzekucji i gdyby zmienił zdanie to nie możemy go wtedy słuchać (to było dziwne i to bardzo). Potem z Saxona postanowił zrobić mędrca i zabrał go gdzieś a nas zaprowadził do naszej chaty.

Tam Hogo wpadł na jakiś pomysł (chyba) i podpowiedział Jorkiciowi w jaki sposób można zabić Gulę. Otóż zaprowadzony zostanie do drzewa a tam osy go zabiją. Oczywiście my też tam będziemy – Hogo jeszcze coś wspomniał o tym, że ciekawe z medycznego punktu widzenia jest to ile ukąszeń przeżyje człowiek. Tak więc wszyscy tam poszli. Dali siekierę Guli a on zaczął rąbać. Ja miałem łzy w oczach – z mojej winy ginął Gula – niewinny dzieciak. Po pierwszym uderzeniu z wszystkich uli jednocześnie wyleciały pszczoły. Otoczyły Gulę, a on w panice zaczął uciekać. Usłyszeliśmy tylko jego słabnący głos.

Biedak nie żył – straszną śmierć Hogo na niego zesłał. Wszyscy byli wstrząśnięci. Ja płakałem jak dziecko. Nikt z nas nie chciał od tej pory zadawać się z mordercą. Hogo poszedł w las. Czuliśmy do niego niechęć. Już mieliśmy się na nim zemścić gdy usłyszeliśmy jak z daleka wzywa osy (czy coś w tym rodzaju). Ja nie wytrzymałem i uciekłem Christofer też.

Gdy doszliśmy do siebie postanowiliśmy poszukać Józefa . Udaliśmy się na miejsce gdzie go ostatni raz widzieliśmy. Krzyczeliśmy i krzyczeliśmy, aż nagle widzimy pędzącego Józefa – krzyknął tylko „żywe trupy” i już nas tam nie było. Uciekliśmy wszyscy. Gdy się opamiętaliśmy Józef wytłumaczył nam, że Hogo ożywił Gulę. To nas załamało. Hogo zwariował – najpierw zabił a potem ożywił. Powiązał się z ciemnymi mocami. Trzeba było go zabić.

Ruszyliśmy na niego. Nie trudno było go złapać. Gdy trzymaliśmy go usłyszeliśmy zbliżające się bzyczenie.. Uciekliśmy znowu (ja już 3 raz uciekałem). Fajowo. Potem nawiązaliśmy z nim kontakt. Po długich i trudnych rozmowach porozumieliśmy się. Hogo wytłumaczył, że sterował osami i że to była mistyfikacja – że Gula nie zginął. Szczęśliwi udaliśmy się więc do osady(Gula został w lesie). Tam spotkaliśmy Jorkicia – był już normalny. No i udaliśmy się na ścięcie drzewa.

Udało się to (na początku ja ścinałem, ale jak wszyscy zobaczyli że mi nie idzie to przestałem – jestem za słaby do takiego drzewa). Ule oczywiście przewiesiliśmy. Po udanej robocie poszliśmy do osady na kolację. No i naszą chatę odwiedził drugi mędrzec – Wartkow. Dał kartkę Hogowi – okazało się, że drużyna została wynajęta przez niego do zabicia Jorkicia i miło to zostać zrobione już jutro. Niestety nie wiadomo kto by go zabił, bo nikt z nas tego by nie zrobił. Tak więc co robić?? Ja poszedłem do Jorkicia by się wypytać o stosunki jego z mędrcami i Drakho.(drużyna obiecała mi, że jak to zrobię to będę już drużynowym).

Oto czego się dowiedziałem: Drakho jest w jego rękach, bo zakochał się w Asuanie, Dorsić (3 mędrzec ) już żuje – chodzi chyba o ten narkotyk, tak więc jest z nim ok. A nie wiadomo co z Wartkowem. Dowiedziałem się oczywiście, że wszyscy oni byli kniaziami i teraz nie podoba im się to, że służą wyzwolicielowi. Dowiedziałem się także tego, że nadaje się na mędrca!!! No i padłem z przepicia. W tym czasie Hogo zakradł się i nawiązał kontakt z Asuaną.

Dowiedział się od niej, że na górze w budynku Jorkicia jest laboratorium. Potem o mało co nie został złapany. Oczywiście jak zwykle stworzył zamieszanie i wykorzystał do swoich celów (skubaniec). Rano obudził nas Jorkić – znowu tez „zły”. Strażnicy przynieśli nam do pomieszczenia zwłoki – zasuszonego mężczyznę Valacha z obozu. Tak, wyglądał tak jak tamten od cienia w wieży. No i wywiązała się rozmowa między nami i Jorkiciem. Dowiedzieliśmy się, że: zabił tego człowieka cień,; wszystkie cienie pochodzą od Obskurasa – piekielnego boga, nawet może równego Khainowi; cienie sprowadzone są dzięki „księdze cieni” napisanej przez jakiegoś Araba; wszystkie znaki wskazują na księcia Jaremę; cień taki można zabić tylko jednym artefaktem, który ma drużyna w kotlinie Wartenbuch; napędzana jest dzięki spaczeniowi;

Z innej beczki - chodzą trupy po cmentarzu w pobliżu wieży Jaremy – to też poszło na koszt Jaremy (biorąc pod uwagę, że hodował on także vendigo, to można powiedzieć że robił dużo;

Czego się dowiedzieliśmy o tym, który wchodzi w Jorkicia: jest potężny; wchodząc w Jorkicia traci trochę mocy – nie pamięta o wszystkim; powiedział takie coś: „Valachowie są jeszcze potrzebni” – dziwne, oraz, że Olbracht bardzo się przysłużył ich sprawie – ciekawe kiedy - i chciał koniecznie wszystkie przedmioty Olbrachta; zdenerwował się, gdy się dowiedział, iż pełno w górach jest medalionów z Okiem a on o tym nic nie wie; miewa kaprysy; być może żyje wiele lat (może nawet kilkaset); ma potężną wiedzę; powiedział, że mamy wspólne cele; gdy Hogo trzymając go za rękę powiedział „Hopfeno ty suko” to się wzdrygnął, ale potem powiedział, żeby się go nie obawiać; Dogadaliśmy się z nim, że my zlikwidujemy cienie, a on da nam i Asuanie wolność.

Spotkaliśmy się z Saxonem – postanowiliśmy (bardzo słusznie) że nie ma sensu rozdzielać drużyny. Tak więc razem z Jorkiciem (tym w kapturze ustaliliśmy, że po lampę pójdzie jakiś valach a my wszyscy razem pójdziemy na cmentarz zbadać co tam straszy. Powiedzieliśmy także Jorkiciowi o planowanym zamachu na niego. (Hm.. zdania były podzielone - część drużyny nie chciała mu o tym mówić a część chciała – głosowanie wygrała ta druga część).

Oczywiście Jorkić zdziwił się bardzo. Podziękował nam. Podczas tej rozmowy wydało się także, że Jorkić w kapturze to nie Jorkić. Tak to kto inny – nie wiemy kto, ale nie zależy mu na naszej śmierci. „Niestety” – może on wchodzić w Jorkicia tylko na pewien czas. Tak też było tym razem no i po pewnym czasie musiał on nas opuścić.

Po kilku minutach zostałem wezwany do wieży Jorkicia – okazało się, że jest on już normalny i bardzo się boi, że jest na niego zamach szykowany. (płakał i się bał). Poszedł na górę i zamknął się w swoim pokoju (słyszałem jak pada na ziemię).

Po pewnym czasie odezwał się do mnie zmienionym głosem (już pewnie był w nim ten drugi). Kazał mi wezwać Drakho – tak też uczyniłem. Udało mi się podsłuchać o czym rozmawiali. Niestety prawie niczego nie rozumiałem. Tak język valaski to trudna język. Jorkić namawiał go na przejście na swoją stronę. Częściowo mu się to udało. Drakho miał wyprowadzić ludzi z osady a my mieliśmy przyprowadzić do wieży Wartkowa. Oczywiście w tym czasie Wartkow omawiał plan zabicia Jorkicia z drużyną – dzięki Hogowi skończyło się to totalną porażką. (znowu coś wtopił).

No i Wartkow zobaczywszy, że nie ma prawie nikogo w osadzie postanowił sam zabić Jorkicia. Postawił przed wejściem swoich ludzi i sam wszedł do środka. Nas oczywiście nie chcieli wpuścić. Ja i Saxon zakradliśmy się od tyłu – Saxon wszedł przez palisadę, a ja jakoś nie mogłem. Gdy mi się to udało to po drugiej stronie stał strażnik a nie Saxon. Trochę się zdziwiłem – strażnik to wykorzystał i chyba bogowie uratowali mnie od śmiercionośnej włóczni. Potem uciekałem a za mną pobiegli wszyscy strażnicy – droga dla drużyny była wolna. Weszli do środka.

Oczywiście Jorkić zamknięty był w swoim pokoju – Wartkow nie mógł się tam dostać. No i drużyna odstawiała tam niezłą komedię. Niby to byli z Wartkowem a niby z Jorkiciem – wynikiem tego było to, iż podpadli u jednego i drugiego. Po długiej ucieczce postanowiłem dokonać powrotu do osady. Spotkałem po drodze Hoga niosącego deskę – dziwnie to wyglądało – potrzebna była mu do realizacji kolejnego „genialnego” planu.

Jak wszedłem do środka to Wartkow błagał Jorkicia aby mu wybaczył. Następnie pojawił się Drakho – zanim doszedł do nas, to Józef z Hogiem dzielnie uciekli, a ja i Christofer schowaliśmy się. Ja do szafy. Drakho kazał pojmać Saxona i Christofera, poczym udał się z Wartkowem na górę do pokoju Jorkicia. Noc dla drużyny nie była przyjemna – ja przesiedziałem ja w szafie, a reszta związana przez valachów w naszej izbie. Rano pojawił się Jorkić w kapturze. Był na nas zły (oczywiście odnalazł moją kryjówkę) – niezadowolony był z naszej niejednoznacznej postawy w stosunku do Wartkowa. Dał nam łaskawie jednak jeszcze jedną szansę – wydaje mi się, że nie miał innego wyjścia – potrzebował lampy, bo w nocy zginęło 3 valachów. He he – tak więc nasza drużyna miała pójść na cmentarz, a posłaniec Jorkicia po lampę. Dowiedzieliśmy się także, że jesteśmy uzależnieni od pewnego napoju – sporządzonego z zioła „dadarka”. Jeżeli chcemy żyć, to musimy regularnie pić ten napój (nieźle sobie to wymyślił Jorkić – spryciarz z niego). Oczywiście na drogę dali nam trochę tego trunku.
Na górę strony

Zniszczenie cieni

Tak więc wyruszyliśmy. Ciekawe w tym momencie było ilu nas wróci. Pierwszej nocy nic się nie działo – ja upolowałem zająca, a Hogo przywłaszczył sobie 2 zajęcze sierotki (białą i czarną). Pod koniec nocy pojawił się cień. Na szczęście nic nam nie zrobił.

Drugiej nocy znowu pojawił się cień. Hogo odstraszał go broszką. Kiedy Hogo wypowiedział imię Obskurasa cień mało sięna niego nie rzucił, a gdy Saxon wymówił te imię cień o mało go nie zabił – Saxon był ranny.

Następnego dnia podczas podróży natrafiliśmy na zwłoki sarenki – miała ona dodatkową nóżkę – muszę wspomnieć, że wcześniej jeden z małych zajączków miał 2 główki. Dziwne to. W czasie dnia natrafiliśmy na ludzi Wyzwoliciela, którzy mieli obóz niedaleko zamku Jaremy. Powiedzieli oni nam, że w tych okolicach panuje licho i że dużo zwierząt ma odkształcenia, i że widzieli jakąś osobę chodzącą – pewnie ducha Jaremy.

Poszliśmy dalej – oczywiście daleko nie zaszliśmy. Po drodze spotkaliśmy oszalałego sługę Jaremy – Kasmirowicza. Nie odzywał się on do nas i był otępiały. Oczywiście jak przykazuje dobre zachowanie zaopiekowaliśmy się nim.

Nadeszła noc. Oczywiście przewartowaliśmy ją – cień się znowu pokazał – tym razem szybko po zmierzchu. Na szczęście nie zrobił nam nic złego. Z rana ruszyliśmy dalej. No i doszliśmy na cmentarz. Przeszukiwaliśmy wszystko – w tym 2 budynki tam stojące, w jednym z nich znaleźliśmy zwłoki tamtejszego kapłana Morra. Dzierżył w ręku notatkę napisaną w ostatnich chwilach życia – że już po niego idą.

Potem nagle na zboczu góry pojawił się Jarema bez głowy – podniósł ręce i z grobów zaczynały powstawać trupy. Nasza odpowiedź na te zjawisko to panika (hehe). Ja dzięki ślepemu trafowi zacząłem uciekać w kierunku Jaremy. Już myślałem że jest po mnie, gdy Jarema zaczął uciekać. Zacząłem więc go gonić. Uciekł do lasu – ja za nim a Józef za mną. Za Józefem mój przyjaciel Christofer.

W lesie znaleźliśmy Jaremę – siedział na tronie z gałęzi na środku bagna wypełnionego ludzkimi zwłokami. Wyglądało to okropnie. Oddaliśmy po kilka strzałów do Jaremy – zamiast głowy przybity był do tronu jej obraz. Trafiliśmy w niego i ten obraz ale nic się nie działo – on przestał się ruszać. I kiedy Christofer się odwrócił, zobaczył za nami chodzącego trupa – niestety został zaskoczony i nie mógł nic zrobić. DOSTAŁ – biedny Christi – Józef rozwalił trupa, a ja wziąłem ciało Christofera i pobiegłem do Hoga. Niestety nie zdążyłem – kilka chwil za późno – wykrwawił się mój przyjaciel.

To było straszne. On nie żył tak jak mój Rzeźnik ;(. Przeszukaliśmy okolice bagna – znaleźliśmy na drzewie jakby siedzenie z widokiem na tron – wysnułem przypuszczenie, że Jarema nie żył – że ktoś go ożywił. Saxon dodał jeszcze, że na cmentarzu nie było na grobach naruszonej ziemi - tak jakby nic nie wychodziło z grobów.

No i w końcu Saxon i Józef postanowili rozczłonkować Jaremę – nie wiem po co im to było. Weszli w bagno pełne ciał – to nie mogło się dobrze skończyć – tak też się stało. Gdy byli na środku bagna za Saxonem pojawił się 3 metrowy robak. No i zrobił z Saxona miazgo-kolację.

Długie poszukiwania zwłok skończyły się znalezieniem ręki Saxona. Józef zniszczył ciało Jaremy – było ono zakonserwowane solą. Gdy ruszyliśmy do ciała Christiego spotkaliśmy dwójkę ludzi – znaleźli się tu podobno przypadkiem – być może tak jak ja się kiedyś tu znalazłem (w sumie to nie było tak dawno temu). Nazywali się Jan i Durenmat.

Ponieważ zbliżał się zmrok pochowaliśmy Christiego i Ruszyliśmy do obozowiska z poprzedniej nocy – tam gdzie leżał Kasmirowicz (zabraliśmy ich razem z nami – nie mieli pojęcia co się tu święci). Na butach Kasmirowicza były ślady trawy – tak jakby chodził sobie gdzieś. Ponieważ nie był on w kręgu podejrzanych nie przejęliśmy się tym zbytnio i poszliśmy spać.

Po raz kolejny śniła mi się moja ukochana (Asuana) – mam nadzieję, że ją jeszcze zobaczę. W nocy przyszedł cień – nowi w końcu nam uwierzyli – dotąd uważali nas za wariatów. Dotrwaliśmy dnia – udaliśmy się znowu na cmentarz – tam znaleźliśmy pusty grób Christofera – ktoś wykopał jego ciało. Tak, grób był pusty. Józef znalazł jakieś ślady – poszliśmy nimi. Po pewnym czasie doszliśmy do gór i do jaru.

Jar miał ściany wysokości 5 metrów. Ja i Józef postanowiliśmy udać się górą, a reszta drużyny (czyli tylko Hogo – smutne to) i dwóch nowych poszli dołem. Ja znowu myślałem o ASUANIE – obym ją tylko jeszcze zobaczył.

Ruszyliśmy w głąb góry. Nic specjalnego się nie działo (Hogo na dole dostrzegł znaki druidów mówiące uciekajcie i jeszcze jakieś inne) – aż po pewnym czasie – gdy jar głęboki był na 20 metrów nagle zaczął padać deszcz. No i jak się można było spodziewać dołem zaczęła płynąć woda – tylko że czoło fali miało kilka metrów. Część drużyny będąca na dole wydawała się być stracona – na szczęście złapali się wystających z ziemi skał i jakoś przeżyli.

Szliśmy dalej, aż w końcu u nas na górze ścieżka przez 2 metry była wąska na 10 cm. (jar szeroki był na 2 metry, ale po drugiej stronie była pionowa skała i nie można było tamtędy przejść). Nie dało się przejść – Józef oczywiście przeszedł, ale ja postanowiłem zawrócić i dogonić drużynę dołem jaru.

Tak też uczyniłem, a gdy doszedłem do drużyny okazało się, że Józef już tam jest – poszedł dalej i ktoś zaczął do niego strzelać – no i Józef stracił równowagę i mało nie spadł – zwisał ze ścieżki, ale udało mu się zejść 20 metrów w dół po pionowej skale – niezły jest.

Ruszyliśmy więc wszyscy dołem. No i doszliśmy prawie do końca jaru – na końcu był trup nadziany na skałę i dalej czarne wejście do jaskini. No i ktoś na górze kto strzelał do nas z kuszy. Trzeba go było „zdjąć”. Tak więc ja i Józef wróciliśmy na początek jaru i poszliśmy górą. Następnie ryzykując życiem przeprawiliśmy się przez ten wąski kawałek ścieżki i osłonięci tarczami ruszyliśmy na ukrytego wroga.

No i padł strzał – osłoniłem się tarczą, ale nie miałem tego dnia szczęścia – strzała przebiła tarczę i trafiła w rękę. Szade. Ruszyliśmy wtedy na tego kogoś ukrytego w krzakach. No i odnaleźliśmy go – dziwny był – zgarbiony i niedorozwinięty jakiś. Wtedy Józef powiedział abym go ogłuszył – to był błąd – bo nie udało mi się (kij złamał się na jego głowie), a on mi oddał – to nie był mój dobry dzień, bo mało nie zginąłem - byłem już najciężej ranny jak się da.

Józef zabił tego kogoś i okazało się, że jest on umarlakiem – złożony był ze szczątków ludzkich i z metalu (ohyda).

Hogo mnie uleczył i postanowiliśmy wszyscy wejść do jaskini, której wejście musiało być wcześniej zapieczętowane gliną z dziwnymi napisami. Naokoło wejścia były w skale napisy w niezrozumiałym języku. Czuliśmy wszyscy także, że nie powinniśmy tam wchodzić. Ale weszliśmy.

Po kilkunastu metrach doszliśmy do drzwi – metalowe były i niestety po naciśnięciu klamki za nami z sufitu spadły kraty. Byliśmy uwięzieni. Na szczęście udało nam się znaleźć w drzwiach drugą klamkę i poszliśmy dalej.

Po kilku metrach doszliśmy do dołu w korytarzu przez który przewieszona była deska. Durenmat przeszedł pierwszy, a po nim Hogo. Następnie ja miałem przechodzić, ale zobaczyłem, że jest ona podpiłowana. Wzmocniliśmy ją i przeszliśmy wszyscy.

Doszliśmy do rozwidlenia dróg – poszliśmy prosto i natrafiliśmy na narysowany na ziemi znak X na prawie całej szerokości korytarza – w ścianach były dziury tak wiec mogła być to pułapka. Przeskoczyliśmy więc ją i poszliśmy dalej – lubię korytarze.

No i doszliśmy do następnej przeszkody – 3 metrowej szerokości strumienia lawy. Zawróciliśmy – mogliśmy ryzykować przeskoczenie, ale tego nie zrobiliśmy. Poszliśmy w korytarz prawy patrząc od wejścia do jaskini. Doszliśmy do pomieszczenia. Tam mało nie zwariowaliśmy – na hakach wisiały ciała - Christofera także!!! ;(. Straszny widok. Zdjęliśmy te ciała i potem zaciągnęliśmy na skrzyżowanie dróg. Wcześniej jednak Hogo zabrał jakieś notatki ze stołu zrobionego z sarkofagu, który tam się znajdował (było ich 3).

Potem zajrzeliśmy do jednego z trzech korytarzy, które wychodziły z tego pomieszczenia. Tam stał jakiś górnik i kopał kilofem w skale (nie reagował na naszą obecność). Gdy Jan podszedł do niego to wpadł w panikę i uciekł – rozbił przy tym lampę z oliwą i ten górnik zaczął się palić – to nie był górnik a ożywione zwłoki. Mało nie powariowaliśmy.

Uciekliśmy stamtąd nie sprawdzając dwóch pozostałych korytarzy. Poszliśmy w lewo na głównym skrzyżowaniu licząc od wejścia do jaskini. Tam także doszliśmy do pomieszczenia. W nim także były jakby stoły – były także jakiś zapiski – wziął je Durenmat i były także robaki w słoikach – takie jak ten co zabił Saxona – tylko, że różnej wielkości. Ciarki przechodziły po plecach na ten widok. W jednym sarkofagu był duży robal – ohydne. Józef i Jan postanowili go zabic – my się trochę oddaliliśmy – a oni zobaczyli w jednym z dwóch wejść do tego pomieszczenia stojącą osobę. Powiedziała do nich „kończymy panowie”. Ciekawe czy ktoś z nas przeżyje spotkanie z tą osobistością?

Osoba ta nie rzuciła się na nas. Przedstawiła się jako Papa Simeone. Wszyscy myśleliśmy, że to jego zwłoki były na cmentarzu, ale tak nie jest. Przedstawił nam Jarosławię – tylko, że on nie żyła – gnijący trup (Jarosławii) zaczął iść w naszą stronę. My spierdzielaliśmy jak mało kto (ja szczególnie). A Jarosławia za nami. Próbowaliśmy zaprowadzić ją na pułapkę zaznaczoną X. Niestety zanim tam dotarliśmy zaatakowała nas z furią.

Wszyscy uciekli – tylko Józef został. Walczył z nią sam a potem pomogłem mu ja i Durenmat. Następnie Jan zarzucił potworowi koc na głowę i ubiliśmy gadzinę. Ja podczas walki nieźle się spisałem – trafiłem potwora gdy ten próbował uderzyć Durenmata. Jestem z siebie dumny. Nieźle mu przywaliłem – to chyba mój pierwszy celny raz zadany przeciwnikowi – widać że się rozwijam i niedługo mogę być taki jak herosi.

Po tej walce ciało ożywieńca i ciało Christofera wrzuciliśmy do lawy. Pomodliliśmy się oczywiście. Następnie Hogo wręczył mi karteczkę na której były takie oto słowa: „Dla potomnych!!! Nie wiem co mnie dzisiaj spotka w tych piekielnych czeluściach, boję się tak bardzo jak nigdy, kocham Nemerię ratuje Analię: kroki: (poufne) kotlina Wartenbuch Hogo”. Tak więc trochę mi się wyjaśniło – mam kartkę z krokami do skarbu a wzamian trzeba pomóc Analii, czy coś w tym stylu. Jedno jest pewne, skarb ukryty jest w kotlinie. Mam nadzieje, że jak pomogę im uratować tą Analię, to podzielą się ze mną skarbem? A wtedy będę mógł zamieszkać z Asuaną.

Po tych przemyśleniach ruszyliśmy dalej, do pomieszczenia, z którego uciekaliśmy. Tam znajdowały się dwa wyjścia – jedno to pomieszczenie z pułapką a drugie to pomieszczenie papy Simeone. Siedział on tam. Początek rozmowy z nim nie był udany – wysłał na nas dwa cienie – pierwszego udało mi się trafić. Drugiego zranił Hogo – tym magicznym przedmiotem. Cienie wylatywały z czarnej dziury na końcu pomieszczenia.

Papa S. Siedział przy stole, otoczony był jak nam powiedział kręgiem „prawdy” czy coś w tym rodzaju. Oczywiście ten krąg mógł przekroczyć tylko osobnik o czystym sercu. Papa Simeone poprosił nas abyśmy dali swoje żądania, a on je spisze i zaniesie radzie cieni, która je rozpatrzy. Tak też zrobiliśmy.

Oczywiście jakoś nikt specjalnie nie wierzył Papie. Nie wiedzieliśmy czego się po nim spodziewać. Nie wiedzieliśmy czy kłamie, czy nie. Tak więc Hogo, który od samego początku był wrogo nastawiony do Papy postanowił sam sprawdzić co jest w czarnej dziurze. Papa wyjaśnił, że to jakiś portal i że staje się przy radzie za pomocą niego. Wcześniej trzeba się jeszcze jej ukłonić a wcześniej czuje się zimno. Hogo parę razy wchodził tam z Józefem a potem wychodzili, ale nigdy nie doszli do końca. Za każdym razem pochodnie które mieli przygasały.

My w tym czasie rozmawialiśmy z Papą. Wydawał się nawet miły. Powiedział, że prowadzi tu różne badania i służy radzie. Powiedział także, że Jarosławia żyła, ale w to jakoś nie uwierzyliśmy. Nie wiedział on kto podpiłował deskę, ale powiedział nam, że Kasmirowicz przyjaźnił się z jego sługą Igorem – tym co mnie zaatakował a Józef go zabił. Tak więc Hogo, który nie wiedział co robić, zrobił kolejny błąd – tzw. genialne posunięcie.

Zniszczył krąg otaczający Papę Simeone. No i oczywiście mu nic się nie stało, ale mi ze wszystkich ran zaczęła lecieć krew, no i byłem w krytycznym stanie. Udało się mnie odratować, ale nadal balansowałem na krawędzi życia i śmierci. Drużyna zgadała się z Papą, że on mnie uleczy a my odejdziemy z tego miejsca. Poszedł on więc po potrzebne rzeczy do swojej komnaty a my czekaliśmy. W tym czasie Hogo, który się jeszcze nie spełnił w niszczeniu postanowił coś zrobić.

Postanowił zdobyć książkę, która leżała na biurku Papy S. Użył do tego liny z kotwiczką – niestety najpierw porwał tą książkę a potem ją zrzucił i ona się poniszczyła bardzo. Dopiero potem przeszedł przez zniszczony krąg i stwierdził, że jest ona napisana w niezrozumiałym języku. Brak słów.

Jak Papa Simeone to zobaczył to myślałem (w sumie mogę sobie to tylko wyobrazić, bo byłem nieprzytomny), że już po drużynie. Na nasze szczęście Papa chciał nas się jak najszybciej pozbyć. Uleczył mnie, za co mu podziękowałem i nas wypuścił – kraty podnosiło się używając tej pułapki z napisem X. No i wyszliśmy. Wcześniej poprosiłem Papę, aby nie wysyłał cienia w kierunku osady wyzwoliciela. Potem wpadłem na pomysł, że deskę mógł podpiłować Kasmirowicz, więc udaliśmy się w miejsce gdzie go zostawiliśmy.

Był tam on. Leżał. Postanowiliśmy odpocząć. Hogo i ja poszliśmy po drewno do lasu i tam porozmawialiśmy o kartkach, które od niego dostałem. Powiedział mi abym nauczył się liczb na kartce a potem ją zniszczył. No i zacząłem naukę. Te liczby stanowiły tajemnicę Kamienia Filozoficznego. Były magiczne i w magiczny sposób zawarły się w mojej głowie – wryły mi się w mózg. Nawet coś poczułem – jakby miód. Gdy powiedziałem o tym wszystkim Hogowi, to się zdziwił. Postanowiliśmy zjeść kartkę – podzieliliśmy się po połowie ?

Jedzenie kartki to była niezła uroczystość – Hogo powiedział, że strażnikiem kamienia jest Analia, a jej siostra Hopfena jest jej wrogiem, tak więc musimy najpierw zabić Hopfenę. Tak więc modląc się do Analii zjedliśmy kartę – Hogo aż się popłakał ze wzruszenia? Następnie odpoczęliśmy.

Potem następnego dnia pogadaliśmy z Kasmirowiczem – Jan sprawił, że Kasmirowicz poczuł się lepiej i opowiedział nam kilka rzeczy. Otóż jak się okazało Jarema nie był zły, a dobry – tylko kierował nim Papa Simeone. To właśnie Papa Simeone jest złem wcielonym – nawet dokonywał eksperymentów na Kasmirowiczu ale Igor pomógł uciec torturowanemu.

Tak więc postanowiliśmy iść zgładzić Simeone. Dotarliśmy na miejsce i zaczęliśmy „walczyć” z kratami. Pierwszego dnia nic nie wskóraliśmy, a o naszej obecności dowiedział się Simeone – strzelał nawet do nas z kuszy (słaby jest, więc nie trafił). Następnego dnia Jan sforsował część krat i wiedzieliśmy, że następnego dnia uda nam się dostać do środka.

Niestety Simeone był szczwany. Powiedział, że Kasmirowicz był u niego, ale on nie prowadził na nim żadnych eksperymentów. No i prawie wszyscy z nas chcieli się przekonać kto mówi prawdę – był tylko jeden sposób aby to sprawdzić – zobaczyć co ma na piersi Kasmirowicz. On natomiast nie chceiał nam pokazać, więc Jan przytrzymał go a Durenmat sprawdził, po czym mało nie zemdlał – na piersiach miał Kasmirowicz ohydne blizny.

Niestety Kasmirowicz się obraził i załamał – poczuł się zdradzony. Ja i Hogo rozmawialiśmy z nim do późna w nocy, ale to nic nie dało. Rano Durenmat zaniósł mu jedzenie i coś tam jeszcze powiedział, poczym Kasmirowicz skoczył z jaru. Zginął na miejscu. Przeżyliśmy to wszyscy. Odgięliśmy następny pręt. Ja, Hogo i Józef poszliśmy pochować Kasmirowicza, a Jan i Durenmat odginali następny pręt.

Wyprawiliśmy pogrzeb Kasmirowiczowi, a po powrocie ja pomogłem odginać pręty. Zjawił się także Papa Simeone, który groził nam, że zginiemy w lochach. Nie przejęliśmy się nim i odginaliśmy dalej. Gdy wszystko było gotowe ruszyliśmy do szturmu – czyli po kolei czołgaliśmy się pod kratami. Mi niestety nie dane było się pod nimi przeczołgać, gdyż dostałem strzałą wystrzeloną przez Simeone w rękę. Oczywiście przebiła się ona przez tarcze i przez rękę. No i Hogo zaczął mnie leczyć a pozostała część drużyny nacierała.

Z upływem czasu natarcie słabło, a Hogo miał coraz więcej roboty. Gdy skończył mnie leczyć atakował tylko Józef. (Jan i Durenmat dostali strzałami po głowie). No więc go wsparłem.

Walka była dziwna, strzelaliśmy na ślepo, bo ani my nie widzieliśmy Simeone, ani on nas. Postanowiłem wykorzystać fakt, iż on nas nie widzi i udałem, że znowu mnie trafił i że konam. Moim śladem poszedł Józef. Reszta udawała, że umieramy i że odnoszą nas do Hoga poza kraty. Simeone dał się nabrać, podczas gdy my się zaczailiśmy on postanowił zgasić rzuconą przez nas pochodnię. No i wpadł, bo ja i Józef zaczailiśmy się na niego.

Wystrzeliliśmy z kuszy i łuku, o dziwo trafiliśmy i rzuciliśmy się na niego. Oczywiście zwiał nam do pomieszczenia z kręgiem i cieniami. Józef trafił go jeszcze raz po drodze, tak więc był już nieźle ranny. Pokonaliśmy go ostatecznie w tym pomieszczeniu, po czym zwiewaliśmy przed śmiejącą się czaszką, w istnienie której nie chciała nam uwierzyć reszta drużyny.

Postanowiliśmy więc udać się wszyscy w tamto miejsce. Po drodze Józef zachowywał się trochę dziwnie, coś tam mamrotał a potem strzelił mi w plecy z łuku. Sam nie wiem jak to przeżyłem. Hogo jest dobrym lekarzem i tyle.

Jak doszliśmy na miejsce to czaszka już się nie śmiała. Wzięliśmy ze sobą księgę cieni, która znajdowała się na stole. Postanowiliśmy także sprawdzić co znajduje się w pomieszczeniu Simeone. Otóż znaleźliśmy tam małego chłopca (1 rocznego) przypominającego wyglądem Simeone, a także pełno rysunków Jarosławii – były one trochę zboczone a także po części obrzydliwe.

Znaleźliśy także dziennik Simeone. Chłopczyk miał podcinane żyły na rękach, był zaniedbany a także wychudzony. Postanowiliśmy zabrać go ze sobą. Pozostało nam do zbadania jeszcze jedno pomieszczenie. Gdy weszliśmy do korytarza coś jakby się zmieniło. Wisiało coś w powietrzu. Pojawiło się przed nami OKO. Wstrętne i przerażające i nie wiem co by się z nami stało, gdyby nie dzielny Durenmat, który wsadził temu komuś rękę w Oko ?.

Poszliśmy dalej i dotarliśmy do pomieszczenia kaplicy. Poświęcona ona była trzem osobom przedstawionym w obrazach. W środku znajdował się gość o czterech rękach z sztyletami i z wydłużoną mordą, czyli Khain. Po jego prawej stronie był obraz faceta – Hildenbryka, męża Hopfeny, a po lewej stronie obraz samej złej i czarnej Hopfeny, bbblllllleeeeeeeeee... Ohyda. Jan spalił wszystkie obrazy i rozwalił ołtarz składający się z ludzkich czaszek.

Opuściliśmy to wstrętne pomieszczenie. Pozostała jeszcze sprawa cieni. Gdy ponownie weszliśmy do pomieszczenia gdzie miały swoją norę okazało się, że się myliliśmy w przypuszczeniach ile może być w sumie cieni. Myśleliśmy, że około 12, a tu wyszło nagle około setki. Ja posiadając księgę cieni zawładnąłem kilkoma z nich ale to było za mało aby móc powiedzieć, że mam nad nimi kontrolę ;(. Postanowiliśmy więc użyć fortelu aby zniszczyć wszystkie cienie.

Hogo i Jan zaczaili się w korytarzu a ja, Józef i Durenmat wyszliśmy z księgą na zewnątrz. Tam zaczęliśmy rwać, palić, sikać, pierdzieć i podcierać się księgą tak aby wszystkie cienie zgromadziły się przed wyjściem. Tak je przezywaliśmy, a także Obskurasa, że chyba wszystkie się tam pojawiły, a że nie mogły wyjść na zewnątrz, to się bardzo denerwowały. Jeszcze kilka porównań ze świniami i komarami, i chyba wszystkie się zjawiły. W tym czasie Hogo i Jan Odpalili ładunek w ich norze, zabijając wszystkie. Starli też napisy się tam znajdujące i dotarli do nas. Było wiele radości.

Tak więc już mieliśmy ruszać, ale zostałem namówiony do przeszukania grobowców, które znajdowały się za lawą. Oczywiście wizja pieniędzy sprawiła, że się zgodziłem. Najpierw trzeba było przedostać się przez lawę – wszyscy przeszli (Józef i Durenmat) a ja nie – mało nie spadłem. Na szczęście udało się. Doszliśmy do wielkiej sali, w której znajdowały się grobowce. Na początku przeszukaliśmy leżące tam rzeczy – znaleźliśmy kilka strzał i drobiazgów. Potem przyjrzeliśmy się malowidłom z tej sali. Przedstawiały one historię ludu elfów których ciała były tu pogrzebane.

Otóż dawno temu zostały one wygnane przez ludzi i osiedliły się w tych górach. Wiodły one spokojne życie, ale w końcu przybyli ludzie i je zniszczyli. Tak pokrótce przedstawia się ich historia. My postanowiliśmy przeszukać kilka grobów w celu znalezienia jakiegoś skarbu. Durenmat się od nas odłączył bo „coś go gryzło”. Tak więc Józef i ja obłowiliśmy się w pierścionki, ja buty a on łuk. No i poszliśmy stamtąd. Następnie postanowiliśmy wszyscy przenocować na górze. I zostaliśmy tam na kilka dni. Ja w tym czasie zasypałem wejście do grobowca, a Hogo przestudiował dziennik papy Simeone.

Dowiedzieliśmy się kilku fajnych rzeczy – papa prowadził tan dziennik w taki sposób jakby przekazywał za jego pomocą wiadomości jakiejś osobie (zwracał się do „Pana”), odróżniał w nim dwie inne osoby – Pana i Khaina, za pomocą dziennika zadawał także pytania dla Pana. Nie zgadzał się z nim także. Oczywiście potwierdziła się informacja, że sterował on Jaremą za pomocą Jarosławii, na którą rzucił zaklęcie sprawiające, że wyglądała jak trup.

Chciał stworzyć własne imperium, ale my przyszliśmy w odpowiednim czasie i mu przeszkodziliśmy. Gdy wiedzieliśmy już te wszystkie informacje postanowiliśmy wrócić do Wyzwoliciela. Stoczyliśmy jednak wcześniej pewną walkę. Ja i Józef postanowiliśmy nie brać więcej narkotyków (dadarka). Najpierw walczył Józef i niestety po długiej walce poddał się – narkotyk wygrał z nim i uzależnił go na dobre. Potem walczyłem ja. Tak bardzo nie chciałem być uzależniony, że mimo tego iż wydawało mi się, że świat mnie zgniata udało mi się, ale walka trwała całą noc.

Doszliśmy do cmentarza i tam spotkaliśmy grupkę 10 Valachów którzy chcą przeciwstawić się Wyzwolicielowi. Wśród nich znajdowała się znajoma dla Hogo i Józefa Mauadra, czyli najbrzydsza dziewczyna z pokrak. Co najdziwniejsze jest ona najbliższą koleżanką mojej ukochanej Asuany. Dowiedzieliśmy się od przywódcy tej grupki, Papy Kondicia, że szukają oni Papy Simeone, jedynego i najwspanialszego przywódcy mogącego przeciwstawić się Wyzwolicielowi. Nic mu jednak nie powiedzieliśmy o naszych czynach. Kondicia zobowiązał nas jednak do złapania trzech wojowników Wyzwoliciela kręcących się po okolicy (tych których spotkaliśmy idąc w tą stronę – jednego już mieli). Przysięgliśmy, że doniesiemy do kotliny Wartenbuch listy Valachów do Gnomów, Krasnoludów i do księcia (władz Ostlandu) lub mu prześlemy.
Na górę strony

Przepowiednia Nathaniela

Wyruszyliśmy stamtąd jeszcze tego samego dnia. Po jakimś czasie Józef zorientował się, że ktoś nas śledzi. Zrobiliśmy na tą osobę pułapkę i złapaliśmy ją. Okazało się że jest to jeden z valachów których ostatnio spotkaliśmy. Nazywa się Mykoła i miał dosyć nudy więc wyruszył z nami by mieć przygody. Przyjęliśmy go. Niestety w nocy do naszego obozu przyszli trzej Valachowie Wyzwoliciela. Na szczęście Mykoła w tym czasie spał.

Poprosili oni nas abyśmy pomogli im uwolnić ich towarzysza. Przewodził im Arianek. Postanowiliśmy sprawdzić Mykołę, po której stronie stoi. Okazało się, że po naszej. Uknuliśmy więc plan uwolnienia jeńca – ponieważ nie chcieliśmy nikogo zabijać, postanowiliśmy udawać trupy powstające z grobów i przepędzić tym samym Papę Kondicia. Na cmentarzu odpaliliśmy stos i rozpoczęliśmy udawanie trupów. Udało się Valachowie uciekli – pozostał tylko Kondicia. Na nasze nieszczęście Mykoła nas zdradził.

Ostrzegł Papę, gdy Józef zakradał się do niego od tyłu. Papa Kondicia pomyślał jednak, że to trup i uciekł. Uwolniliśmy jeńca, złapałem uciekającego Mykołe i wróciliśmy do obozowiska. Valachowie powiedzieli nam, że nie chcą wracać do Wyzwoliciela i że mają w górach niezłą robotę – pomaganie profesorowi Wernerowi – przybyłemu z imperium człowiekowi.

Skoro można było nieźle zarobić postanowiliśmy się udać razem z nimi. Dotarliśmy do obozowiska profesora. Towarzyszyły mu następujące osoby: Albertus Kapon, siostrzeniec Michale Werner, Jakub Kaptern – wojownik o jednym oku wypełnionym żółtym czymś (czyli bez jednego oka), Stefan Patern, Wirich Simergonow – bardzo schludny Valach. Razem z nimi było kilkunastu Valachów. Profesor Werner zajmował się znajdowaniem wiedzy na temat starożytnej kultury tu żyjącej dawno temu.

Na początku otworzyliśmy dla niego pewien grobowiec. Następnie pokazaliśmy mu naszą mapę z miejscami świętymi i pozwoliliśmy wybrać jedno miejsce do którego razem się udamy. Werner po długim namyśle wybrał jedno miejsce do którego się udaliśmy. Wydobyliśmy z profesora kilka informacji np.: gdzie jest las Danhaim – teraz nazywa się lasem Teutońskim i leży w baronii Gussendorf, a także kilka informacji o starożytnej cywilizacji.

I tak sobie wędrowaliśmy (trochę denerwował mnie Mykoła, że nie umie w naszym języku mówić) i wszyscy mnie denerwowali, bo gadali w innych językach i ja nic nie rozumiałem, a oni się ze mnie zgrywali. Ale to jeszcze nic w porównaniu z tym co się wydarzyło – otóż w nocy jednemu z Valachów wyrwane zostało serce – i to podczas mojej warty. Oczywiście nikt nic nie widział.

Rano pełni obaw ruszyliśmy dalej. Tego dnia najpierw zginął jeden Valach podlewający drzewo, a potem w nocy usłyszeliśmy wybuch i powstało zamieszanie w którym zginął następny z Valachów. My postanowiliśmy pójść zbadać co wybuchło. Znaleźliśmy obozowisko składające się z 4 posłań od którego odchodziły ślady trzech ludzi. Dalej znaleźliśmy nienaturalnie zakończoną górę – w kształcie piramidy. Rano profesor stwierdził, że to te miejsce do którego szliśmy. Valachowie rozpoczęli odkopywanie wejścia zasypanego najwidoczniej w wyniku nocnego wybuchu. Po jakimś czasie usłyszeliśmy stamtąd krzyki.

Gdy dotarliśmy na miejsce okazało się, że jeden z Valachów został przez coś wciągnięty do środka, a wejście zostało zasypane. Tak więc znowu zaczęliśmy odkopywać. Wiele osób się przestraszyło i Jan Kaptern wynajął czterech Valachów (tych naszych) aby z nim stąd odeszli. Razem z nimi poszedł Jan. Profesor zbadał napisy na wejściu – my znaleźliśmy ślady gliny, tak jak to miało miejsce przy kryjówce Papy Simeone.

Weszliśmy do środka – ja rozbrajałem pułapki – pierwsza z nich to była linka z wyprowadzeniem do kusz – niestety nie udało mi się zrobić długiego na 2 schodki kroku i uruchomiłem pułapkę – Józef dostał. Wydarł się na mnie jakby chciał mnie zabić. Następną pułapką były szczęki – jedne na schodach a drugie na suficie – tą pułapkę udało mi się rozbroić, chociaż na Durenmata spadły - na szczęście zatrzaśnięte - szczęki.

Potem doszliśmy do dużej sali. Były tam malowidła przedstawiające dzieje ludu elfów. Tak jak poprzednio zostały one wypędzone i żyły w górach razem z Valachami (jako coś w rodzaju niepełnoprawnych obywateli). Jeden z elfów udał się na górę i dostał od ciemnej siły moc. Potężną moc. Moc ta według nas nie była dobra. Elfy piły swoją krew i Valachowie też.

Ja dostrzegłem nagle jak krew przedstawiona na malowidłach zaczyna ściekać po ścianie. Przestraszony uciekłem. Nie chciałem już tam iść – ciągłe pretensje do mnie, napięcie strach i ta cała sytuacja mnie przerosły. Jednak dogonili mnie i zawrócili. Hogo przygotował zioła i wróciłem ostrożnie do grobowca. Niestety następne pomieszczenie okazało się pułapką. Wpadliśmy w nią wszyscy – sufit osypywał nam się na głowy a wejścia zamykały. Na szczęście udało nam się uciec do jednego korytarza. Niestety nie miał on wyjścia. Znajdowały się tam dwie tablice z Proroctwem Nathaniela.

Profesor czytał, co na nich się znajdowało, a my szukaliśmy wyjścia. Józef znalazł je w ścianie. Udało nam się wspólnymi siłami wyciągnąć płytę skalną (okupiliśmy to połamanymi paznokciami) i ja znowu jako pierwszy wszedłem do małego korytarzyka 40X40cm. Oczywiście znowu wszyscy narzekali, że za wolno idę i takie tam – same problemy mieli. W końcu doszedłem do końca – zobaczyłem jak cztery postaci, wśród nich Jan Kaptern modlą się nad sarkofagiem i przywołują Nataniela. Już wieko sarkofagu się ruszało. Narobiłem więc hałasu i im przeszkodziłem. Nastąpił wybuch i wszystko zaczęło się walić.

Uciekliśmy wszyscy. W grobowcu znaleźliśmy także tego Valacha, który został wciągnięty – był bez uszu i bez oczu. Powiedział, że usłyszał i zobaczył przepowiednię Nataniela i że nie jest tego godzien i spotkała go kara. Od tamtego czasu nic nie powiedział. Gdy wyszliśmy okazało się, że wszyscy Valachowie się pozabijali. Nawet zwierzęta się pozabijały. Okazało się, że mógł na nich wszystkich zostać rzucony jakiś czar. My szybko udaliśmy się aby sprawdzić co z Janem i czterema Valachami którzy wcześniej od nas odeszli.

Niestety jeden z nich leżał bez serca. To był Semuen. Gdy usypywaliśmy dla Valachów kopiec natrafił na nas kniaź Valaski Wasyl Popić. Pogadaliśmy z nim o obecnej sytuacji wśród Valachów, o łowach i takich tam rzeczach a potem popiliśmy aby zapomnieć ostatnie okropne wydarzenia. Daliśmy mu także pismo od Papy Kondicia – oczywiście znowu nie wiadomo za co zostałem zwymyślany przez drużynę, co mnie powoli denerwuje. Jestem traktowany jak półgłówek.

Popić obiecał, że postara się zebrać odpowiednie siły, ale na mój gust to on bardziej interesuje się łowami niż walką z Wyzwolicielem. Ruszyliśmy więc z powrotem do Wyzwoliciela pełni nadziei na lepsze jutro i na korzystne rozwiązanie naszych spraw. Ja miałem nadzieję, że już za 10 dni będę w kotlinie w Imperium. Po drodze natrafiliśmy na straszny widok – trzech Valachów gwałciło goblinkę – błłłłłłłeeeeeee. Jakoś ich poskromiliśmy a goblinką zajął się Hogo – pomógł jej. Jak się później okazało pomógł też goblinowi. Przed osadą odłączyli się od nas wszyscy niewtajemniczeni (pozostało nas trzech – ja, Józef i Hogo). Zostaliśmy dobrze przywitani i zaprowadzono nas do Wyzwoliciela – Pedridża Asuante.
Na górę strony

Ucieczka od Wyzwoliciela

Rozmowa z nim zaczęła się nawet obiecująco – powiedzieliśmy co zrobiliśmy i ile nas to kosztowało. On dał nam trochę kasy – nawet dużo bo ja dostałem 6zk. Niestety gdy przyszło do wywiązania się z umowy okazało się jakim gburem i kłamcą jest Wyzwoliciel. Otóż nie uwolni on wszystkich gepidów (ludzi z imperium) tak jak obiecał , tylko 10 z 32. To już nas wkurzyło. Potem powiedział, że nie da lekarstwa na dadarek bo nie doszła do niego lampa. Ja myślałem, że mu coś zaraz zrobię złego. Ile można mieć stresów???????? Asuany oczywiście też nie uwolni, ale łaskawie da nam tarcze i nauczy się posługiwać nimi – w magiczny sposób.

Tak też uczynił za pomocą ziół i obudziliśmy się rano. Mieliśmy nadal pozostać do dyspozycji Wyzwoliciela tego szczurzego pomiotu – on jest jeszcze gorszy od Simeone (no może porównywalny). Ciekawe co zrobi z księgą cieni którą mu daliśmy. Przyszedł do nas Jorkić a my w złym humorze trochę mu nagadaliśmy. Wkurzył się na nas i od tej pory jesteśmy chyba niezbyt przez niego lubiani. Wyzwoliciel mnie wezwał i nastraszył lewatywą z dadarka – mało nie umarłem ze strachu (od tej pory nie tylko nie lubię go ale można powiedzieć, że jest to mój wróg).

Na szczęście udało mi się jakoś uratować skórę. Wyzwoliciel dał nam misję następną – nazbierać kamieni czarnych i kory drzew. Ruszyliśmy szybko aby dalej z tego miejsca. Dotarliśmy do naszej drużyny. Tam zastanawialiśmy się co dalej robić. Postanowiliśmy, że udamy się po rzeczy dla Wyzwoliciela. Ja całą noc spędziłem na modlitwie do potężnego Sigmara aby mnie i Józefa wyleczył z nałogu. Mi chyba pomógł, ale Józefowi nie.

Ruszyliśmy dalej. Gdy dotarliśmy na miejsce okazało się, że wszystko jest dobrze i że nic nam nie grozi. Niestety to było złudzenie – z lasu wyszedł goblin i zaczął z nami gadać. Zaprowadził nas do wioski – składała się z szałasów – pełno rozwydrzonych bachorów + kobiety w ciąży. Ten goblin nazywa się Britalk i jest kapłanem Kahraka (Khakkekk?). Wodzem wioski jest Gistrli a szamanem Huko.

Gobliny żyją trochę jak zwierzęta – pomagały druidowi strzec świętych miejsc ale druid nie żyje – zabił go Simeone. Gobliny żyją razem ze zwierzętami – z niedźwiedziem, wilkami, wiewiórkami i innymi. Mają dziwne obyczaje – nawet krwawe – składają ofiary z ludzi i nie tylko a po śmierci chowają ciało, a głowę odcinają i kładą na grób.

Ogólnie to małe dzikie zwierzęta, chodź trochę bardziej rozwinięte. Okazało się, że druid mówi w kilku językach. Okazało się także, że mamy im pomóc (myślą, że jesteśmy zesłani przez Kahraka), a oni wtedy pomogą nam – wyleczą Józefa. Po długich sporach zgodziliśmy się na to. Ja jeszcze brałem udział w pojedynku – wymachiwanie mieczem a potem ... potem przestałem, bo dalsza część była za bardzo hm... wstydliwa.

Przeszliśmy także przez rytuał oczyszczenia - przejście strumieniem do wodospadu. No i udaliśmy się na misję, której celem było powstrzymanie oddziału Walachów przed splądrowaniem świętego miejsca – ruin. Z nami poszedł oddział goblinów. W sumie to kilka dzieci i wodzowie, i trzech wojowników. Gdy dotarliśmy na miejsce okazało się, że Oddział Valachów to 31 osób z czego 20 dobrze wyposażonych – bardzo dobrze zgranych i umiejących manewry wojenne.

Ja, Hogo i Józef poszliśmy do nich aby wywiedzieć się, po co oni tu przyszli. Otóż Wyzwoliciel kazał im znaleźć Szmaragdowe tablice i przeszukać to miejsce. Nas ciągle targają sprzeczne uczucia co robić.

Postanowiliśmy odejść stamtąd i porozumieć się z reszta drużyny. Wcześniej zagadnąłem wodza jakie manewry potrafi armia a on mi pokazał – super wyszkoleni żołnierze momentalnie reagowali na rozkazy. Powiedzieliśmy wszystko reszcie i ustaliliśmy plan działania – podajemy truciznę i unieszkodliwiamy przede wszystkim wodza i jak najwięcej wojowników. Potem jeżeli zajdzie potrzeba to wydamy im bitwę.

Wieczorem nasza trójka wróciła z powrotem do obozu Valachów. Tam nas spotkała niespodzianka – w obozie był Jorkić, no i nas schwytali. Oczywiście wiedzieli o wszystkim i kazali Hogowi pójść po resztę drużyny. No i Hogo się udał. Obmyślili oni plan bitwy i odbicia nas. W międzyczasie Józef zdenerwował Jorkicia i ten kazał jednemu ze swoich uczniów zabić naszego najlepszego wojownika, zabić związanego i bezbronnego człowieka, zabić jak jakieś zwierze. Jorkić nie ma uczuć.

Na szczęście Józef nie taki słabeusz i jak się okazało zamiast zginąć zabił ucznia i uciekł. No i rozpoczęła się bitwa. Oddział Wyzwoliciela został zaskoczony, ponieważ skupił się na Józefie zakradającym się z boku i na początku w ogóle nie przejmował się goblinami. A goblinów było nawet dużo (wydawać się jednak mogło, że nie dadzą rady bo głównie to dzieci i dużo starców). Durenmat poprowadził lewe skrzydło, czyli oddział dzieci, które kamieniami wyniszczyły normalnych Valachów.

Niestety drugie skrzydło radziło sobie gorzej. Nieźle obrywało. Zginęło dużo goblinów, ale Valachowie też poginęli. Durenmat zdołał dojść do mnie ze swym oddziałem i ja też włączyłem się do walki. Muszę wspomnieć, że Mykoła walczył bardzo dobrze i nieźle sobie radził. Strzelał z łuku perfekcyjnie. Niestety jego skrzydło było coraz słabsze. No i po pewnym czasie nasz oddział to były tylko te dzieciaki od Durenmata – ale Valachów też nie było dużo.

Z naszej drużyny na nogach byłem ja Durenmat i Józef strzelający z lasu. Mykoła padł po ciężkiej i odważnej walce z wodzem oddziału. Jan poddał się gdy miał naprzeciwko siebie trzech zbrojnych. Reszta naszych Valachów padła. No i udało się rozwalić wodza Valachów a reszta się poddała. Oczywiście Jorkić uciekł w las. Odnieśliśmy zwycięstwo.

W tym momencie nasze kłopoty miały się skończyć. Niestety chyba bogowie nas pokarali za przymierze z goblinami. Coś nagle się zepsuło. Gobliny zaczęły wyć i chciały zabić jeńców. My im na to oczywiście nie pozwoliliśmy. Ja chciałem gonić Jorkicia, ale bałagan jaki powstał sprawił, że nie mogłem. Durenmat ratował jeńców przed goblinami, a Józef chciał powstrzymać Fluka jeżdżącego na wilku i poprosić go o pomoc.

To co się potem wydarzyło zatkało wszystkich nas. Wilk rzucił się na Józefa a Fluk go jeszcze dobił. Józef stracił rękę (dłoń) i został przebity przez Fluka. Szczurzy gobliński pomiot – jebany goblin. Ja jak mogłem ratowałem Józefa, Hogo zemdlał – pomógł mi Huko. Durenamt ratował Valachów. Po pewnym czasie Hogo mógł już pomóc Józefowi i na szczęście nie było za późno. Józef miał żyć, ale przez 10 tygodni miał dochodzić do siebie.

W tym czasie na polu bitwy rozgrywały się straszne sceny – wilki zjadały czasem nawet żyjących Valachów, a gobliny także znęcały się nad trupami i dobijały rannych. To było straszne. Fluk natomiast zyskał posłuch u goblinów i został wodzem. Nasze życie wisiało na włosku. Przyszedł nam z pomocą Britalk. Ja widziałem jak chował on po bitwie ciężko rannego wodza. Powiedział iż od tej pory wodzem jest Fluk i musimy oddać mu cześć. Tak też zrobiliśmy kładąc się przed nim. Wtedy jego wilk łaskawie na nas nasikał, kumpel wilka też i sam Fluk na niektórych z nas też narobił.

Wtedy już wiedziałem, że trzeba będzie się pozbyć Fluka. Wszyscy wróciliśmy do wioski goblinów. Okazało się, że mamy 11 więźniów. Z Valachów przeżyli Arionek i Davko. Józef miał leczyć się przez 10 tygodni, więc trzeba było coś wymyślić, aby pozbyć się Fluka. Fluk okazał się wodzem dążącym do wojny – zbierał haracze od innych wiosek i szkolił młode gobliny na wilczych jeźdźców. Po dwóch tygodniach w ciągu których przebieraliśmy się za orki (i tak zostaliśmy postrzegani przez gobliny) postanowiłem, że trzeba skończy z Flukiem.

Najpierw żeby stać się myśliwym i potem móc walczyć z Flukiem musiałem pokonać zwykłego goblina. Podwalałem się więc do jego żony na jego oczach i w końcu udało mi się go sprowokować. Pojedynek wyglądał tak jak kiedyś – wiem że to było trochę upokarzające, ale jakoś udało mi się wygrać. Następnego dnia miał przegrać Fluk. Niestety okazało się, że wygrałem w pojedynku goblinke – musiałem z nią spędzić noc. Na szczęście podałem jej środek nasenny. Potem zaś udawałem, że dokonujemy orgii aby słuchacz stojący za szałasem byli zadowoleni. Chyba jednak przesadziłem z tym udawaniem (trwało to chyba 1,5 godziny z małymi przerwami), bo od tamtego czasu stałem się bożyszczem goblinek.

No i przyszła kolej na Fluka. Ponieważ był on wyznawcą Brukha – boga wojny udało mi się go obrazić i wyzwać na pojedynek. Tylko on i ja – ja z mieczem i on z włócznią. Pierwszy cios zadany przeze mnie rozwalił go – prawie odciąłem mu nogę. Potem Durenmat zabił Fluka ciosem w głowę. Niestety nie udało mi się zapanować nad goblinami – uczynił to dopiero Britalk prowadząc wszystkich na pole bitwy i ukazując wodza, którego niby ożywił Kahrak. Od tej pory gobliny się cieszyły a my przeżyliśmy w spokoju następne 8 tygodni. Tylko Hogo z racji swego wzrostu miał pewne problemy z goblinami.

Gdy mieliśmy się już oddalić od wioski Britalk poprosił nas abyśmy uleczyli przyrodę. Już od dawna widzieliśmy, że coś jest nie tak. Britalk podtrzymał nas w tym przekonaniu mówiąc, że druid przed śmiercią udawał się do osady Jaremy aby naprawić przyrodę. Zgodziliśmy się pomóc. Następnego ranka wyruszyliśmy. Arionek i Davko postanowili zostać w wiosce.
Na górę strony

Rubin mocy - Grząśle

Długo jednak nie wędrowaliśmy. Nos upłynęła nam miło. Rano jak się obudziliśmy to poczuliśmy się dziwnie – żadnego hałasu – spokój. Miłe uczucie – ja z radości opowiedziałem jakiś żart, który się spodobał, więc powiedziałem następny, może mniej elegancki i wtedy drużyna zaczęła się ze mnie naśmiewać. Durenmat wymyślił na mnie przezwisko (nie wiem dlaczego on to zrobił) no i się trochę pokłóciliśmy. Kłóciliśmy się także co dalej będziemy robić.

Po kilku godzinach postanowiliśmy pomóc przyrodzie, uwolnić Asuanę i udać się do kotliny.

Po kilku dniach dotarliśmy do osady Jaremy – oczywiście była ona zniszczona. Powróciły złe wspomnienia i humor wszystkim się popsuł. Dzięki obrazowi przedstawiającemu święty gaj odnaleźliśmy najpierw kamień na nim przedstawiony, a potem wyznaczyliśmy miejsce gdzie powinien się znajdować święty gaj. No i ruszyliśmy.

Oczywiście Hogo i Jan podeszli z nami tylko kawałek i postanowili zostać. Udaliśmy się ścieżką przez las. Im dłużej szliśmy tym przyroda stawała się brzydsza i bardziej chora – np. powykrzywiane drzewa. W końcu doszliśmy do ściany gęstych krzewów. Postanowiliśmy przez nie przejść. Niestety okazało się że to była pułapka. Po 10 metrach krzaki jakby ożyły, wystawiły kolce i każdy z nas dostał. Byliśmy pokaleczeni. Ja jako największy pechowiec zostałem także duszony przez krzak, który podniósł mnie za szyje a potem rzucił na ziemię. Oczywiście sprawiło to, że przez pewną chwilę spanikowałem.

Józef i Mykoła poszli do przodu, a ja i Durenmat zostaliśmy z tyłu. Potem z góry zaczęły skakać na nas zwierzęta jakby szczury ale nie do końca. No i krzaki znowu w nas uderzyły. Potem na Durenmata skoczyły takie trzy zwierzaki. Zanim zdążyłem zareagować jeden z nich wbił mu się w gardło. Wziąłem więc Durenmata na ręce i uciekłem z tych krzaków. Jak wybiegłem na polanę, to zacząłem ratować Durenmata – strasznie mu leciała krew z twarzy i policzka. Jakimś cudem udało mi się ją zatamować. No i udaliśmy się dalej.

W końcu doszliśmy do kopca. Na jego górze odkopałem wejście do dziwnych drzwi – z zagadką – coś jak przy grobowcu który kiedyś otworzyliśmy. Józef wyciągnął swoje kartki, które pomogły nam otworzyć wejście do kopca. Wtedy przyszli Jan i Hogo. Hogo zaczął leczyć wszystkich po kolei. I coś mu się stało – jak poprosiłem go aby mnie uleczył to on odmówił. Tego było już dla mnie za wiele. Powiedziałem mu co o tym myślę i odszedłem sobie na ubocze – wkurzyła mnie już ta drużyna.

Mykoła i Durenmat zwiedzili ten kopiec. Okazało się, że jest to laboratorium w którym przygotowuje się miksturę potrzebną do jakiegoś tam klejnotu. Zajmowali się tym druidzi. Niestety ostatnio żaden z nich jej nie przyrządził (chyba dlatego, że wszyscy umarli). No i Hogo postanowił ją przyrządzić. Niestety okazało się, że brakuje składników: krwi smoka, piszczeli trolla i macicy szczura z małymi.

Zabawne, ale oni postanowili to zdobyć. Już wtedy wiedziałem, że chyba z nimi nie zostanę (co gorsza tą miksturę przygotowuje się przez 3 miesiące). Mi tam spieszyło się do Asuany. Następnego dnia Hogo powiedział nam jeszcze jedną złą nowinę. Wszyscy mieliśmy styczność z czarnym mchem, który jest trucizną. Osadza się on na skórze i rośnie zabijając człowieka. Oczywiście podejrzenia choroby wyszły u mnie i Mykoły. Hogo wypalił Mykole dłonie, bo znajdowały się na nich czarne kropki. Ja byłem przybity, ale z racji na mój wytrzymały i odporny na choroby organizm postanowiłem zaczekać z wypalaniem do rana – mając nadzieję, że mi to przejdzie.

Niestety po raz kolejny chłopaki ze mnie zakpili. Na siłę przypalili mi ręce – na nic zdały się moje prośby. Po tym wydarzeniu wiedziałem jak czuł się Kasmirowicz przed wskoczeniem w przepaść. Wiedziałem także, że nie łatwo mi będzie zaufać drużynie – czułem do nich nienawiść oraz ogólne zwątpienie w przyszłość. Przypuszczam, że te wypalenie moich rąk wbrew mej woli było pomysłem Hoga lub Durenmata. Następnego dnia Hogo znalazł w księdze miejsce pobytu smoka – wioskę Grząśle.

Nie wiedzieliśmy gdzie to, ale się tam udaliśmy. Pierwsza wioska do której trafiliśmy nie przyjęła nas dobrze. Skierowała nas w jakieś miejsce. Potem natrafiliśmy na młokosa Valacha o imieniu Polaczek. Za jedzenie zaoferował się nas zaprowadzić do tej wioski. Polaczek to dziwny chłopak – jadł za dwóch i gadał za dziesięciu. Może gdybym miał lepszy nastrój to bym z nim pogadał.

Doprowadził on nas do wioski – kilka dni to trwało. Sam z nami nie poszedł. W wiosce trafiliśmy do karczmy „Pieczara”. Było tam wielu Valachów przygotowujących się do święta zimy. Drużyna pogadała z Mariciem Dospkiem, sołtysem wioski. Mykoła postawił wszystkim piwo. Ja nic nie jadłem, ponieważ wydawało mi się, że coś jest w zupie.

Oto jak upłynęła pierwsza noc – Durenmat spędził ją z dziewczyną o imieniu Ronia, Mykoła u hodowcy owiec, Józef nie pamiętam gdzie a ja z minstrelem Kazimierzem ze Staszewa. Minstrel wydał się dziwnym osobnikiem. Śniły mu się dziwne sny dające mu natchnienie do pracy. Po rozmowie z nim okazało się, że szuka on kotliny Wartenbuch – by tam odnaleźć dwie siostry. Uważał on że Hopfena jest dobra a jej siostra zła. To Hopfena zsyłała na niego sny. Stwierdził także, że uwolniła się ona i przyszła na ten świat – dzięki pocałunkowi życia danemu przez jej męża.

W sumie to Kazimierz stoi po przeciwnej stronie niż my, ale mam nadzieję, że zasłaliśmy w jego sercu nutkę wątpliwości w to, która z sióstr jest zła a która dobra. Trochę nas przeraziło, że Hopfena jest na wolności.

Następnego dnia ja wyłapałem trochę myszy u młynarza, i znalazłem przyjaciela – Christiego (imię ku pamięci Christofera mojego najlepszego kumpla) – małego pieska. Byłem też w świątyni Morra, gdzie spotkała mnie przykra niespodzianka – zostałem poważnie obrażony przez pijanego kapłana, który zbezcześcił świątynię swoimi rzygami. Mykoła postrzygł owce, ale co najważniejsze Durenmat dowiedział się, że jest tu smok i Valachowie sprawują nad nim opiekę (jest to stary smok).

Niestety, dziewczyna z którą spędził noc Durenmat była wybranką i miała być oddana smokowi na pożarcie podczas święta – taka tradycja co roku smok je dwie młode osoby. Ale dzięki smokowi wiosce żyje się dobrze bo inne wioski składają jakieś datki (boją się atakować na tą wioskę) a nawet czasem gobliny coś przynoszą. No i zaczęły się kłopoty. Durenmat za wszelką cenę chciał uratować Ronię. Zwrócił się z tym do rady wioski i za drobną opłatą pozwolili mu pod warunkiem, że da jakiś powód by Ronia nie mogła być ofiarą. No to mu pomogłem – dałem jej trochę moich trucizn żeby wyglądało, że jest ona chora. Durenmat podziękował mi za to i obiecał, że będzie dla mnie miły i nie będzie już mnie więcej przezywał. Oczywiście mu uwierzyłem.

Z radą wioski zawarliśmy także umowę – my pomożemy im utwierdzić Popicia w przekonaniu, że smok nie żyje, a oni dadzą nam krwi smoka. Tak więc wszystko się dobrze ułożyło. Następny dzień miał być najlepszym dniem od dawna. Tak się jednak nie stało. Poszedłem z Durenmatem do świątyni Morra i tam znowu spotkaliśmy tego kapłana. Kapłan był znowu pijany i powiedział nam że wioska jest zła bo składa ofiarę bestii a gdy on chciał ich powstrzymać to obcięli mu oni nogę.

No i wtedy Durenmat po raz kolejny zmienił zdanie. Najpierw postanowił, że trzeba zabić smoka a potem, że składanie ofiar jest okrutne . Potem zaczął się na mnie wydzierać i znowu mnie bardzo obraził, i obraził święte miejsce jakim jest świątynia. Potem wyżył się na sznurku mojego psa. Potem mnie obraził i tak mnie wytrącił z równowagi, że mu strzeliłem z piąchy w twarz. Nikt mnie jeszcze tak nie wkurzył. Ostatnio wszyscy byli przeciwko mnie. Już nie wytrzymałem i miałem dość tej drużyny, psia jego mać. Te szczurze pomioty działały mi na nerwy i postanowiłem się od nich uwolnić. Mykoła jeszcze starał się mnie jakoś namówić do zostania, ale pomimo jego dobrych chęci postanowiłem odejść.

Zostałem tylko jeszcze na święto. Wyglądało ono tak, że cała wioska prowadziła dwójkę młodych ludzi do smoka. Na miejscu Durenmat powiedział, że zabije smoka. Szczerze mówiąc mu nie uwierzyłem. Ceremonia się rozpoczęła i Durenmat chyba po raz pierwszy nie zmienił zdania – zaatakował – raz uderzył smoka i dostał od niego. Padł zemdlony i ciężko ranny. No i Valachowie się rzucili na mnie. Ponieważ szybko biegam i nie tracę głowy udało mi się uciec.

Pogoń nie gubiła mojego tropu bardzo długo. Jednak po kilku godzinach udało mi się ich trochę zmylić. Zobaczyłem także jak ośmiu Valachów goni Mykołę. Zacząłem do nich strzelać, ale niestety nie trafiłem. Za to połowa z tej grupy pobiegła za mną. I znowu musiałem uciekać. Już nie słyszałem żadnych głosów gdy zobaczyłem na mojej drodze Valacha. Wyciągnąłem łuk i kazałem mu odejść. I uciekłem dalej.

Po jakimś czasie byłem skrajnie wykończony i zobaczyłem jakąś norę, w której się schowałem. Tam przespałem całą noc. Rano zobaczyłem, że w zastawione sidła złapał się lis, co świadczy, że jestem coraz lepszym łowcą. Tą radość zakłócił odgłos z zewnątrz – ktoś chodził przed norą. Okazało się, że to był ten sam Valach. Nie był to jednak mieszkaniec Grząśli.

Przedstawił się jako Ioan Hossu i wcale nie wiedział co się tu dzieje. Ja mu wszystko wytłumaczyłem i poprosiłem o pomoc. Udał się on ze mną do wioski aby zorientować się co jest grane i czy moi przyjaciele zostali złapani. Ja pozostałem poza wioską. Po kilku godzinach wrócił i powiedział, że Józef i Mykoła żyją, ale zostaną ścięci. No to pełen obaw ruszyłem ich ratować drogą dyplomatyczną.

W rozmowie z radą wyjaśniłem, że są oni niewinni i nic nie wiedzieli o napaści na smoka. Podczas całej rozmowy bardzo się denerwowałem, ale jakoś udało mi się przekonać do nas wszystkich. Prawda prowadzi ku lepszemu. Był jednak pewien problem, Durenmat został uznany za Czarnoksiężnika i wbity na pal. Nie lubiłem go ale zrobiło mi się przykro. My natomiast jako zadośćuczynienie mieliśmy zabić żubra aby smok miał tłuszcz i krew. No więc wyruszyliśmy. Znaleźliśmy potężną bestię i próbowaliśmy w nocy się do niej zakraść. Niestety nie udało się i nas ona zaatakowała.

Dziwne bo zazwyczaj roślinożerne zwierzęta nie atakują ludzi. Najmniej szczęścia miał Mykoła, który schował się za drzewem. Żubr z rozpędu rąbnął w nie i połamał a Mykoła został przygnieciony. My rzuciliśmy się na żubra ale on uciekł. Potem wytropiliśmy go i dobiliśmy. Ja zostałem aby go pilnować a reszta poszła po Valachów.

Odpędzałem wilki i się doczekałem reszty drużyny. Zabraliśmy truchło żubra do wioski. Tam przenocowaliśmy i następnego dnia mieliśmy wyruszyć. Jednak rano dowiedzieliśmy się, że Durenmat nadal się męczy na palu. Brutalni i wstrętni Valachowie specjalnie podtrzymywali go przy życiu aby dłużej się męczył. Tak więc aby ulżyć mu wcisnąłem niestety kłamstwo, a jeżeli naprawdę był czarnoksiężnikiem to w sumie prawdę, że może on rzucać z pala czary i klątwy. Pozwolili mi oni go pochować. Niestety żywcem. Zdjęli go z pala i nikt nie chciał odprawić ceremonii przedpogrzebowej.

Zrobiłem to ja. Dałem mu maść, która sprawiła, że nie czuł bólu. Obmyłem go, obciąłem włosy i paznokcie i przygotowałem jak nakazuje obyczaj. Modliłem się do Morra. On jednak nie ułatwiał mi sprawy. Ciągle prosił o ratunek, o to że Hogo jest jeszcze w stanie mu pomóc. Na cmentarzu wcisnąłem mu koronę do buzi tak głęboko, żeby nie mógł oddychać. Potem ciało włożyłem do grobu i zakopałem. To był najstraszniejszy pogrzeb w moim życiu. Chyba na zawsze pozostanie mi w pamięci. Strasznie żal mi było Durenmata i bardzo przeżyłem jego męczeńską śmierć.

Po pogrzebie kiedy wszyscy Valachowie już odeszli zmówiliśmy modlitwę za Durenmata. Gdy ceremonia się zakończyła postanowiłem ratować życie Polaczka. Pomimo sprzeciwu całej drużyny postanowiłem zabrać go z nami i wychować na dobrych ludzi. W końcu podjęliśmy ostateczny plan co robić – iść do kotliny Wartenbuch. Wynajęliśmy także Ioana Hossu jako naszego przewodnika który miał nas tam zaprowadzić.

Najpierw jednak musieliśmy zajść po Hoga i Jana. Droga trwała parę dni w ciągu których powstało wiele kłótni na temat Polaczka. Starałem się opanować jego nieposkromiony język i muszę przyznać, że trochę mi się udało. Niestety reszta drużyny była w dalszym ciągu źle nastawiona do młodego Valacha. Najbardziej dziwiła mnie postawa Mykoły, który przecież sam dostał od nas szansę (po tym jak nas zdradził na cmentarzu), a sam już nie umie dać takiej szansy drugiemu człowiekowi (na dodatek rodakowi).

Gdy doszliśmy do reszty drużyny Hogo zajął się strasznie zmasakrowaną nogą Mykoły. Oczywiście wszyscy pomodliliśmy się za Durenmata. Ponieważ Mykoła nie mógł chodzić postanowiliśmy zdobyć jeden składnik – macice szczura z młodymi. Ja, Józef i Ioan wyruszyliśmy na szczury. Cieszyłem się, bo szczurów nigdy za mało. Znaleźliśmy jedną norę – niestety była bardzo wysoko – 70 metrów. Ioan jako przewodnik poszedł pierwszy a ja za nim. No i niestety ku moim zdziwieniu na 30 metrach Ioan stracił równowagę i się ześlizgnął. Postanowiliśmy poszukać innej nory.

Znaleźliśmy jedną na znacznie mniejszej wysokości. Józef popisał się super strzałem zabijając szczura wystającego z tej nory. Ja i Józef weszliśmy na górę i zastawialiśmy pułapki. Złapaliśmy 3 młode i potem rozpaliliśmy ognisko, aby wykurzyć resztę pomiotów szczurzych dymem. Po pewnym czasie w sidła złapał się młody a matka uciekła – Józef ze zręcznością kozicy pobiegł za nią po zboczu, ale niestety jej nie dogonił. Ja zastawiłem sidła przed norą i czekałem na jej powrót. Rano okazało się, że Józef wytropił szczurzyce i podszedł do niej podczas snu i zabił. Jak widać jest on prawdziwym herosem, ale mi już coraz mniej do niego brakuje.

Wróciliśmy do Hoga ze zdobyczą. Teraz postanowiliśmy ratować Asuanę. Wszyscy oprócz Hoga i Polaczka poszliśmy w kierunku osady Wyzwoliciela. Jan został w miejscu gdzie kiedyś stacjonowali czterej Valachowie – konkretnie Arionek. My poszliśmy do osady Wyzwoliciela. Na miejscu spotkał nas ogromny zawód. Otóż osada zmieniła się bardzo. To była już warowna twierdza. Nawet Józef w najlepszych swoich czasach by się tam nie dostał.

Otóż wycięty został 300-metrowy pas drzew. Co jakiś czas stały budki na palach. Był 3 metrowy ostrokół i 5 metrowe mury. Słychać było głosy psów. Coś tam było podpalone – pewnie jakaś gorąca maź przygotowana była do spuszczenia na wdzierające się osoby. Normalnie porażka – nic nie dało się zrobić. Nawet nie wiem czy ten opis twierdzy jest prawdziwy w takim byłem wtedy szoku. Biedna Asuana, jak o niej myślałem, to łzy same napływały do oczu. Chyba po raz pierwszy nasza drużyna była tak bardzo bezsilna – nic nie mogliśmy zrobić. Tak mnie to przygnębiło, że mimo dużego mrozu poszliśmy spać.

Oczywiście rano niektórzy z nas obudzili się nie czując nóg. Najgorzej miał Józef, któremu nawet nacierania nie pomogły i musieliśmy użyć świeżego moczu aby go odratować. Przygnębieni postanowiliśmy udać się do Papy Kondicia, mając nadzieję na jakąkolwiek pomoc. Po drodze spotkaliśmy Jana.

Do wioski poszedłem tylko ja i Ioan. Tam pogadaliśmy z papą Kondicia na tematy Wyzwoliciela – papa Simeone nadal się nie ujawnił (i tego już nie zrobi ;) na szczęście), a dowiedzieliśmy się, że Wyzwoliciel rośnie w siłę – ma już 8 wiosek. To była smutna wiadomość, ale tuż po niej nadeszła najwspanialsza wieść na ziemi, tak wspaniała, że musiała długo czas docierać do mojej głowy – Mauadra dzielna dziewczyna, o niespotykanej urodzie objawiła prawdziwe swe powołanie i odbiła Asuanę i jeszcze kilku innych więźniów. HUUUUUURRRRRRRAAAA!!!!!!!!!!!!! Wszyscy znajdują się u wielkiego władcy – ponad kniazia – Pedridża Asuante, który jednak znany jest z życia hulaszczego.

Bez chwili zwłoki postanowiliśmy wyruszyć – załatwiliśmy jedzenie i mieliśmy zanieść list do Pedridża. Niestety reszta drużyny ujawniła się i wywołała zamieszanie, no i zostali posądzeni o to, iż są wojskami Wyzwoliciela atakującymi osadę. Musieli oni uciekać i udało im się to, ale my musieliśmy zostać w wiosce całą noc. Potem jeszcze przyszedł Hogo – nie wiadomo skąd się wziął i jego niewyparzony język o mało nie spowodował iż papa Kondicia stracił do nas zaufanie – ledwo co udało mi się to odkręcić (wioska Grząśle została przez nas ukazana w złym świetle).

Następnego dnia już mieliśmy wyruszać i znowu Hogo zaczął pogawędkę z Kondicią – normalnie tuman. Ja wychodziłem z siebie i w końcu nie mogąc doczekać się końca tej rozmowy poszedłem do Pedridża. Po pewnym czasie wszyscy się spotkaliśmy i ruszyliśmy w drogę. Mieliśmy podróżować około 2 tygodni. Niestety obliczyliśmy, że zabraknie nam jedzenia i musieliśmy polować.

Pewnego dnia trafiliśmy na ślady stada dzików. Ja i Józef poszliśmy aby ustrzelić kilka sztuk – no może jedną. Wszyscy nas przestrzegali, że dziki rzucą się na nas więc zachowywaliśmy się ostrożnie. Po kilku godzinach tropienia dotarliśmy do ciepłych źródeł – gejzerów. Tam w błocku taplały się dziki. Rozstawiliśmy się na posterunkach i mieliśmy już strzelać, gdy ja zobaczyłem , że jeden z dzików to goblin w dziczej skórze. No i postanowiłem z nim porozmawiać.

Oczywiście przedstawiłem się jako wysłannik Kahraka – no i co dziwne goblin wiedział kim jestem. Pozwoliłem mu się dotknąć (aby był płodny) i zażądałem jedzenia w postaci dzika. W końcu domówiliśmy się, że ja pomogę mu zagarnąć do stada okropnie dużego i nieposłusznego samca a on odda mi 2 średnie dziki. Miałem nałożyć na siebie skórę dzika i pojedynkować się z tamtym samcem. Pojedynek polegał na udawaniu złości i swojej siły. Wcześniej goblin opryskał mnie cieczą, która miała imitować zapach dzika.

Stałem (klęczałem) naprzeciwko potężnego dzika i chrumkałem – potem on kłami sypnął na mnie ziemią – jak ja mu sypnąłem ręką to się zdziwił i przestraszył a jak jeszcze się napiąłem robiąc się większym to dzik zwątpił. Uklęknął przede mną a ja rozłupałem mu kieł – od teraz był pode mną w hierarchii stada. Udałem się do stada a on za mną.

Goblin powiedział nam dwie ważne rzeczy – po pierwsze za 4 dni dotrzemy do strasznych postaci, po drugie orki znowu zbierają siły i mają nowego wodza – Pokl Er Vikhla co w naszym języku brzmi coś na kształt „Wyzwoliciel” – bardzo podejrzana sprawa, ale w sumie to można się spodziewać po Wyzwolicielu takich rzeczy.

Wzięliśmy dziki ze sobą – same za nami poszły. W okolicach obozu gdy dalej nie chciały iść zabiliśmy je i zanieśliśmy Hogowi który zamienił je na żarcie. Potem jak jeszcze raz przemyślałem sobie to polowanie, to stwierdziłam, że robię się coraz odważniejszy. Jeszcze kilka miesięcy temu nie odważyłbym się stanąć z wielkim dzikiem oko w oko. Teraz mam mocniejsze nerwy – bardziej wierzę w siebie i jestem pewniejszy swoich umiejętności. Myślę, że gdybym spotkał mojego starego wroga – szczura Syfusa, to nie wyszedł by on z tego starcia cało. Jak się tak zastanawiam to nie jestem już tamtym słabym chłopczykiem sprzed miesięcy – jestem mądrzejszy, wytrzymalszy i sprytniejszy niż prawie rok temu. Cieszy mnie to. Powoli rodzi mi się w głowie pewna myśl – światopogląd trochę się zmienia - być może już niedługo się ona do końca rozwinie i będę mógł podzielić się nią z resztą drużyny. Nie zmieniły się we mnie dwie rzeczy – nadal jestem jeszcze młodzieńcem a nie facetem i nadal jak coś sobie postanowię to nic mnie od tego nie odwiedzie (przykładem jest Polaczek, którego nikt nie chciał brać, a teraz nikt na niego nie narzeka), kocham ciągle Asuanę i nic ani nikt mnie od tego nie odwiedzie.

Ruszyliśmy następnego dnia aby jak najszybciej dotrzeć na miejsce. Po drodze zobaczyliśmy idący pochód ludzi (goblin ostrzegł mnie że w tej okolicy będą dziwne postaci – nie ludzie) – stwierdziliśmy, że to chorzy na leprę i jak najszybciej postanowiliśmy udać się dalej.

W nocy stała się dziwna rzecz – jakieś postacie chodziły w ciemności – ktoś się pochylał nad moim jedzeniem. Ale w sumie to nic nie znaleźliśmy. Dopiero rano zobaczyliśmy, że na naszym jedzeniu jest jakiś proszek – wszystkie plecaki były otwarte. Naokoło naszego obozowiska jakby na wierzchołkach trójkąta na drzewach wisiały szczury powieszone za ogon – bez głów i bez krwi. Ja i Józef postanowiliśmy poszukać śladów – zaprowadziły one nas do wąwozu, którym szliśmy kilkanaście minut. Ponieważ źle nam się kojarzą wąwozy zawróciliśmy do obozu. Udaliśmy się w dalszą drogę. W końcu dotarliśmy do traktu – trafiliśmy na handlarza skór z którym postanowiliśmy spędzić resztę podróży.

Okazało się, że słyszał on o Asuanie – że to piękna pani i startuje do niej dużo szlachciców. O Sigmarze ratuj i pomóż!!!!!!! Ja mam nadzieje i wierzę, że ona kocha tylko mnie tak jak ja ją. A dowodem na to jest fakt iż odrzuca ona wszystkie zaloty pozostałych facetów – nawet szlachciców. R.T. + A = WNM.

Byłem pełen nadziei. Z Gliboviciem dobrze nam się rozmawiało – bawiły go nasze żarty. Ja jednak im bliżej końca podróży byłem coraz bardziej niespokojny. Ciągle ćwiczyłem cieniem – czułem że muszę opanować tą sztukę zanim dotrę do Zdanar.

No i ostatniego dnia podróży stało się. Gdy z rana ćwiczyłem udało mi się delikatnie poruszyć patyk. Wiedziałem, że jestem już blisko. Pomodliłem się i skupiłem wszystkie moje wewnętrzne siły i uderzyłem jeszcze raz cieniem mojego miecza w cień patyka. Udało się – sukces – jestem wielki – patyk upadł. To był dobry znak od Sigmara. Miesiące pracy dały w końcu jakiś efekt. Wiedziałem o tym i nawet powątpiewania Mykoły nie zmieniły mojego nastawienia. Teraz spokojniejszy mogłem udać się na spotkanie z ukochaną.
Na górę strony

Zdanary

Zdanary okazały się dużym miastem posiadającym nawet tereny podmiejskie. Oczywiście z radości, iż w końcu jesteśmy w mieście odstawiliśmy głupie mini przedstawienie (tak jak my to potrafimy) przed sierżantem i za karę musieliśmy płacić podwójną stawkę za wejście do miasta. Kupiec Glibović zaoferował się, iż ugości nas w swym domu. Byliśmy z tego powodu zadowoleni. Pozwolił nam nawet skorzystać z sauny – specjalnego pomieszczenia do mycia się i trenowania walk za pomocą rózg.

Wieczorem przyszła do nas nasza przyjaciółka Mauadra. Ja oczywiście wypytywałem o Asuanę, ale niestety usłyszałem o niej same złe rzeczy. Otóż upodobała sobie ona salony i życie jak wielka pani, podobno zginął przez nią człowiek, ponadto puszcza się ona ze wszystkimi wokoło i zadaje z kurwami. W ogóle to Mauadra przedstawiła ją jako kurwę. To był dla mnie cios – wielki potężny cios. Załamanie się wszystkich moich marzeń.

Umarłem. Koniec. Hogo próbował mnie pocieszyć, napisał nawet list w moim imieniu do Asuany, ale to nie pomogło mi w niczym. Straciłem nadzieję, wiarę w to że jeszcze mogę być z moją kochaną.

Następnego ranka gdy wstałem czułem się równie niedobrze, tak jakbym był w jakimś amoku. Wszyscy poszli do miasta po zakupy, więc ja też tak uczyniłem. Bez przekonania przygotowywałem się do wizyty u Zdanara. Kupiłem ubranie i nawet pochwę na miecz. Spotkałem na mieście Hoga, który był dziwnie podekscytowany. Mówił że Józef całował się z Asuaną, która była Mauadrą.

Coś kręcił, ale jedno było pewne – Józef zdradził, powinien za to zapłacić. Hogo zebrał resztę drużyny i udaliśmy się w miejsce gdzie mieliśmy się spotkać z Asuaną. Hogo wyjaśnił jeszcze, że niby Mauadra podawała się za Asuanę, ale jak to możliwe – z doświadczenia wiem że niemożliwe by było aby mogła się tak ucharakteryzować.

Na miejscu Jan i Mykoła poszli pierwsi sprawdzić co się dzieje. My zostaliśmy na dole. Jak doszliśmy na górę to Jan podnosił się z ziemi, Mykoła umierał na podłodze a Józef szukał następnej ofiary. Powiedziałem mu co o nim myślę – jak mnie zawiódł, że śmie z moją Asuaną w jednym pokoju baraszkować, no i musiałem od niego uciekać.

Dostałem tylko kuksańca. W niedługim jednak czasie wszyscy osiągnęliśmy porozumienie. Otóż jak Hogo nam wyjaśnił Mauadra rzuciła na biednego Józefa urok – czyniła to jakimiś czarami – chyba za pomocą woreczków z naszymi włosami i paznokciami. Te czary sprawiły iż Józef widział w niej tą osobę którą chciał widzieć – czyli piękną Asuanę.

W tym momencie odżyły moje nadzieje na to iż Mauadra cały czas nam kłamała. Na początku chyba było jej tak wstyd tego co zrobiła i z nami nie chciała rozmawiać, ale po jakimś czasie udało się nam do niej dotrzeć – biedaczka, po tym co powiedziała zrobiło mi się jej nawet żal. Wszyscy patrzą na nią jak na pokrakę, jak na zwierzę i jest jej z tym bardzo ciężko. Chciała ona (zresztą tak jak ja) zaznać miłości. Biedna Mauadra. Nikt jej nie chciał.

Spytałem się więc o to czy to co mówiła o Asuanie jest prawdą. Okazało się że tak. To mnie do końca przybiło. Poszedłem więc do świątyni Sigmara się modlić. Jeszcze bardziej poczułem w tym momencie brzemię, które noszę. Po raz pierwszy w życiu pomimo długiej modlitwy nie poczułem się ani trochę lepiej. Sigmar jest na mnie zły po tym co zrobiłem zadając się z goblinami. Wszystko co trzyma mnie przy życiu oddala się ode mnie z każdą chwilą.

Znowu same porażki. Nawet Polaczek przestał się mnie słuchać i stał się pyskaty. Kolejne moje niepowodzenie. Z tym przekonaniem poszedłem spać. Rano obudził mnie Hogo, coś do mnie mówił nawet nie pamiętam co. Potem o dziwo w drzwiach pojawiła się Asuana – piękna a nawet piękniejsza niż ją pamiętałem. Też coś do mnie mówiła a ja z wrażenia powodowany sprzecznymi uczuciami nie wiedziałem co powiedzieć. Jedno jest pewne - nie przywitała mnie jak ukochanego.

Sam nie wiedziałem co się ze mną dzieje. Zszedłem na dół na śniadanie przygotowane przez Asuanę. Czekałem na spotkanie z nią przez kilka miesięcy, ale kiedy wreszcie ono nadeszło wszystko było odwrotnie niż miało być. Strasznie przytłaczające. Aż chce się płakać. Wyć nawet. Nie do końca byłem przytomny więc nie pamiętam tego o czym wszyscy rozmawiali – pamiętam, że przez większość czasu panowała krępująca cisza. Jakoś to wszystko dziwnie bardzo wyglądało – tak jakbyśmy się spotkali z obcą osobą.

Po śniadaniu Hogo babrał się godzinę w pozostałościach jajecznicy. Potem wszyscy udali się gdzieś. Ja po napatrzeniu się w jajecznicę i przemyśleniu wszystkiego postanowiłem, iż muszę spotkać się z Asuaną, muszę, powiem jej wszystko, wszystko. Wiem że poszła ona do miasta, więc udałem się jej poszukać. Szybkim krokiem postanowiłem obejść całe miasto i zaglądać do wszystkich sklepów i sklepików, aż ją spotkam.

No i spotkałem Asuanę. Powiedziałem jej o moich uczuciach i o dziwo ona stwierdziła, iż też nie jestem jej obojętną osobą. Po długich rozmowach postanowiliśmy resztę życia spędzić razem. Mamy wrócić do kotliny. Jest tylko jeden problem – otóż Asuana nie może wyjechać, gdyż wszyscy ją uwielbiają. Z pomocą przyszła nam żona Zdanara. Szczwanym planem przekonaliśmy Aliara Zdanara do tego by odesłać Asuanę z tego miasta, gdyż powoduje ona zbyt dużo zamieszania. Zaczęliśmy przygotowania do wyjazdu.
Na górę strony

Przepowiednia Petrosiniego

Postanowiliśmy odbyć poważną rozmowę o naszych najbliższych planach. Niestety nic konkretnego nie wymyśliliśmy. Ponieważ nie cała drużyna była wtajemniczona w dzieje drużyny Hogo wpadł na genialny pomysł – postanowił wszystkim wyjaśnić co się dzieje i jakie były do tej pory losy drużyny.

Zaczął od pokazania przedmiotu – takiej ładnej złotej brożki z napisem UNOSAR a potem zaprowadził wszystkich do pokoju i pokazał tajemniczy klejnot. Zebraliśmy się w kółku i zaczęliśmy się modlić do Analii. No i stała się rzecz niesłychana. Aż sam nie mogę w to uwierzyć – doświadczyliśmy obecności boginki. Pojawiły się przed nami obrazy z jej świata, oraz jej głos który nas ponaglał do działania i do tego by jej pomóc.

Od tej chwili cała drużyna była wtajemniczona. Wszyscy się przejęliśmy tym wydarzeniem i zaczęliśmy szukać w pamięci i notatkach rzeczy które by nam podpowiedziały co dalej mamy czynić. Józef zacytował nam fragment wiersza o domu Hopfeny i jej męża Hildenbryka – fragment dotyczył domu w którym tańczą umarli – domu nad którym wstaje księżyc. Postanowiliśmy udać się do astronoma by nam powiedział, gdzie jest to miejsce. Poszedłem ja, Jan i Joan. No i spotkała nas niespodzianka – zapukaliśmy a tam otworzył nam drzwi sługa i powiedział, że pan na nas czeka.

Poszliśmy na górę, a tam przygotowane stały 3 krzesła. Strasznie to dziwne. Wypytaliśmy o miejsce i o księżyc a w zamian dostaliśmy jakieś mętne odpowiedzi i wiadomości o tym że ziemia nas trzyma i jest okrągła. Potem zaczął zadawać pytania astrolog. Spytał nas czy znamy Petrosiniego (stary członek drużyny). Okazało się, iż zgodnie z przepowiednią dziś do astronoma przyjdzie 3 ludzi takich jak my. Oznaczać to będzie, iż przepowiednia się sprawdza – a dotyczy ona zachwiania porządku i niejakiej Irweny lodowej pani Valachów (czyli Hopfeny).

Dowiedzieliśmy się że rozwiązanie tej całej sprawy może znać Petrosini, a ostatnie miejsce w którym wiadomo iż był to Opactwo w baronii Gussendorf. To w tym opactwie znajdują się mnisi, którzy mają prorocze sny i to oni wydali tą przepowiednię. Otrzymaliśmy także pamiętnik Petrosiniego.

Udaliśmy się z powrotem do przyjaciół. Pod drodze zatrzymał nas jakiś kniaź i próbował przekonać do tego byśmy nie wyjeżdżali z Asuaną (oj tak dawno jej nie widziałem). W „domu” przeczytaliśmy pamiętnik Petrosiniego – pisał on wiele o podróżach, wierzeniach i starej drużynie. Z jego notatek wynikają bardzo dziwne rzeczy – np. fakt iż bogowie zostają zapomniani, że mają sojusz między sobą i sprawiają, by równowaga między dobrem a złem nie została zachwiana - źli bogowie i dobrzy mają według niego ze sobą współpracować – ciężko w to uwierzyć.

Pisze o świętych miejscach – pozostawionych po starej cywilizacji. Miejsc tych strzegą druidzi. Nie pisze on nic o Hopfenie. Doszliśmy do następujących wniosków: mamy do czynienia z kilkoma sprawami na raz

  • najbardziej lokalną jest sprawa Wyzwoliciela – wywnioskowaliśmy, iż może to być ktoś kto został przebudzony z pradawnego miejsca – np. Karmazynowy Król z epoki Antique. Wywnioskowaliśmy to po tym, że wioski Wyzwoliciela wyglądają tak samo jak wioski w grobowcu, gdzie był pochowany. Mógł on zostać obudzony przez rzekomego Papę Simeone, który zamieszkał i otworzył ten grobowiec (chyba w tym czasie pojawił się Wyzwoliciel).
  • drugą sprawą jest Hopfena i jej mąż Hildenbryk. Zamierza ona za pomocą dawnych miejsc zdobyć moc i zmienić panujący do tej pory ład. Tą sprawą się teraz zajmiemy – wydedukowaliśmy także, iż tajemniczy Pan z pamiętnika Simeone może być Hildenbrykiem a Opactwo, o którym mówi pieśń, jest ich domem. Doszliśmy także do wniosku, że Simeone był kapłanem Morra, który po odbytej ceremonii stał się wyznawcą Trójcy – Khain, Hopfena, Hildenbryk (wywnioskowaliśmy to z jego pamiętnika). Zaprzysiężony został z jakąś kobietą a ceremonię prowadził brat ....... .
  • najbardziej globalną sprawą jest Proroctwo Nathaniela – dotyczy ona nowego ładu na ziemi. Mówi, iż wszyscy innowiercy zostaną straceni i będzie panował jeden bóg – PAN.

Wiele tego było, ale postanowiliśmy, iż udamy się przez dolinę, a potem przez szlak gnomów i dotrzemy do kotliny Wartenbuch. Zobaczymy co tam się dzieje a potem udamy się do tego opactwa szukać Petrosiniego i tej sekty.
Na górę strony

Bitwa pod Skałką

Na spotkaniu z Aliarem Zdanarem i jego żoną Gryzeldą Palkotą zostaliśmy poinformowani, iż mamy odwieźć Asuanę do bezpiecznego miejsca, jakim jest jakiś zamek za kotliną Wartenbuch. Do podróży dostaliśmy 10 mieczników i 11 mnichów – kapłanów Morra.

W noc przed wyjazdem Józef zaproponował mi w tajemnicy przed resztą drużyny bardzo ciekawą robotę – dobrze opłacaną, bo aż 7 zł koron. Mieliśmy dać nauczkę handlarzowi narkotyków – spalić jego magazyn, żeby nie mógł dalej truć niewinnych ludzi. Ratter nie wiedział, że ta robota została zlecona Józefowi przez kniazia złodziei, który chciał przejąć kontrolę nad sprzedażą narkotyków.

Akcję zaplanowaliśmy razem – w nocy udaliśmy się do tego magazynu. Józef oblał ścianę domu oliwą, a ja podważyłem okiennice mieczem – jestem niezbyt silny i mi się to nie udało - psy szczekały, ludzie zaczęli z domów wychodzić, więc rozlałem oliwę na ścianie i podpaliłem pochodnią. Potem uciekłem. Józef wykonał jeszcze rzut pochodnią do środka magazynu (który oczywiście nic nie dał). Ludzie zdążyli zagasić płomień, ale myślę że daliśmy niezłą nauczkę temu handlarzowi. Rano następnego dnia wyruszyliśmy z miasta w długą i zimną podróż.

Miecznicy okazali się chamami nie lubiącymi Walachów. Ciągle się z nich zgrywali i zachowywali się w sposób beznadziejnie prosty i obraźliwy. Od ludzi idących po szlaku zbierali daniny. Naśmiewali się z kapłanów Morra. Niektórym z nas to się podobało (Jan i Józef).

Pierwszy nocleg spędziliśmy w wiosce na ziemiach Zdanara. Uczestniczyliśmy w ceremonii pogrzebowej. Oczywiście niespokojny duch Hogo musiał dla nas wynaleźć zadanie. Odnalazł on w księdze umarłych znajdującej się w kaplicy informację, iż w tej wiosce od 19 lat nie umierają niemowlaki. Wydało nam się to bardzo dziwne.

Od wiejskiego dzieciaka dowiedzieliśmy się, że dzieci jak urodzą się inne to wynoszone są do lasu i tam sobie żyją. Drużyna postanowiła to zbadać. Ja mam dość kłopotów, więc byłem przeciwny zbadaniu tej sprawy, jednak w końcu dałem się przekonać.

Tuż za wioską znaleźliśmy zgwałconą dziewczynę. Hogo odnalazł ślady ubrania jednego z mieczników, ale nikt nie został ukarany. Wyruszyliśmy ponownie by szukać dzieci mutantów. W lesie jednak nie znaleźliśmy niczego oprócz ścieżki prowadzącej w las.

Rano poinformowaliśmy o naszych podejrzeniach kapłana Morra. Udał się on z nami i wspólnie odnaleźliśmy jakieś święte miejsce – kamień wokoło którego nie było śniegu. Na kamieniu w języku klasycznym napisane było „Zło ....”. Zniszczyliśmy ten kamień – na spodzie znalazł się dziwny znaczek – jakby znak druidów. Na drzewie obok polany znaleźliśmy wyryty znak jakby woda opływała głaz (taki, jak w górach).

Udaliśmy się do przywódcy wioski w celu wyjaśnienia tej sytuacji. Po drobnej przemocy zaczął gadać – 19 lat temu przybył do wioski druid Axel i kazał „inne” dzieci zanosić do lasu. Po przesłuchaniu udaliśmy się w dalszą podróż.

Następna noc odbyła się także na ziemiach Zdanara w miejscowości Wały. Tam Hogo odwiódł młodą dziewczynę od usunięcia ciąży i we wspaniały sposób zebrał dla niej pieniądze. Podczas tej podróży dowiedzieliśmy się o tym, iż ostatnio zaginął jakiś starzec i kobieta z dzieckiem, o tym iż wilki atakują ludzi i przybywają ze wschodu.

Dowiedzieliśmy się także, iż Kazimierz ze Staszewa podąża w tym samym co my kierunku i ma dzień przewagi nad nami. Dowiedzieliśmy się także, iż wojska Wyzwoliciela zbierają się w okolicy, a także o tym, iż Zdanar wysłał oddział mieczników w tym samym kierunku co my idziemy.

Wyruszyliśmy dnia następnego i wyszliśmy już z ziem Zdanara – od tej pory nasi miecznicy zachowywali się już lepiej. Po wyjściu z wioski natrafiliśmy na obóz chorych na leprę, którzy rozbili się przy szlaku i pobierali daniny od przejezdnych. Bardzo się ich bałem, ale z nimi porozmawialiśmy. Powołaliśmy się na Klausa Ostenbruka – oni go znali i mówili, iż niedawno od nich wyruszył. Dowiedzieliśmy się także, iż z ich leprisorium uciekło 4 chorych, którzy wierzą, że noc spędzona z dziewicą może ich uleczyć. Obiecaliśmy, że jak ich spotkamy to ich zlikwidujemy. (muszę dodać, iż niechętnie uczestniczyłem w nowych przygodach – tak niedużo mi brakuje do tego, by szczęśliwie żyć z Asuaną).

W międzyczasie dowiedzieliśmy się, iż niedługo odbędzie się święto przesilenia (zwane także jako sabat). Święto to jest świętem Valachów (głównie kobiet). Tak nam się wydało że Hopfena może wrócić podczas tego święta. Dziwny sen Hogo nas w tym utwierdził.

Podczas drogi, po przejrzeniu mapy Papy Simeone stwierdziliśmy, iż niedaleko znajduje się jakieś tajemne miejsce. Dotarliśmy do wioski znajdującej się na szlaku najbliżej tego miejsca. Tam wypytaliśmy karczmarza i kapłana Morra o to miejsce. Nikt nic nie wiedział.

W wiosce sensację wzbudził pies leśniczego. Boi się on wszystkiego – chodzi tylko za panem, a nagle pojawił się w wiosce. Ponieważ chata leśniczego znajduje się po drodze do tego miejsca poszliśmy zbadać tą sprawę. Na miejscu znaleźliśmy zniszczony dom – cały posiekany. Pod długich przymiarkach jego wnętrze zbadał Joan. Po chwili wybiegł z krzykiem.

Ponieważ nie dało się z nim dogadać (coś go tak mocno wystraszyło) postanowiliśmy udać się sami do środka. Od niego dowiedzieliśmy się tylko, iż w środku jest dziewczynka i potwór. Jakoś baliśmy się wejść, ale w końcu ja i Józef postanowiliśmy ratować dziecko. W środku zastaliśmy mutanta (na kaczych nogach z meszkiem o dwóch głowach – jedna skrzywiona a druga dziewczynki), którego ja zabiłem (wmówiłem sobie że potwór je dziewczynkę).

W całym domu były ślady walki. W kiblu znaleźliśmy jednego miecznika z oddziału o którym wcześniej wspomniałem. Był on w takim szoku, że nic od niego się nie dowiedzieliśmy. W las prowadziły wyraźne ślady, ale postanowiliśmy udać się z powrotem do wioski, aby zaprowadzić miecznika do Theo (przywódcy naszych mieczników). Theo też od niego nic nie wyciągnął.

Drużyna chciała iść z powrotem po tych śladach, ale ja obiecałem Asuanie że nie pójdę. No i trochę trwało, zanim drużyna przekonała mnie i Asuanę. Udaliśmy się śladami – zapadła noc. Po pewnym czasie usłyszeliśmy bębny, słyszeliśmy wycia wilków. Dotarliśmy do wielkiej polany na której trwały harce. Głównym punktem był kurhan w pobliżu którego tańczyły Walaszki, dzieci kilkunastu Walachów, biegały wilki i diabły, i mutanci Walascy.

Diabły brały na bok kobiety i z nimi grzeszyli. Wszystkich było z 2000 – najwięcej kobiet i dzieci. Postanowiliśmy, że nie damy rady i trzeba wymyślić plan. Podczas drogi do wioski mijaliśmy dom leśnika – tam wypadł na nas jeden diabeł. My do nie go z łuku a on na nas. Ranił Joana, ale padł od naszych strzał. Gdy dotarliśmy do wioski miałem poważną rozmowę z Asuaną (o tym iż się narażam i w ogóle) – jak powiedziałem o wszystkim Asuanie, to postanowiła ona wciągnąć we wszystko Theo, no i zrobiliśmy zebranie, na którym zapadła decyzja wydania walnej bitwy.

Zaczęliśmy zbierać siły – do Wał pojechali Joan i Hogo i zebrali Valachów, 12 gnomów i 20 chorych na leprę (pod warunkiem że potem drużyna złapie 4 uciekinierów z leprisorium). Ja Józef i Jan udaliśmy się do patrolu Hajduków (przywódca Hajduk) – 20 ludzi. Dołączyli się do nas jeszcze rycerze (11) i giermkowie(12).

Wszystkim wmówiliśmy, iż będą walczyć z ludźmi Wyzwoliciela. Asuana przewodniczyła spotkaniom i naradom. Ustanowiliśmy przywódców regimentów (oczywiście my nimi zostaliśmy – ja, Joan Hogo i Józef mieliśmy po 20 Valachów a Jan miał giermków). Gdy wszystko zostało ustalone – w dzień przesilenia udaliśmy się na bitwę.

Bitwa był krwawa – przeciwników było więcej, niż myśleliśmy. Początkowo szło nam słabo – oddział najlepszy – rycerze polegli, potem miecznicy, panika wkradała się w serca naszych oddziałów, ale całe szczęcie los się odwrócił i zyskaliśmy przewagę. Pozostał nam tylko 3 metrowy stwór do zabicia.

Już mieliśmy go ostrzeliwać, gdy nagle z ziemi podniósł się Axel. Uniósł ręce do góry i wydał z siebie krzyk, natomiast ten 3 metrowy diabeł wydał z siebie ryk. Ludność, która pozostała wpadła w ekstazę i ruszyła na nas. Było ich około 700 kobiet, dzieci i mężczyzn. Ostrzeliwaliśmy ich, ale nic to nie dawało. Gdy byli już blisko nas nagle coś błysnęło i oślepiło mnie całkowicie. Słyszałem tylko okrzyki walki i czułem jak ktoś mnie bije, gryzie i tym podobne. Zanim odzyskałem częściowo wzrok minęło chyba kilkanaście minut. Cały czas leżałem przykryty tarczą.

Gdy wstałem okazało się że na polu bitwy nie ma już prawie nikogo. Widziałem tylko Józefa, Joana, Theo, Olgierda Bukowego Liścia i jeszcze jednego rycerza szarżujących na Axela. Postanowiłem zdobyć broń strzelecką. I niestety próba odebrania jej gnomom nie powiodła się i skończyłem z bełtem w brzuchu.

Gdy się ocknąłem, wszyscy bohaterowie byli już przez Alexa pokonani – spaleni za pomocą dziwnej broni. Dobijał on ich (a było ich 4). Niedaleko od Axela stał Joan Hossu i nieudacznie starał się go powstrzymywać.

Wziąłem więc siekierkę i ruszyłem na przeciwnika. No i udało mi się po raz pierwszy uderzyć kogoś cieniem – aż upadł. Skoczyłem na niego, i dźgałem nożem, ale niestety nic to nie dało, gdyż w plecy uderzył mnie sztylet, który ciągle bronił Axela.

W tym czasie Joan Hossu stał i patrzył. Na szczęście udało mi się uratować Józefa. Axela pokonał Hogo. Wszyscy byliśmy ciężko ranni (oprócz Hoga). Gdy się ściemniło pojawił się 3 metrowy diabeł. Walka z nim była nierówna – na początku sprytnie wykorzystaliśmy broń Alexa i poraziliśmy diabła ogniem (ja trafiłem zapaloną strzałą w pojemnik z ogniowym płynem), niestety potem nie mieliśmy już takiego szczęścia. Potwór zabił Józefa, który najdzielniej stawał z nas wszystkich. Chwała mu za to wielka.

Potwora oczywiście zabił Hogo. Mi tylko udało się go ranić cieniem. Po bitwie zobaczyłem, że w lesie czają się gobliny. Dogadałem się z nimi – chciały uzyskać ranne wilki. Poznały mnie jako „Białego Orka”. Obiecałem im wilki w zamian za to że nas zostawią w spokoju.

I wszystko dobrze by się skończyło, gdyby nie kłótnia pomiędzy Joanem a Theo. Theo dobijał rannych wrogów, a Joan nagle się obejrzał, że walczy przeciwko Valachom i mu tego zabronił. W konsekwencji doszło do kolejnego starcia – 30 Valachów zgromadzonych przez Joana wystrzeliło z łuków na 10 ludzi Theo, zabijając kilku. Wśród tych ludzi byłem ja.

Widziałem śmierć w oczach. Krzyknąłem po goblińsku pomocy i wypadły z lasu gobliny. Zaatakowały wszystkich. Nieliczni skryli się w grobowcu. Gobliny podrzucały mnie i się cieszyły. Potem zbezcześciły zwłoki poległych. To było straszne. Namówiłem ja by tych co ocaleli pozostawili przy życiu. Z przywódcą goblinów, Jopkiem, zawarłem więzy krwi. Gobliny odeszły.
Na górę strony

Ratowanie dziewczyn z rąk leprowatych

Leczyliśmy się wszyscy dość długo – 3 tygodnie – jak nawet po 3 tygodniach nie doszedł do siebie. Muszę przyznać, że przez ten cały czas dręczyły mnie wyrzuty sumienia: czy dobrze zrobiłem wzywając gobliny? Gdybym ich nie wezwał to bym zginął, i zginęliby wszyscy gepidzi i nie miałbym szans na dalsze życie z Asuaną. Pomimo tych wymówek nocne koszmary nie przemijały – śniło mi się że zostaję z goblinami i staję się orkiem. Straszne sny – mam nadzieję, że miną.

Przez ten cały czas Asuana mnie nawet nie odwiedziła. Hogo tłumaczył mi że to przez ten mój czyn – a że Asuana jest osobą publiczną nie wypada jej mnie odwiedzać. W sumie to się cieszę, że nie spłonąłem na stosie. Jednak bogowie czuwają nade mną i wyznaczyli widocznie dla mnie jakiś cel którego jeszcze nie zrealizowałem. Teraz aby oczyścić swe imię będę musiał dokonać kolejnych chwalebnych czynów. Dokonam ich a potem zamieszkam z Asuaną.

Do naszej skłóconej drużyny dołączył się szlachcic – Atanazy. On także chce zdobyć dobre imię dla swojej ukochanej. Bogowie nade mną czuwają – u jego boku na pewno oczyszczę się i w końcu zamieszkam z moją ukochaną.

Przez czas leczenia wymyśliłem zmyślny system pułapek w krypcie w której pochowany zostanie Józef. Nikt i nic się tam nie przedostanie. Ta krypta będzie symbolem siły naszej drużyny.

Pierwszą okazję do naprawienia imienia dostałem dość szybko – trzeba złapać leprowatych polujących na dziewice. To coś dobrego na początek. Co prawda ryzykowne, ale teraz nie ma innej drogi – muszę ryzykować by zapracować na szacunek. Leprowaci przyszli po nas i zaprowadzili nas do starego obozowiska tych nikczemnych gwałcicieli. Tam znaleźliśmy trzy szałasy i powieszoną kobietę – z objawami lepry. Zgwałcili ją i odeszli. Znalazłem ich ślad i wyruszyliśmy – ja,. Mykoła, Ioan i Atanazy – czwórka przeciwko czwórce chorych szaleńców.

Gdy doszliśmy do pierwszej wioski valaskiej spotkała nas niemiła niespodzianka. Wystrzelono w nas strzały – Mykoła dostał 2 strzały a ja uratowałem mu życie przyjmując na siebie trzecią strzałę lecącą w niego. Potem go opatrzyłem, a Ioan jakoś wynegocjował nasze życie – Valachowie to bestie – nie lubię ich – gdyby nie Asuana, to sam bym przeciwko nim wyruszył, by niszczyć kult Hopfeny. No i skoro Mykoła był ledwo żywy, to się podzieliliśmy – on i Ioan poszli, by odnaleźć lekarza dla Mykoły, a ja i Atanazy udaliśmy się by rozprawić się z leprowatymi.

No i znowu – nie brałem udziału w obietnicach drużyny dla leprowatych, a muszę wykonać czarna robotę. Ale muszę oczyścić imię, więc nie narzekam za dużo. Udało nam się znaleźć obozowisko, prawdopodobnie leprowatych. Razem z nimi były 4 kobiety. Bez żadnego planu udaliśmy się do ich obozowiska. Atanazy wypił ich jedzenie a ja całe szczęście udałem że mi się ono wylewa. Podawali się oni za traperów. Po jakimś czasie jeden z nich odszedł na bok.

Jakiś czas później Atanazy udał się w to samo miejsce. No się zaczęło – nagle 3 pozostałych i ich potężny pies rzuciło się na mnie. Uciekałem ale mnie pies dogonił – dostałem jeszcze strzałą. Obroniłem się przed atakiem psa – zabiłem go, ale niefartownie zablokowałem w nim tarczę i miecz – poczułem uderzenie w górę głowy – potężny cios chyba rozciął mi skórę – upadłem – ciemność widzę – ściskam chusteczkę od Asuany – myślami jestem z nią. Kocham ją i chcę z nią być.
Na górę strony

W skrócie to co się stało ostatnio: Asuanę zabrali strażnicy wysłani z polecenia Aliara Zdanara i tyle ją widzieliśmy.

Also on Fandom

Random wikia