Fandom

Scratchpad

Dzieje bohaterów 4 - Erfind

215,933pages on
this wiki
Add New Page
Discuss this page1 Share

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Wprowadzenie

Jest to kontynuacja dziejow bohaterów widzianych z perspektywy kolejnych postaci Jacka (poprzednie dzieje w Dzieje bohaterów 3 - Ratter. Pod koniec dziejów Rattera brakuje opisu jednej sesji (Jaca wtedy nie grał), na której - w skrócie - Ratter dogaduje się z ukochaną Asuana, żeby być razem na wieczność i gdzieś sobie osiadają oraz do drużyny dołącza Erfind - studencina z Altdorfu.

Polowanie na Hopfenę

Klaus Ostenbruk posiadł kompas wskazujący położenie Hopfeny, która jest obecnie ciężko ranna i gonią ją dwaj Kamienni Strażnicy. Zostawia ona ślady krwi. „Nowi” zostali wtajemniczeni i drużyna wyruszyła.

Przywódcą został Atanazy wybrany demokratycznie przez członków drużyny (ja przez niego zostałem wybatożony przy całej wsi, ale zniosłem to dzielnie). Ruszyliśmy w góry, 2 tygodnie było spokojnie, tylko jakieś gobliny się kręciły, aż tu nagle napadło nas 30 orków i wzięli nas w niewolę. Klaus się nie dał złapać.

Zaprowadzili nas do wsi – podobna do wsi wyzwoliciela, pełno niewolników (ludzi, goblinów) a wszystkim rządziły gnomy. Obóz produkował broń i zbroje. Hogo został przez nie zabrany i przez nie „opanowany”. Wsadzili nas do celi znajdującej się w kopalni. Waleczny Atanazy podjął walkę o przetrwanie i zorganizowaliśmy powstanie.

Na początku wszystko szło jak trzeba, ale potem gobliny wszystko schrzaniły i powstanie zamieniło się w rzeź naszych. Zginęło nas chyba z 80 osób. Wtedy nadleciał mieczyk. Po kolei rozwalał naszą drużynę, ja myślałem i myślałem, i wymyśliłem, że steruje nim Hogo i go ogłuszyłem. Miecz padł na ziemię.

Ruszyliśmy w głąb kopalni. Na końcu jej znaleźliśmy górski rwący potok. Ocuciliśmy Hoga, ale mieczyk znowu zaczął drżeć, więc go znowu ogłuszyliśmy. Ja wziąłem miecz – za pas i dawaj do strumyka, reszta za mną. Że nie umiem pływać, poszedłem na dno i tylko ręka Wereny utrzymuje mnie przy życiu.

Straciłem wszystko. Podłamało mnie to bardzo. To chyba dlatego tak długo musiał odpoczywać zanim doszedł do siebie - nie miał większych obrażeń fizycznych, ale psychicznie był zmęczony. Dni odpoczynku to bardzo dziwne zachowanie Ioana Hossu i Atanazego, któzy wpędzili w depresję Hoga. Hogo jest potężny i tajemniczy - nie wiadomo w jaki sposób potrafi sterować mieczem.

Dowódca okazał się typowym szlachcicem z pustą łepetyną. Jak można wysyłać niekompetentnego człowieka na zwiady? Dziwne było to, że w tej sprawie jest on zdecydowany, natomiast w innych wykazuje zero twardej ręki - nie potrafił zadecydować, w którą stronę idziemy - za każdym razem gdy był wybór drogi. Widać, że jest na mnie cięty, ponieważ wysyła mnie na zwiad i traktuje najgorzej z drużyny. Jego kompanem jest Ioan, ciągle drwiący i szydzący z moich pomysłów. Sam natomiast nie potrafi niczego zaproponować. Ciągle zmienia zdanie i torpeduje nasze poczynania. Sieje zamęt w drużynie.

O tym, iż schowałem miecz zadecydowały powyższe sprawy, ale także te:

  • jak powiedziałem (juz nie pamiętam przy jakiej okazji), że wszyscy przysięgali, że zabiją wojowniczą księżniczkę Hopfenę, to:
    • Ioan powiedział, ze nie przysięgał ,
    • Atanazy powiedział, że nie przysięgał,
    • Jan nie przysięgał.
  • Mykoła mnie oszukał, pomimo, ze dałem mu połowę mojej złotej korony,
  • w dodatku najbardziej zapalony na zabicie Hopfeny Klaus się gdzieś zapodział
  • część drużyny spotkała sprzymierzeńca Hopfeny i go oswobodziła, i puściła wolno, tak by poszedł i ostrzegł Hopfenę - SZOK!!!

Pomyślałem i postanowiłem wziąć sprawę w swoje ręce. Schowałem miecz po to by wykorzystać go samemu, lub przekazać go przed (lub w czasie walki) Hogowi bądź Klausowi. Od tej pory będę niósł Hoga i po cichu go pytał jak korzystać z miecza - domyślam się, że trzeba go rzucić pod jakimś kątem by poleciał i wrócił (tak jak narzędzie z południa świata – tajemniczy bumerang, o którym zapewne słyszałem na uczelni w Altdorfie).

Mam plan na wypadek spotkania Hopfeny. Czaję się, podchodzę do niej z boku i strzelam do niej z około 10 metrów. Jak ją trafię, to ona upadnie i będzie nasza, jak chybię to uciekam tak by ktoś z naszej drużyny mógł ją dopaść. Od tego jak rozwinie się sytuacja zależeć będzie komu przekażę miecz.

Postanowiliśmy udać się do rzeki – w miejsce gdzie były kurhany (bądź też coś innego). Po drodze po raz kolejny moje super argumenty nie trafiały ani do dowódcy, ani do Ioana. Niosłem Hoga i nawiązałem z nim kontakt – wyjaśnił mi jak użyć miecza do zabicia Hopfeny.

Coraz bardziej mnie ta księżniczka intryguje – kim ona jest i tak naprawdę co potrafi – osobiście nie wierzę w magię – może kiedyś była, ale już dawno temu przeminęła. Czy możliwe jest jednak aby część niej pozostała? Nie dowiem się tego póki nie spotkam tej Hopfeny. Nadchodząca noc okazała się najgorszą w moim dotychczasowym życiu.

Zaczęło się od przeprawy przez rzeczkę – najpierw przeskoczył przez nią Jan, a potem ja i Ioan przerzucaliśmy Hoga. Mieliśmy do pokonania odległość 2 metrów. Niestety – albo ja za późno, albo Ioan za wcześnie rzuciliśmy Hogo i wpadł on do wody.

O dziwo poziom rzeczki wzrósł gwałtownie i ogromna fala porwała ciało Hoga. Skoczyłem więc za nim i trafiłem na drugą falę. Oczywiście nadal nie umiem pływać i zatonąłem. Jak się później okazało woda porwała jeszcze Jana i Mykołę. W dodatku zaatakowali na jacyś ludzie. Po kolei drużyna się wykruszała.

Gdy zebraliśmy się do kupy przeciwnicy strzelali do nas z łuków. My nie mieliśmy z czego strzelać, więc postanowiłem osuszyć ładunki, a że wiadomo iż wszystko szybciej schnie na wietrze – dmuchałem na nie. Potem fatalne decyzje dowódcy załamały mnie.

Dokładnie nie pamiętam co się działo, ale wiem, iż ciągle wystawialiśmy się na strzały, potem wymiotowałem by zwrócić zakażoną wodę i suszyłem ładunki. W tym czasie Ioan i Atanazy toczyli walkę z przeciwnikami. Skutek był taki, że nie wrócili.

Jak mówi przysłowie trzeba upaść by móc powstać silniejszym– tak się stało ze mną. Po załamaniu się powróciłem. Wymyśliłem aby za pomocą prochu wypalić otwartą ranę – udało się w 100%. To mnie podniosło na duchu.

Postanowiłem podjąć walkę z przeciwnikami. Jeden na trzech – teoretycznie nie miałem szans, ale broń palna okazała się potężna. Wygrałem i przegoniłem napastników. Niestety Atanazemu nie mogłem pomóc (tak naprawdę to ani on mnie, ani ja go nie lubiłem – od samego początku się nie dogadywaliśmy).

Reszta drużyny poobijana i poraniona, ale przeżyła. Dodać trzeba, iż napastnikami prawdopodobnie byli chorzy na leprę. Pozostawili oni na Ioanie i Atanazym dziwne znaki – N w kółku. Następnego dnia poszedłem do zarażonej osady by zdobyć prowiant.

Rozmowa z sołtysem osady wyjaśniła parę spraw –

  • Po pierwsze znalazł się Hogo (nieprzytomny i prawdopodobnie zarażony).
  • Po drugie osada zatruła się od wody.
  • Po trzecie wyznają Hopfenę i nienawidzą Rokusany (Analii).
  • Po czwarte kilka godzin od osady istnieje zamek – opuszczony, o którym istnieje legenda, iż był kniaź, stał się zły i jego brzemienna żona skoczyła do wody i utonęła, natomiast ma powrócić dziedzic kniazia.
  • Po piąte zbiera się w okolicy coraz więcej leprowatych i są agresywni.

Mam nadzieję, że Hogo po przebudzeniu pomoże osadzie, ponieważ jak on tego nie zrobi to nikt im nie pomoże (my spotkaliśmy wysłannika nieżywego osady z całymi pieniędzmi wioskowymi). Nie chciałem ich pozbawiać nadziei, więc im o tym nie powiedziałem. W sumie to może czegoś dowiem się w tym zamku. Wziąłem prowiant i ruszyłem do drużyny.

Tak naprawdę to przyprowadziłem drużynę do tej wioski – Walijewki. Tam się leczyliśmy. Wybraliśmy także nowego przywódcę.

Po raz pierwszy w historii dowódca nie był jedną osobą. Władza została rozdzielona na 3 osoby: Hoga, Ioana i Erfinda. Wspólnie mają decydować o tym co robi drużyna i którą drogę wybiera. Dołączyła się do nas jeszcze jedna osoba – elf Falandar.

Wspólnie pochowaliśmy dowódcę – Atanazego. Potem wyruszyliśmy w okrojonym składzie w górę rzeki rozwiązać zagadkę choroby i klątwy jaka krąży na zamku Drodiwina.

Od Polaneca Srabego dowiedzieliśmy się o historii zamku, do którego przybył kapłan Morra i zaczął wpływać na kniazia, który w końcu został świętoszkiem i kazał się umartwiać i biczować. Doszło do tego że jego brzemienna żona skoczyła z wieży i rozbiła się na skałach. On się opamiętał i zabił kapłana. Od tej pory miejsce jest przeklęte. Tak więc podróż zapowiadała się ciekawie.

Po drodze widzieliśmy dziwne zjawisko – do kurhanów szedł pochód żałobny. Potem w jakiś niewyjaśniony sposób pochód zniknął – rozpłynął się. Wszyscy mówili że to duchy szły, ale jakoś do mnie to nie mogło dotrzeć. Potem natrafiliśmy na wielki popękany kamień stojący pośrodku rzeki. Hogo mówił że to jest kamienny strażnik. Dziwne było to, że na całej jego powierzchni (nawet nad wodą) znajdowała się cienka warstwa wody. Potem ten kamień się rozpadł.

Gdy dotarliśmy do zamku była już noc. Nie odważyliśmy się pójść do środka, tylko poszliśmy w górę rzeki. O dziwo woda która płynęła rzeką wypływała spod skał obok zamku. Powyżej zamku koryto rzeki było wyschnięte. Poszliśmy więc tym korytem i dotarliśmy do tamy – tak jak podejrzewałem – była tam tama.

Była to tama utworzona z kamieni i wielkiego drzewa. Na drzewie wyryte były runy wydrapane paznokciem, który pozwoliłem sobie zatrzymać. Hogo rozpoznał runy kamienia i wody. Postanowiliśmy zniszczyć tą magiczną tamę. Ale wszyscy się bali. Więc w końcu ja zdarłem runy i nic się nie stało.

Hogo znalazł jeszcze łzę Nemerii w miejscu gdzie były korzenie drzewa. Niestety nic nam to nie dało. Co pewien czas woda w stworzonym przez tamę zalewie wybuchała w górę, przelewała się przez tamę i płynęła korytem – stąd te dziwne fale na rzece.

Skoro nie udało nam się znaleźć nic konkretnego poczekaliśmy do rana i udaliśmy się do zamku. Po drodze znaleźliśmy ciało trędowatego. Pochowaliśmy go. I weszliśmy do zamku – tam był Kazimierz ze Staszewa – jakby opętany. Chodził i bredził coś o zakończeniu i początku. Potem nas nazywał mordercami. Przeszukaliśmy zamek – na wieży był dziwny pokój, który powodował zawroty głowy – nasz elf o mało przez to nie wypadł przez okno. Był tam także drugi pokój z ołtarzykiem Khaina, Irweny i Hildenbryka.

O dziwo Ioan zaczął się do nich modlić – tak samo Kazimierz. Pozostała część drużyny przeszukała dalsze pomieszczenia i znalazła w piwnicy miejsce gdzie leżał w sarkofagu kapłan Morra. O dziwo wyglądał na żywego i bardzo bardzo cierpiącego. Niestety Hogo stwierdził, że pomieszczenie jest zabezpieczone runami, których nie mogliśmy zniszczyć. Potem usłyszeliśmy huk. Tama się rozpadła

Ioan poszedł tam pierwszy a my po pewnym czasie za nim. Woda spłynęła i ukazało się wejście do pieczary. Weszliśmy do środka i szliśmy na kolanach w całkowitych ciemnościach. Zaatakował nas wredny szczur, ale elf go pokonał. W końcu dotarliśmy do komnaty. Tam zastaliśmy bardzo dziwny widok. Przed nami stała Irwena – cała poraniona i ledwo żywa. Walczyła z kamiennym strażnikiem, którego pokonała.

Na ziemi leżał poraniony Ioan. Jak się okazało Hopfena była już pogodzona ze śmiercią i przywitała nas jako swoich prześladowców. Porozmawialiśmy z nią. Okazał się że Ioan jest tym dziedzicem Drodiwiny. Irwena powiedziała nam jeszcze, że jej mąż jest bardzo złą osobą. Że szuka Łzy Morrslieba, która znajduje się w okręgu Martylionis.

Organizacja Hildenbryka nazywa się Czerwona Korona. Powiedziała nam także, abyśmy się na razie przed nim ukrywali, a gdy się wzmocnimy - zniszczyli jego organizację. Potem wyznała nam, że nie odniosła ulgi po zabiciu siostry.

W sumie nie sprawiała wrażenia złej bogini – księżniczki. Potem dałem Hogowi miecz, a ten zabił panią H. Przed jej zabiciem podobno rozmawiał z bogami i mógł sobie zażyczyć wszystkiego, więc zażyczył aby Analia żyła i Ratter miał się dobrze. Nie ma to jak Hogo.

Miecz którym popełnił morderstwo uzyskał swoją nazwę „Kordiał”. To jest miecz, który zabija bogów. Gdy księżniczka nie żyła pojawił się Klaus – ten trędowaty.

Odciął palec zwłokom bogini, potem zdjął z niego pierścień i nic nie mówiąc rzucił na nas opętanie (mudre posłuszeństwo). Przeżyliśmy dzięki bogom.

Potem wróciliśmy wszyscy do wioski. W sumie to wiele dziwnego się zdarzyło. Nie wiem co o tym sądzić. Chyba po prostu jak wpadłem do rzeki, to opiłem się wody i miałem zwidy. Czy to możliwe żeby mały Halfing zabijał bogów? Czy naprawdę magia jeszcze istnieje? A z drugiej strony czy to możliwe żeby kamień chodził? Żeby miecz się świecił?

Podczas pobytu we Wladijewce drużyna uległa podziałowi. W wiosce pojawił się bard – Jarosław, który namówił część drużyny do pomocy Gotom z Unterwalden. Erfind, Hogo, Jan i Fryderyk chcieli, aby dalszą drogą była podróż do Unterwalden, które jest gockim miastem zagrożonym przez Walachów. Ioan natomiast (który został kniaziem Wladijewki), oraz Mykoła chcą udać się do Grząśli na zjazd smoczego paktu. Falandar niby chce jedno i drugie albo nic nie chce.

Wraz z upływem czasu nasilały się kłótnie, oraz nieporozumienia. Brak zaufania do ludzi z drużyny stał się codziennością. Erfind zbudował banię (wynalazek o nazwie Erfinder 2.1), Ioan wraz z Mykołą i Falandarem udawali się w dziwne podróże.

Goci postanowili sprawdzić jaki stosunek do nich mają Walachowie. Jan i Fryderyk ogłosili, iż udają się do Unterwalden, a Erfind obserwował ich wyjście z pobliskich wzgórz. Jak się można było spodziewać za nimi wioskę opuściło 4 Walachów, którzy w górach zastawili na nich pułapkę. Dzięki interwencji Erfinda obyło się bez przelewu krwi. Ioan jak mu o tym powiedzieliśmy oczywiście powiedział, że nic o tym nie wie. Potem zaczęły się działania Ioana.

W ciągu godziny kilkukrotnie zmienił zdanie. Początkowo chciał jechać do Grząśli. Potem zaczął się zastanawiać czy nie jechać z nami. Potem chciał zostać w wiosce, by ostatecznie wpaść na pomysł, że pojedzie z nami.

Z uwagi na fakt, iż nie mógł wioski zostawić samej, mianował Mykołę na sołtysa wsi. Potem udał się do obecnego sołtysa i mu o tym powiedział, a potem odwołał to co mówi (w co obrażony sołtys nie uwierzył). Na zebraniu powstało zamieszanie, którego (niezrozumianą i niezapomnianą) ofiarą był Erfind, oraz Malec Dodzić – prawie co zabity przez Ioana, który, jak to Walach, wszystko rozwiązał siłą, a nie głową.

Podczas zebrania Ioan starał się sołtysowi wmówić że jest sołtysem, by na końcu na sołtysa mianować syna sołtysa. Podpalenie chaty w której mieszkaliśmy dopełniło tylko zamieszania. Nawet ja już się nie łapałem w tym o co chodzi Ioanowi, a ogłupieni Walachowie uznali go w końcu swoim jedynym wodzem.

Dzięki temu mogliśmy wyruszyć do Unterwalden. Po drodze odwiedziliśmy jeszcze zamek, w którym zniszczyliśmy ołtarz z podobizną Hildenbryka i Khaina. Następnie uwolniliśmy uwięzionego w krypcie Wizgulfa (kapłana Morra przebywającego tam od 300lat). O dziwo żył on. Inicjatorem tych dwóch poczynań był Erfind.
Na górę strony

Pomoc Unterwalden

Następnie odbyliśmy podróż do Unterwalden. Na miejscu spotkaliśmy się z radą miasta: Gerhard Schiller – przywódca straży miejskiej, Babunia Mescher, Ojciec Dietrich, Henrich Zuch – jedyny normalny radny. Wyjaśnili oni nam obecną sytuację tu panującą: ciągłe ataki Walachów, potężne straty w obrońcach, oraz chęć wyruszenia (emigracji) do któregoś z okolicznych władców w celu uratowania życia. Poproszono nas o pomoc wyborze miejsca, do którego najlepiej się przeprowadzić. Podczas tych rozważań miasto zostało zaatakowane przez oddział Walachów.

Wybiegliśmy na podwórko by bronić miasta. Każdy z nas znalazł się w innym miejscu. Na początku dzielnie walczył Jan. Jego strzały siały zamęt wśród napastników. Potem do akcji wkroczył Ioan i spowodował panikę wśród… obrońców, którzy widząc jego ucieczkę zaczęli uciekać razem z nim. Dopiero wystrzał z pistoletu Erfinda, który jedną kulą położył dwóch napastników przywrócił wiarę w obrońców.

Razem z czterema innymi wojakami Erfind rozpoczął strzelanie z broni palnej. Po raz kolejny zadziałało to znakomicie i Walachowie zostali wyparci z miasta. Po bitwie cała drużyna pomagała w leczeniu miejscowych (zginęło ich około 20 osób). Następnego dnia zostaliśmy wezwani do ratusza. Rada miasta obradowała nad nową propozycją od wysłannika … . Należy dodać, że ten znany z surowości władca był do tej pory znienawidzony przez mieszkańców Unterwalden, a także przez Walachów.

Podczas debaty Jan wykrył szpiega podsłuchującego naszą rozmowę. Szpieg wynajęty został przez wysłannika … . Nabraliśmy podejrzeń, że napad Walachów ma dużo wspólnego z …, więc postanowiliśmy użyć podstępu podczas wyboru miejsca ewakuacji. Ogólnie ogłosić mieliśmy, że udajemy się do …, a tak naprawdę udamy się do Aliara Zdanara do Zdanar.

Wprowadziliśmy w błąd wysłannika … i mieszkańców Unterwalden. Plan polegał na tym, aby po wyruszeniu wysłannika popłynąć łodziami rzeką do Zdanar. Na łodzie zabrani zostali: dzieci, starcy i staruszki – ogólnie 105 osób ( w tym nasza drużyna, oraz Babula i Zuch). Każda z łodzi ma swojego sternika i jak łatwo się domyślić każdy z nas musiał kierować łodzią (5 małych łódek, 3 średnie i 1 duża).

Reszta miasta miała dotrzeć do Zdanar wozami. Przed wyruszeniem dowiedzieliśmy się kilku rzeczy o Okręgu Martylionis: - jest to miejsce skąd pochodzą druidzi i tylko oni wiedzą gdzie to jest, dowiedzieliśmy się także jaki jest tajemny symbol druidów.

Pierwszy dzień podróży minął spokojnie. Zatrzymaliśmy się na noc i rozbiliśmy obóz. Niestety noc okazała się ciężka. Podczas pierwszej zmiany zauważyłem, że w obozie brakuje 2 dzieci. Udałem się na łódź by sprawdzić, czy ich tam nie ma.

Na jednej z nich zobaczyłem owłosionego potwora jedzącego dziecko. Wystraszyłem się strasznie. Zrobiłem zamieszanie. Jan zauważył jak coś ucieka do lasu. Hogo, Falandar, Erfind (ja), Ioan i Babunia udaliśmy się tropami tego stwora. Po długiej podróży dotarliśmy do polany, na której paliło się ognisko.

Przy nim siedziały okropne stwory: owłosiony człekokształtny, kobieta ze skrzydłami, „człowiek” z rogami jelenia, oraz jeden z mackami jak u mątwy. Piekli oni dziecko na ognisku. Widok był straszliwy. Zaatakowaliśmy ich.

Strzał z pistoletu powalił kobietę i rozgorzała walka. Zwyciężyliśmy – ranni zostali Falandar i Ioan. Znowu zbawienny okazał się pistolet. Po walce okazało się, że dwójka z mutantów miała na sobie naszyjniki w kształcie czerwonej korony (te dwa mutanty ubrane były w stroje imperialne, natomiast pozostałe w stroje Walaskie – tak jakby byli werbowani do organizacji).

Okazało się, że podróż nie będzie taka łatwa, jak się wydawało. Podczas drugiego dnia podróży jedna łódź się rozbiła na skałach. Całe szczęście wszyscy zostali wyciągnięci z wody – także dzięki umiejętnościom pływackim Ioana.

Drugiej nocy wystawiliśmy jeszcze bardziej liczne straże. I znowu na pierwszej (mojej) zmianie okazało się, że coś jest nie tak. Babunia zniknęła w lesie. Ruszyliśmy na jej poszukiwanie. Znaleźliśmy ją rozmawiającą z lasem (potem się okazało, że z goblinami). Gobliny nas okrążyły i chciały abyśmy się wykupili podarkami. Jan oddał im wisiorek dzierlatki, a ja mój wynalazek - zabawkę, oraz łyżkę służącą goblinom oczywiście do wieszania na nosie. Babunia wróciła z nami do obozu i udaliśmy się na spoczynek.

Tego samego wieczora Babunia Mescher ochrzaniła nas za to, że za nią chodziliśmy i kategorycznie zakazała nam tego robić. Nastał kolejny dzień – miał on być szczęśliwy z uwagi na dotarcie do Zdana, ale czy taki był? Zaczęło się od tego, że przed wypłynięciem Heinrich Zuch klepnął Erfinda w plecy (bez powodu). Erfind nie wierzy w pecha, czy przeznaczenie, więc zlekceważył ten gest. Wypłynęliśmy na najbardziej niebezpieczny odcinek trasy. Liczne skały wystające z wody utrudniały przeprawę przez rzekę. No i stało się – Erfind uszkodził swoją łódź. Drużyna została podzielona przez to na dwie części. Ratter z jedną częścią przybił do brzegu i naprawiał łódź a pozostała część popłynęła dalej i zatrzymała się po 1 kilometrze. Ta druga część natrafiła na ciepłe jeszcze zgliszcza domu, który był własnością Grafa Sternchauera – dom służył za schronienie dla pobierających myto od płynących rzeką (niezgodnie zresztą z uprawnieniami). Falandar zbadał teren i poczekał na resztę. Gdy dołączyli do nich Erfind i Jan postanowili się oni razem rozejrzeć. Dziwnym wydało się zachowanie Babuni Mescher, która wydawała się rozmawiać z krukiem (mówiła coś o miejscu F… i o ojcu, który w tym miejscu zginął). Ale nie to było najgorsze. Otóż, Ojciec Dietrich stracił w tym miejscu życie. Podłoga spalonego domu, po którym stąpał załamała się i ojczulek wpadł do piwnicy doznając przy tym śmiertelnych obrażeń. Przed śmiercią zdradził Erfindowi i Hogowi swoje spostrzeżenia na temat elfa – Falandara. W piwnicy znaleźliśmy dwójkę dzieciaków (chłopczyka i dziewczynkę). Śmierć ojca podłamała wszystkich uczestników wyprawy. Wspólnie z radą postanowiliśmy jednak udać się w dalszą podróż. Czekał nas najtrudniejszy z trudnych odcinków drogi. Pierwszy płynął Falandar. Pięknie pokonywał przeszkody, aż do momentu, gdy trafił na silny nurt i 1 metrowy wodospad. To co się tam wydarzyło można nazwać masakrą. Pierwsza łódź Falandara (GROM) poniosła niewielkie obrażenia – potem jednak wpadały na nią kolejne łodzie, wraz z DUMĄ UNTERWALDEN Jana. Erfind zobaczył co się dzieje wybrał inną drogę, ale także się wywrócił. Następnie ŁADOWNA staranowała łódź Jana. Wszyscy się topili i umierali. O dziwo zginęło „tylko” 8 osób. Falandar wykazał się męstwem i uratował wszystkie topiące się dzieci (chyba dzięki bogom sam nie odniósł nawet obrażenia). Morale upadło całkowicie. Henrich Zuch był załamany. Wszyscy zaczęli wymyślać teorie spiskowe – że to klątwa Grafa Sternachauera, że bogowie nieprzychylnie patrzą i takie tam. Tylko Erfind odrzucał od siebie takie bajki – doprowadził także Henricha Zucha do normalnego stanu. Gdy wydawało się, że wszystko jest już „dobrze” okazało się, że nie ma Babuni Mescher. Jedne dziecko powiedziało nam, że babunia odleciała i pokazała kierunek. W tym kierunku znajduje się wioska F…, w której żył i umarł ojciec babuni. Falandar, Jan i Erfind wyruszyli by odnaleźć babunię. Gdy dotarli na miejsce zauważyli staruszkę tańczącą wokół ogniska i wzywającą jakąś osobę (postać, demona). Wokół ogniska chodziły 4 białe wilki. Patrzyły one na nas ale nie reagowały. Dopiero jak postanowiliśmy jej przeszkodzić dwa z nich rzuciły się na nas (nie wydawały z siebie głosu). Jan trafił babunię, Erfind jednego wilka, a Falandar drugiego. Herosi z nas. Potem Babunia Mescher wzięła rogi odcięte mutantowi i zaczęła chyba kończyć przywołanie. Kolejne dwa wilki na nas się rzuciły. Jeden zginął, natomiast drugi biegł. Coś już prawie wychodziło z ogniska. Erfind postanowił więc pobiec do babuni i odciągnąć ją od ogniska. Wilk ruszył za nim. Erfind biegł ile sił w nogach, ale wilk go doganiał. Wiadomym było, że nie zdąży. Na szczęście Jan zdołał naciągnąć łuk i strzelił. Strzała leciała, leciała i trafiła… Erfinda w nogę. Ten upadł, ale dziwnym trafem zdołał jeszcze pociągnąć babunię za nogi i przerwać rytuał. W tym momencie wilk stał się normalny i uciekł. Reszta rannych wilków zaczęła jęczeć. Babunia umarła przepraszając ojca, że nie dotrzymała słowa. Naradzaliśmy się co zrobić z ciałem babuni - wtedy stała się niewytłumaczalna dla Erfinda rzecz. Płomień w ognisku przybrał kształt ciemnej postaci i przemówił do nas. Traktował nas jak stworzenia gorsze a siebie jako bóstwo. Przedstawił się jako Nepretise – strażnik Ogrodów Analii (wywnioskowałem, że to pojawienie się to przypadek). Poinformował nas o tym, że jest w stanie wypuścić na świat ciała i dusze dawnych członków drużyny. W zamian musimy mu pomóc. Otóż gdzieś niedaleko znajduje się kobieta, w którą wstąpiła dusza (część) Analii. Mamy ją do niego przyprowadzić, a on przywróci życie naszym towarzyszom. Jeżeli jednak tego nie uczynimy, to zabije nas i wyda nasze dusze na cierpienie. Potem się rozpłynął mówiąc coś o państwie Zdanara. Nadal nie mogę sobie wytłumaczyć tego co się stało. Falandar tłumaczył nam, że świat składa się z wielu kurtyn. Pierwsza z nich oddziela nas od świata Morrea, druga od świata Khainea. Kolejne już nie wiadomo od czego nas odgradzają. Babunia wzywając tego, kogo miała wezwać otwierała te kurtyny...
Wróciliśmy do obozu. Okazało się, że Hogo złapał szpiegującą ich kobietę valaszkę o imieniu Emerić. Podała się za handlarkę, która jedzie do Zdanar wykupić męża posądzonego o szpiegostwo. Spieniężyła ona cały majątek i z resztką towaru - pantlonu udała się na ratunek ukochanego. Powiedziała nam, że godzinę drogi od nas w kierunku miasta znajduje się obóz Wzwoliciela i Smoczego Paktu, który zrobił zaporę na rzece i pobiera opłaty od kupców. Nie wiedziałem, czy można jej ufać, więc po długiej namowie Falandar (który wyraźnie odczuwa, że mimo jego watłaj postury traktuje się jak jaiegoś nieśmiertelnego barbarzyńcę, który tylko maży o tym aby zabijać bezbronnych) udał się na przeszpiegi. (podejrzane było zachowanie elfa, który twierdził uparcie że nie umie pływać – pomimo tego, że wszyscy widzieli, jak ratował ludzi z wody i pływał przy tym jak ryba). Zwiad wykonany przez Falandara potwierdził słowa Emerić. Po dwóch stronach rzeki były obozy nieprzyjaciela. Po prawej stronie obóz Smoczego paktu, a po lewej obóz Wyzwoliciela. Przez rzekę przeciągnięty był łańcuch, za opuszczanie którego odpowiedzialny był jeden barczysty valach. Bardzo długo zastanawialiśmy się jak przepłynąć przez tą barykadę. Do świtu mieliśmy jeszcze trochę czasu.

  • Pierwszy plan (ogólny) zakładał płynięcie największą łódką jako pierwszą i strzelanie z łuków do strażnika. Gdyby się nie udało go zlikwidować łódź miała staranować zaporę.
  • Drugi plan (Erfinda) zakładał podpłynięcie małą łódką do strażnika (podpłynąć mieli valachowie – Ioan, Mykoła i Emerić) i podając się za kupców najpierw rozmawiać ze strażnikiem, a potem go zlikwidować. Mieli oni opuścić łańcuch tak, by nasze łodzie mogły przepłynąć.
  • Trzeci plan (Hoga) był modyfikacją drugiego. Ulepszeniem miało być to, że najpierw Hogo i Falandar płyną zanurzeni w wodzie trzymając się bali-belek i niezauważenie dostać się za barykadę by wspomóc naszych przy zdejmowaniu łańcucha.
  • Czwarty plan to rozwinięcie trzeciego w ten sposób, że w łodzi z valachami przykryci płachtą płyną Jan i ja Erfind. Gdy strażnicy (może ich być więcej niż 1) zajrzą do łodzi my ich zastraszymy („Kto pierwszy się ruszy ten zginie”). Hogo i Falandar zdejmą łańcuch. Potem poczekamy aż łódź przepłynie i popłyniemy dalej.
  • Piąty plan (Ioan) zakładał podpłynięcie łódką Ioana i elfa Falandara i podanie się za wysłanników smoczego paktu wiozących tajną broń na Zdanary. Tą tajną bronią miały być dzieci zarażone leprą ( w początkowym stadium rozwoju) przewożone do miasta by zarazić obrońców.
  • Szósty plan (Fryderyk) polegał na przejściu naokoło obozu i podążeniu na piechotę do Zdanar.


Wybraliśmy plan numer cztery. Pomimo moich nalegań i próśb Hogo popłynął pierwszy a za nim Falandar. Jak można się było spodziewać Hoga porwała woda. Falandar starał się go ratować, ale mu się nie udało go dogonić. Potem Falandarowi pomyliły się strony i przybił do lewego brzegu zamiast do prawego. Potem nadpłynęliśmy my nie wiedząc o kłopotach towarzyszy. Strażników było sześciu. Ioan, Mykoła i Emerić dobrze odegrali swoje role. Gdy dwóch strażników zajrzało do łodzi ja z Janem zastraszyliśmy ich. Potem nadeszli następni i także udało nam się ich zastraszyć. W tym czasie Falandar przepłynął na drugi brzeg i wrzucił łańcuch do wody. Nasze łodzie zbliżały się. Wtedy Mykoła wykonał nieprzemyślany ruch i został przez jednego strażnika wzięty za zakładnika. Sytuacja była patowa. Valachowie z drugiego brzegu zaczęli coś podejrzewać. Wtedy Falandar krzyknął „rozkaz” w języku imperialnym i zaczęło się piekło. Mykole poderżnięto gardło i wrzucono do wody. Falandar odpłynął. Ioan także. Ja wystrzeliłem do jednego valacha zabijając go. Jan i Emerić także zabili jednego. Reszta strażników łańcucha się na nas rzuciła. Dwa obozy zaczęły się budzić i nas atakować. Atakujący nas przewrócili łódź. Znalazłem się pod nią. Posłużyłem się odwróconą łajbą jak tarczą. Wciągnąłem do siebie Emerić i popłynęliśmy razem. Trzy kilometry dalej czekała na nas nasza ekipa – wszystkie statki przepłynęły bez straty nawet jednej osoby. Hogo także się znalazł. Nie było natomiast Jana i Mykoły. Wszyscy nam dziękowali, ale nam nie było do śmiechu. Postanowiliśmy udać się z powrotem rzeką i uratować naszych przyjaciół. Całe szczęście znaleźliśmy ich ciała na skałach. Obaj jeszcze żyli.
Na górę strony

Powrót do Zdanar

Dotarliśmy do Zdanar. Miasto jest w stanie rozkwitu. Budowane są nowe mury i wały. Ludzie są radośni i uśmiechnięci, tak jakby tocząca się nieopodal wojna w ogóle ich nie obchodziła. Prawie wszyscy piją, palą i się bawią. W mieście, lub pod miastem stacjonują żołnierze wojsk Hohlandu i Ostlandu. Bardzo duża ilość Walachów, oraz Wladów. Gdy dotarliśmy do miasta drużyna jak zwykle uległa rozsypce. Hogo sam udał się na zamek. Mykoła, Jan i Ioan udali się na nocleg do kupca Glibovića. Ja, Falandar i Fryderyk z racji, że nie mamy w tym mieście nikogo znajomego musieliśmy liczyć tylko na siebie. Znaleźliśmy więc miejscówkę w karczmie u gnoma Zdenka. Pierwszego dnia wszyscy zajęli się swoimi sprawami. Wpadła do nas też Emerić i podziękowała za uratowanie życia. Powiedziała także, że sprzedała towar i ma już pieniądze na uwolnienie męża. Poprosiła nas o pieniądze, które jej zabraliśmy, a my odesłaliśmy ją do Hoga. Trzy pierwsze dni spędziłem na tworzeniu wynalazku, oraz w książnicy Cmentariatu, w którym szukałem informacji dotyczących historii gór środkowych. Pomagał mi przy tym Horacy – prawa ręka wielkiego żałobnika Alojzego. Falandar natomiast zgromadził pewną wiedzę podczas wizyty u Florianusa Agrypine – astrologa. Drugiego dnia znowu odwiedziła nas Emerić – była trochę pobita, ale powiedziała, że wszystko gra i że jutro odzyska męża i razem z nim się u nas zjawi by nam podziękować. Następnego, trzeciego dnia się nie zjawiła. Pojawili się natomiast bracia Widlicze. Zaproponowali nam (Fryderykowi, Falandarowi i Erfindowi) robotę za pieniądze. Dali nam 5 koron. Pierwsze zadanie polegało na wyciągnięciu z rynsztoku człowieka, opiumowca, którego zwą Ratter z domu Totter. Kolejne zadanie mieli nam przekazać jutro (dnia 4). Robota udała nam się bez problemu. Znaleźliśmy Rattera i go obmyliśmy. Był w strasznym stanie i ciągle powtarzał, że Asuana nie żyje. Następnego (czwartego) dnia, kiedy doszedł do siebie wyjawił nam, że Asuana została zaatakowana przez gobliny i zastrzelona podczas podróży do Zdanar. Za wszystko obwiniał drużynę (chujów jebanych z Hogiem na czele), która miała się nią przecież opiekować. Tego biednego młodzieńca pocieszyliśmy wiadomością, że Analia żyje i mamy ją uratować, a ona w podziękowaniu pewnie ożywi Asuanę (chociaż wg mnie bogowie są słabi i boją się już ingerować w nasz świat). Postanowiliśmy więc poszukać Analii. Szukaliśmy wśród osób uznanych za opętane, oraz w hospicjach jako osobę, która z dobrocią opiekuje się innymi ludźmi. Niestety nikogo interesującego nie znaleźliśmy. Potem poszliśmy na obiad z Theo Wystrzałem. Tu pojawił się kolejny dziwny wątek. Otóż w obozie żołnierskim giną wojowie. I to w niezwykły sposób – w każdym przypadku podczas palenia i picia ginęły wszystkie osoby znajdujące się w pomieszczeniu. Ginęły w sposób okrutny – poprzez rozerwanie ciała, podrapanie itp. Wyglądało tak jakby same się nawzajem pozabijały. Najlepszym przykładem byli dwaj strażnicy, którzy zamknięci w małym pomieszczeniu uderzali w siebie głowami do momentu aż nastąpił zgon. Nikt ze strażników nic nie widział. Morderstwa te wystąpiły w 3 z 4 obozów. W obozie, w którym nie wystąpiły dyscyplina była o wiele większa niż w 3 pozostałych. Zbadanie śladów nic nam nie dało, bo pokój był już wysprzątany. Wyczuwało się jedynie magię w pomieszczeniu. Pomysły, które nam przyszły do głowy to Mudre posłuszeństwo, oraz cienie. Jednak nic konkretnego nie udało nam się ustalić. Theo poprosił nas abyśmy najbliższą noc spędzili razem z nim. Zgodziliśmy się w zamian za informacje o Johopoćiu – mężu Emerić. Po wyjściu od Theo jakoś się tak zgadaliśmy, że wszyscy czterej (Erfind, Falandar, Fryderyk i Ratter) mamy biegunkę. Pod drodze spotkaliśmy braci Widlicze, którzy wyjaśnili nam jej przyczynę. Otóż podczas pierwszej rozmowy z nami otruli nas wilczą krwią. Zostało nam 5 dni życia. Oni mają antidotum, ale w zamian za nie chcą abyśmy zabili szlachcica Albrechta von Spengera, którego nam wskazali. Nas oczywiście zatkało i z nimi nie dyskutowaliśmy. Mieliśmy więc już cztery wątki:

  • uratowanie Analii
  • Emerić i jej mąż
  • bracia Widlicze
  • Theo

Rattera posłaliśmy z kasą do Polaczka (chłopak, którego kiedyś uratowaliśmy a obecnie obraca się w półświatku) aby dowiedział się kim są bracia, co sie stało z Emerić, czy sprzedala panthlon i kim jest szlachcic. My zajęliśmy się wątkiem Theo. Po przemyśleniu sprawy widać było, że wielką rolę w tych zabójstwach odgrywa opium. Zastanowiło mnie też to – jakim cudem łódź Ładowna i pozostałe przepłynęły przez obóz bez żadnego zadrapania i bez żadnej ofiary. Aby to wyjaśnić udaliśmy się do Heinricha Zucha. Mieszkańcy Unterwalden zaczęli już rozbudowę swojej dzielnicy. Pracowało tam wielu robotników, a Henrich wszystkim zarządzał. Zastanawialiśmy się skąd oni mają na to wszystko pieniądze? Po ostrym przyciśnięciu Zucha okazało się, że w Ładownej przewoził opium. Ale nie zwyczajne opium, tylko kupione od Wyzwoliciela po jak to powiedział „bardzo okazyjnej cenie”. Większość już sprzedał. Zakazaliśmy mu dalszej sprzedaży (zgodził się ją wstrzymać na 4 dni). Udałem się jeszcze do Cmentarium i poszukałem informacji o potworach, które atakują w czasie balowania. Znalazłem dwa kazania mówiące o tym by żyć ascetycznie i w zgodzie z Moorem bo jak się za bardzo hula, to przychodzi karmazynowy demon i zabija. Pozbyć się go może jedynie ascetyczny człowiek za pomocą soli, wody święconej i znaku Moora. Nie wierząc w tą legendę zaopatrzyłem się jednak w odpowiednie przybory. Dziwne było zachowanie Horacego, który chciał ze mną iść na dziwki. Wieczorem udaliśmy się do Theo. Po drodze Ratter przekazał nam informacje na temat braci Widliczów – przybyli do miasta około 4 miesiące temu. Jeden z nich jest alchemikiem, drugi wojownikiem. Są najlepsi w swoim fachu – czyli w mokrej robocie. Ich usługi są bardzo bardzo drogie. W Zdanarach jest niewiele osób, które mogłyby je wynająć Te osoby to: Aliar i Gryzelda, inkwizytor Bernard Gui, Hieronimus Blitzen (czarodziej), Florianus Agrypine, Leon z Wurdbudu (kapłan Moora i Sigmara), baron (nie pamiętam nazwiska) i chyba nikt więcej. Pytaniem jest kto i dlaczego koniecznie do tej roboty musiał być wzięty Ratter. Co ma lub co umie Ratter, że bez niego nie da się tego zadania wykonać? Może ktoś chce go wrobić by się go pozbyć? Postanowiliśmy, że następnej nocy włamiemy się do braci Widlicze i siłą wyciągniemy od nich te informacje. Dotarliśmy na spoczynek do Theo. Fryderyka odezłaliśmy by obserwował Albrechta von Spengera. Zaczęła się noc. Theo i Ratter palili opium, a Falandar palił pantlon. Gdy Theo chciał otworzyć okno, by przewietrzyć nad jego ciałem z dymu sformował się demon. Rzucił nim o sufit! My nie mogliśmy się ruszyć. Potem demon rzucił się na Rattera i rozorał mu klatkę piersiową. Erfind z Falandarem zaczęli nawzajem się okładać pięściami. I byłoby po nas, gdyby nie fakt, że Erfind tak naprawdę nie wierzy w te czary (w ich siłę). Przezwyciężył niemoc i poczęstował demona wodą święconą. Na to demon zaczął uciekać i wymknął się nam przez szpary w budynku. Postanowiliśmy, że jeszcze raz go przywołamy i nie damy mu uciec. Jednak do tego potrzebni nam będą inni członkowie drużyny.
Niestety nie udało nam się nikogo namówić. Ratter poszedł obserwować braci Widlicze. Erfind udał się do Horacego po pomoc. Niestety Horacy nie zgodził się iść, ale polecił kapłana Moora – papę Kondicia. Całe szczęście on zgodził się ze mną udać. Uzupełniliśmy zapasy wody święconej. Po drodze zaszedłem jeszcze do pokoju i przejrzałem księgę babuni Meschner. Znalazłem tam informacje o duchu-demonie Opiumowym Grzdylu. To właśnie z nim będziemy mieli do czynienia. Po przybyciu na miejsce papa Kondicia stał się nie do opanowania. Kazał nam się modlić i już myślałem, że spędzimy całą noc na wysławianiu papy Simeone, ale całe szczęście staruszek się zmęczył i zrobił przerwę. Zagadałem go przez dwie godziny, a Falandar przygotował w tym czasie pomieszczenie – uszczelnił dziury i komin. Do ognia dorzuciliśmy opium. Niestety papa Kondicia pod wpływem oparów odleciał. I na tym skończyła się jego pomoc. Nagle zobaczyliśmy Grzdyla. Stoczyliśmy z nim ciężką walkę. No może nie było tak ciężko, ale strasznie. Udało nam się go zapędzić do wcześniej przygotowanego dzbana, który zamknęliśmy korkiem. Potem odlecieliśmy od oparów opium. Rano obudził nas Theo. Podziękował nam oczywiście bardzo, ale kazał zabrać dzban ze sobą. Ja całą przygodę opłaciłem uzależnieniem od opium. Kolejną złą wiadomością jest to, że z powodu zatrucia czujemy się coraz gorzej. Nie mieliśmy co zrobić ze dzbanem, więc zaniosłem go do inkwizytora Bernarda Gui. O dziwo wziął on go ode mnie. Rozmowa potoczyła się dobrze i w końcu powiedziałem mu o tym, iż jesteśmy zatruci i kto nas otruł. On odpowiedział, że nie ma się o co martwić, że aresztuje braci i ich tak przesłucha, że wieczorem będziemy mieli odtrutkę. Sprawa zatrucia wyglądała więc na załatwioną. Po wykąpaniu się poszliśmy na obiad do Aliana Zdanara. Tam oprócz spotkania z Hogiem nic ciekawego się nie wydarzyło. Hogo zajmuje się wielką polityką i nie ma czasu na nasze problemy. Po wizycie na zamku postanowiliśmy zająć się Emerić. Poszliśmy do strażnicy, w której przetrzymywany jest jej mąż Jolopoć. Tam musieliśmy przekupić strażnika i porozmawialiśmy ze strasznie skatowanym Jolopociem. Powiedział on nam, że strażnicy uwięzili Emerić – w dzień przetrzymują ją w piwnicy, a w nocy wystawiają w celi jako prostytutkę. Z tą sprawą udaliśmy się do Hoga. Tam uradziliśmy, że Jolopocia wyciągniemy ze strażnicy rzucając na niego oskarżenia, że ja i Falandar widzieliśmy jak Jolopoć dowodził odziałem atakującym Unterwalden. Potem Hogo ma go uwolnić od podejrzeń mówiąc, że Jolopoć podczas obrony Unterwalden był już w Zdanarach. Emerić natomiast mamy wykupić od strażników – ma to zrobić Ioan mówiąc, że chce ją wykupić dla żołnierzy do obozu pod miastem. Wydaje nam się, że gdy Jolopoć pójdzie na przesłuchanie, to strażnicy będą chcieli się pozbyć Emerić i tanio ją sprzedadzą. Wieczorem wysłaliśmy Ioana do strażnicy, by nawiązał pierwszy kontakt z Emerić. Ja (Erfind) i Falandar udaliśmy się do inkwizytora po antidotum. Niestety to co nas spotkało wcale nie było miłe. Otóż inkwizytor był wściekły. Okazało się, że po aresztowaniu braci przyszli do niego wysłannicy z zamku z kniaziem Szurskim na czele. Kazali mu oni uwolnić braci. Inkwizytor nie mógł nic zrobić. Zostało przez to nadszarpnięte jego dobre imię. Wkurzył się na nas ostro. Dał nam 3 dni na oczyszczenie jego imienia. Katastrofa… Udaliśmy się do drużyny po pomoc. Niestety wszyscy sobie poimprezowali i nie dało się z nimi rozmawiać. Trzeźwy jestem tylko ja i Falandar. Jest jeszcze Ioan, który poszedł do Emerić. Nie wiemy co robić – atakować widliczów (wiemy w której karczmie mieszkają), czy poszukać tego Szurskiego, czy zabić Albrechta von Spengera. Tak naprawdę sił nam już ubywa i następnego dnia możemy już ich nie mieć. Niechybnie zbliża się najczarniejszy dzień drużyny – śmierć poniesie aż 4 kompanów, co może stanowić o końcu tej paki.
Erfind i Falandar jak się zdawało zdani byli tylko na siebie. Udaliśmy się do karczmy gonma by wymyślić ostateczny plan działania. Tam dołączył do nas Ratter. Miał całkiem nowy pomysł – znaleźć Analię, która za pomocą swojej mocy nas uleczy. Podejrzewamy także, że Analia mogła wstąpić w ciało Asuany (gdyby Analia była na wolności, to by się skontaktowała z Hogiem lub Ratterem. Skoro się nie kontaktuje tzn, że jest uwięziona). Po zastanowieniu doszliśmy do wniosku, że śmierć Asuany jest niewiarygodna. Poszliśmy więc do naszego przyjaciela Theo, z którym podzieliliśmy się naszymi wątpliwościami – okazało się, że jeden z żołnierzy eskortujących Asuanę jest w jego obozie. Wzięliśmy więc go na przesłuchanie. Oto czego się dowiedzieliśmy:

  • przywódcą eskorty był Doch Ponzich. O dziwo po akcji został on tylko zbesztany przez Aliara, a następnie po pewnym czasie awansował z sierżanta na kapitana.
  • zabicie Asuany wyglądało tak: dwie godziny drogi od miejsca wyruszenia Doch Ponzich powiedział żołnierzom, by pojechali przodem, bo on chce porozmawiać z Asuaną. Gdy strażnicy dojechali za zakręt drogi usłyszeli hałas, a potem pędzącego Docha trzymającego konia Asuany (Doch nie miał broni)
  • przed atakiem „goblinów” słyszeli głosy ptaków (pewnie sygnał)
  • żołnierze wyjechali ze Zdanar dzień po bitwie pod skałką (droga do Zdanar z miejsca bitwy zajmuje 2 dni, więc Aliar wysyłając eskortę nie wiedział o bitwie)
  • ze Zdanar wyjechało 20 żołnierzy, przed osiągnięciem celu podróży 10 z nich się odłączyło

Wszystko wygląda na to, że Asuana została porwana. Theo był wstrząśnięty faktem, że pracuje dla takiego gnojka, jakim jest Aliar. Powiedział, że za miesiąc kończy się mu tu służba i wtedy odchodzi. My przekazaliśmy mu naszą historię zatrucia, a Theo obiecał nam, że jak nam się nie uda z tego wywinąć, to zemści się na Aliarze, choćby to była ostania rzecz jaką w życiu zrobi. Potem my mu obiecaliśmy parę rzeczy i zrobiło się tak sentymentalnie, że się poryczeliśmy. Następnie ułożyliśmy dalszy plan działania na tą noc. Postanowiliśmy udać że zabijamy Albrechta von Spengera, a potem pójść do Widliczów po odtrutkę. Potrzebnych do akcji wiadomości dostarczył nam Polaczek. Otóż Albrecht obserwowany jest przez jednego typka, który ciągle za nim chodzi. Akcja wyglądała następująco: udaliśmy się na miejsce, gdzie znajdował się Spenger – zabawiał się z uwięzioną Emerić. Gdy wyszedł poszliśmy za nim do karczmy. Śledziły go jednak dwie a nie jedna osoba. Następnie ja (Erfind) i Ratter usiedliśmy niedaleko Spengera i rozmawialiśmy o zboczonych rzeczach, natomiast Falandar udał się do ludzi z Unterwalden po flaki i krew świni. Spenger podsłuchawszy naszą rozmowę przysiadł się do nas i przez godzinę rozmawialiśmy o zboczonych rzeczach. Gdy już się znudził przyszedł do nas elf. I zaczęło się od nowa. Naopowiadaliśmy mu bzdur o przyrodzeniach mężczyzn innych ras. Oczywiście paliliśmy opium i piliśmy wódkę. Potem elf zaproponował pokaz technik seksualnych elfów i wynajęliśmy, ładnie mówiąc, kurtyzanę z którą wszyscy (oprócz Rattera) udaliśmy się do pokoju Spengera. Szlachcic był już w stanie potężnego otumanienia i gdy dziewczyna zaczęła się do niego dobierać padł z przepojenia i opalenia. Dziewczynę odesłaliśmy. Ja (Erfind) rozlałem na szlachcica krew i pod białą koszulę powkładałem flaki świni. Jako dowód zabrałem zakrwawiony pierścień Spengera. Potem poszedłem po Rattera i obydwaj wyszliśmy z karczmy. Przechodząc obok ludzi śledzących Albrechta szepnąłem do Rattera, że Spenger na pewno nie żyje – że wyprułem mu flaki. Potem udaliśmy się do Widliczów. Gdy do nich doszliśmy zauważyliśmy wychodzącego od nich szpiega śledzącego Albrechta. Wszystko układało się dobrze – Widliczowie zostali poinformowani o śmierci szlachcica. Udaliśmy się więc do nich po odtrutkę. Duże było nasze zdziwienie, gdy powiedzieli, że dadzą ją nam o godzinie 10 następnego dnia. Nie mogliśmy się z tym pogodzić, a braci przekonać się nie udało. Pozostał tylko atak na nich. Wpadłwm na pomysł jak wyważyć drzwi za pomocą dźwigni (łomu, który skombinował Falandar). Na szczęście w karczmie znajdowało się 4 żołnierzy Theo, których przysłał by w razie czego świadomie lub nie zrobili hałas. Zaproponowałem im opium i śpiew na cześć ich łaskawego przywódcy. Wśród głośnych krzyków udaliśmy się do Widliczów. Oczekiwali nas. Nie spodziewali się jednak, że tak łatwo wywarzymy drzwi. Dwa ruchy Falandara i drzwi ustąpiły. Pułapka, którą nastawili nie zadziałała, natomiast Johan (alchemik) wystrzelił z dwóch kusz we mnie. Nie trafił. August (wojownik) staranował drzwi, przygniótł nimi Falandara i odrzucił Rattera. Na szczęście wystawił się dla mnie. Przystawiłem mu pistolet do głowy. Powstała patowa sytuacja, bo we mnie z kusz celował Johan. Do tego celowania przyłączył się Ratter i udało nam się przekonać wrogów do poddania się (widać, że Johanowi bardzo zależy na bracie). Weszliśmy do środka i zamknęliśmy drzwi. Krzyki żołnierzy spowodowały, że akcji nikt nie usłyszał. Johan zabrał się do tworzenia antidotum. Ratter w zastraszająco szybkim czasie zrobił pułapkę, w którą wsadziliśmy Augusta – gdy ten się poruszy, to dostanie bełtem z kuszy. Udało nam się wywrzeć wrażenie na braciach (chyba zaczęli się nas naprawdę bać).
Johan (alchemik) chciał się jeszcze z nami targować o odtrutkę, jednak skutecznie go zastraszyłem. Nie miał więc wyjścia i sporządził on odtrutkę. Oczywiście w pierwszej wersji była to trucizna. Dopiero gdy dowiedział się, że sam będzie musiał wypić ten napój to zrobił prawdziwe antidotum, które spożyliśmy od razu. Potem korzystając z osłony nocy przetransportowaliśmy braci na łódź Ładowną. Tam ich uwięziliśmy. Ja poszedłem do reszty drużyny. Oczywiście wszyscy byli pijani. Pokój był zdemolowany i zarzygany. Udało mi się dobudzić jedynie Jana. Reszta leżała we własnych wymiocinach i odchodach. Postanowiłem, że Fryderykowi podam odtrutkę w momencie gdy będzie pewność, że jej nie zwymiotuje. Jan pomógł nam pilnować braci. Rano wpadł do nas Henrich Zuch z bardzo złymi nowinami. Otóż nasza drużyna jest poszukiwana przez całą straż miejską. Zostaliśmy oskarżeni o rytuały nad Albrechtem Spengerem, oraz o porwanie szanowanych kupców – braci Widliczów. Hogo musiał uciekać z zamku. Całe miasto nas szuka. Reszta drużyny (Ioan, Fryderyk i Mykoła) zostali aresztowani. Jeżeli Fryderyk szybko nie otrzyma antidotum, to umrze. Postanowiliśmy przesłuchać braci W. Po pierwszym przesłuchaniu nie powiedzieli nam wszystkiego. Dopiero jak zdenerwowany Ratter z domu Totter udał się do nich sam – „z pomieszczenia dobiegały nieludzkie krzyki” - to bracia zmiękli. Pokaz siły zademonstrował im i nam jeszcze Hogo, który ma wielką moc – „otaczała go magiczna aura, deski na ziemi zaczęły się wyginać, gwoździe poleciały do góry i z podłogi wynurzyła się humanoidalna skała – kamienny strażnik, który zrobił na nas wrażenie. August zemdlał, a Johan się zeszczał. Tak więc dowiedzieliśmy się, że (część to nasze domysły):

  • zaoferowano 1500zk za zabicie Rattera i zdyskredytowanie drużyny
  • zaoferował to Szurski
  • za Szurskim stoi Renia Tuić Zakręcona
  • Renia należy do Czerwonej Korony
  • Renia była podopieczną Etelki
  • braci Widliczów ściągnęła do miasta Etelka, która niedawno opuściła Zdanary i udała się w góry
  • Etelce towarzyszył jakiś mężczyzna
  • Etelka także należy do Czerwonej Korony
  • Aliar Zdanar jest pod wpływem Etelki
  • Aliar Zdanar ma leśniczówkę godzinę drogi stąd i tam prawdopodobnie trzyma Asuanę

To wyjaśniło nam motywy zamachu na drużynę. Pozostała jeszcze kwestia znalezienia Analii. Głęboko wierzący Ratter za pomocą łzy Nemerii nawiązał kontakt z Analią. Znajduje się ona na południe od Zdanar. Jest uwięziona i upokarzana. Zmieniła się bardzo – z tego co wyczuł to już nie jest ta sama Analia co kiedyś. Hogo także nawiązał z nią kontakt – miał wrażenie jakby wszedł w ciało kogoś, kto się kochał z Analią. Muszę dodać, że te nawiązanie kontaktu dodało sił naszym bohaterom (szczególnie Hogowi). Wiedzieliśmy więc, że boginka żyje i nie ma jej w mieście. Postanowiliśmy zająć się jeszcze sprawą Emerić. Jan udał się do Polaczka aby załatwić spotkanie z Theo, oraz dostarczyć list do Inkwizytora z prośbą o danie nam jeszcze 2 dni na oczyszczenie się i jego imienia. Jan wymyślił jak odbić Emerić – Ratter, Hogo i ja sporządziliśmy wywar z Mandragory - silny narkotyk. Dodaliśmy porcję do wina. Potem Jan, oraz Ratter i ja (Ratter ucharakteryzowany na mieszczankę, ja na mieszczanina) poszliśmy do Emerić. Jan zręcznie podał wino strażnikom (jeden zasnął a drugi „odleciał” na własnych skrzydłach) i wyprowadził Emerić. Był jeszcze za nimi pościg, niezadowolonych klientów, ale został powstrzymany przez R i E. Okazało się, że Jolopocia nie ma w więzieniu – został oskarżony o zdradę i jutro ma zostać powieszony (my za to odpowiadaliśmy). Odprowadziliśmy Emerić do naszej kryjówki. Potem udaliśmy się na spotkanie z Theo. Poprosiliśmy aby postarał się podać odtrutkę dla Fryderyka. Potem na kolejnym spotkaniu z Polaczkiem dowiedzieliśmy się, że niedaleko pod miastem znajduje się karczma „Głośnodajka”, w której podobno od niedawna jest kobieta, która jak się z Tobą prześpi to Cię leczy. Oczywiście robi to pod przymusem (wybito jej zęby i obcięto nogę). Wiedzieliśmy więc już gdzie jest Analia. Potem zapłaciliśmy 30zk za pomysł na uratowanie Jolopocia – podczas ceremoni miał on zgłosić się na służbę do zakonu Moora. Należało tylko przekonać wielkiego Cmentarnika lub Horacego. Pozostawliśmy na na następny dzień, kiedy to Ja (Erfind) udałem się na rozmowę z Horacym. Niestety jakiś wielki pech – tak naprawdę nie wiem co sprawiło, że nie dość, że nie wszedłem do zakonu, to jeszcze zostałem upokorzony przez jakiegoś mnicha odźwiernika, na którym na pewno kiedyś się zemszczę. Efektem tego była śmierć Jolopocia, który nie został przyjęty do zakonu. Śmierć męża widziała Emerić, którą tam zaprowadził Jan mający nieudany plan awaryjny (biała chusta na głowę). Wszyscy mieliśmy zły humor - postanowiliśmy odbić Asuanę i strącić Aliara z funkcji kniazia!!! Poszliśmy do leśniczówki – tam Hogo się od nas odłączył, uruchomił miecz i strażnika i sam zdobył i zniszczył leśniczówkę, oraz uratował Asuanę. My słyszeliśmy tylko krzyki. Ratter i Asuana są w końcu razem.
Po uratowaniu Asuana i Ratter trzymali się na uboczu. Pomimo tego, iż w końcu są razem przeżywali dramat. My byliśmy pod wrażeniem tego co zrobił Hogo. Nocą dołączył do nas Mykoła i przyprowadził nam nowego towarzysza Zigfrid- byłego żołnierza Ludendorfa. Mykoła został uwolniony przez Ludendorfa. Postanowiliśmy spotkać się z wodzem i dogadać z nim. Tak też się zrobiliśmy. Za pomocą Zigfrida umówiliśmy spotkanie, na którym w zamian za wywołanie powstania i przejęcie władzy w Zdanarach Ludendorf nas oczyści z zarzutów (w sumie to sami się oczyścimy). Ludendorf proponuje nam 600koron i 400 zbrojnych mających nam pomóc w momencie powstania. Jako część zapłaty zażądałem kobietę z cichodajki (Asuanę) ale Ludendorf się wzburzył i odmówił nam tej kobiety mówiąc, iż niedługo zamierza ją przejąć i wykorzystać w armii. Poprosiliśmy o spotkanie z tą kobietą aby się uleczyć. Ludendorf umożliwił to dla mnie, Hogo, Rattera, Falandara. Podczas spotkania Hogowi udało się z nią porozmawiać. Dowiedział się, że ona nie może opuścić swego ciała i nie potrafi kontrolować swojej mocy. Zażądała by Hogo ją zabił. Ratter nie dowiedział się niczego, natomiast ja dowiedziałem się od niej, że Krąg Martylionis znajduje się na prawo od rzeczki Podleg . Po wizycie u Analii zrobiliśmy zebranie. Było ono burzliwe (po nieprzyjemnych perypetiach przyjęliśmy Zigfrida do drużyny), i toczyło się na dwóch płaszczyznach – po pierwsze pomoc Analii, którą zajął się Hogo i podliczenie sił zbrojnych w Zdanarach. Z obliczeń wynikło, że w razie przewrotu 1175 zbrojnych będzie przeciwko nam, a 1050 z nami (obliczenia w dużej mierze oparte były na przypuszczeniach). Udaliśmy się wszyscy do Zdanar aby stamtąd zrobić wypad po Analię. W Zdanarach dowiedzieliśmy się że jesteśmy podejrzani o zamach na Aliara (Aliar żyje, ale jest ciężko ranny). Poza tym, Emerić zniknęła z Ładownej, Widlicze dalej są przetrzymywani, Henrich Zuch miał kontrolę – strażnicy sprawdzali czy nas nie przetrzymuje. Dobrą wiadomością było dotarcie drugiej części wojsk Unterwalden do Zdanar. Gerhard Schiller doprowadził wszystkich bezpiecznie. Hogo postanowił wprowadzić w życie swój plan odbicia Asuany – kupiliśmy mandragorę, którą mieli zostać otruci ludzie z Głośnodajki. Po zatruciu piwa i wina wyruszyliśmy na akcję (ja-Erfind, Hogo, Zigfrid, Falandar i Jan). Na miejsce dotarliśmy rano o godzinie 8. Plan tak naprawdę nie istniał. Hogo nie zaplanował czym rozwalić kajdany, jak pozbyć się ludzi z knajpy, a nawet kto ma podać się za uzdrowionego człowieka rozdającego piwo (zatrute oczywiście). Roli tej dostąpił Jan, który jako pierwszy pojechał by się zakwaterować i zapisać w kolejkę do Analii. Jak już stał w tej kolejce, to okazało się, że nie ma pieniędzy aby zapłacić za wizytę. Wywołał tym spore zainteresowanie. Musiał więc udać się do nas po pieniądze. Umówiliśmy się, że jak zacznie się zamieszanie to my wkraczamy. Początkowo wszystko szło dobrze. Jan niby się uzdrowił i rozdawał wino i piwo. Jednak normalni ludzie i żołnierze niezbyt się dali w to wciągnąć, ponieważ zbiegło się wielu biedaków i chorych, którzy rzucili się na darmowe trunki. Powstało zamieszanie i już mieliśmy wkraczać, gdy okazało się że nieopodal stacjonował oddział zbrojnych pilnujący tej karczmy. 50 żołnierzy wpadło i zrobiło porządek. Plan zupełnie nie wypalił. Postanowiliśmy więc udać się do karczmy i wybadać sytuację (Hogo oczywiście został w lesie). W karczmie było zbyt dużo ludzi by robić akcję. Poczekaliśmy do 7 rano. Ogłuszyliśmy żołnierzy, sterroryzowaliśmy barmankę i włamaliśmy się do piwnicy. Jan i Zigfrid ogłuszyli ochroniarza, a Falandar ogłuszył karczmarza. Uwolniliśmy Analię i w piwnicy zamknęliśmy wszystkich ogłuszonych. Potem Jan się wymeldował a my poszliśmy stamtąd. Ciekawe ile osób nas rozpozna?

Bitwa o Zdanary

Ratter, który pozostał w mieście. jako pierwszy rozpoczął przygotowania do powstania. Miasto obiegły głosy o złych poczynaniach Aliara wobec kniaziówny Asuany, oraz o uwięzieniu kniazia Ioana Hossu. Ratter spotkał się także z Żulami. W wyniku tego spotkania razem ze mną (erfindem) i Janem uzgodniliśmy, że Żule z Kastetami pomogą nam w walce - oczywiście musieliśmy im słono zapłacić. Ratter namówił także Papę Kondicia do tego, aby stanął po naszej stronie. Ja udałem się do Inkwizytora, którego także udało mi się namówić do walki za Ludendorfa. Czarodziej także był z nami. Jan i Falandar namówili Theo, który sprawił, że jeden z trzech pozostałych garnizonów nie będzie uczestniczył w walkach pierwszego dnia. Kolejnym dobrym posunieciem było to co zrobił uwolniony przez strażnika wywodzący się z Wladijewki Ioan Hossu. Otóż wydał on przyjęcie dla dwóch kniaziów i na tym spotkaniu namówił ich na walkę po naszej stronie. Powstanie miało rozpocząć się w kilku miejscach jednocześnie. Ioan pojechał po posiłki z nieopodal leżącej wioski. (wiadomością z zupełnie innej beczki, było rzekome pojawienie się Emerić na zamku u Aliara Zdaanra).

Nadszedł dzień powstania. Znakiem do rozpoczęcia był pożar wzniecony przez Polaczka w dielnicy magazynów. Potem nie wszystko wyszło tak jak tego chcieliśmy. Inkwizytor, pomimo nalegań Erfinda, się spóźnił (czarodziej tak samo). Zjednoczone wojska zaatakowały i prawie zniszczyły garnizon I, znajdujący się przy bramie wychodzącej do zamku. Pozostałe nasze wojska wygrały swoje bitwy i dwa rody kniaziów uciekły do centrum miasta. W następnym posunięciu nie ustrzegliśmy się błędów - zaochoceni zwycięstwami wdarliśmy się bliżej centrum i stworzyliśmy silny oddział. Niestety, to był nasz błąd, ponieważ przeciwnik szybko się pozbierał i zaatakował nas także potężnym oddziałem (przeciwnik miał dwa razy więcej wojska niż my). Jak łatwo się domyślić musieliśmy uciekać, a nasze siły zostały przetrzebione (głównie żule i kasteci, a także kniaziowie). Na drugim froncie (przy bramie do zamku) pojawiły się odziały Aliara i Palkoty. Tu także mieliśmy mniejsze siły niż przeciwnik. Gnojek Aliar przysłał do nas posłańca, któremu bez pytania wypaliłem w twarz zmieniając jego mózg w kawałki mazi. To zdeprymowało Aliara, a nas podniosło na duchu. Aliar wycofał się pozostawiając jedynie wojska Palkoty. W tym czasie Ioan Hossu z wieśniakami dotarł do miasta i przedzierał się przez mury, a Zigfrid nadciągał z dezerterami Ludendorfa. Przed nocą odbyło jeszcze kilka bitew, z których nasze wojska zazwyczaj uciekały. Potem nadeszła pierwsza noc. Ponieśliśmy wielkie straty. Nadzieją była pomoc wojsk Zigfrida. Drugi dzień powstania zaczął się od ataku Palkoty na garnizon I. Mieliśmy tam wtedy mały odział, więc postanowiłem (erfind) wyrwać się na pierwszy front. Dzielna walka wszystkich żołnierzy przyniosła nam drugie zwycięstwo w bitwie o garnizon I. Potem zgrupowaliśmy swoje siły w tym garnizonie. Zigfrid wdarł się do miasta i siał spustoszenie. Zanim jednak przybył nam na ratunek zaatakowały nas zjednoczone wojska przeciwnika. Trzecia bitwa o garnizon I była krwawa. Pomimo tego, że prawie wszyscy posliśmy walczyć na 1 front (walczył na nim Erfind, Falandar, Ratter i Jan) przegraliśmy tą bitwę. Udało nam się jednak wycofać w kierunku Zigfrida i z jego pomocą walczyliśmy ponownie o garnizon I. Tym razem udało nam się wygrać (ponieśliśmy jednak kilka strat). Kiedy byliśmy już szczęśliwi ze zwycięstwa nadciągnęła zjednoczona armia Aliara, Wyzwoliciela i Smoczego Paktu. Doszło do ostatniej bitwy. Przewagę mieli przeciwnicy. Krew, krew, krew. Bohaterami tej bitwy byliśmy wszyscy (Jan, Zigfrid, Falandar, Ratter i ja - Erfind). Walczyliśmy na całego. Bogowie pomagali nam jak mogli (o ile w ogóle istnieją). Niestety siły przeciwnika były zbyt duże, a my mieliśmy pewnego rodzaju pecha (ciągle rzucaliśmy 6 kostką k6, co nie pozwalało wygrać żadnej potyczki - Jaca). W końcu wszyscy padli - pozostał jedynie wspólny oddział Rattera i mój. Ratter ulotnił się, przedarł na tył wroga i zabił Aliara. To spowodowało krótką panikę w szeregach wroga. Skorzystałem z okazji i ruszyliśmy do ostatniego natarcia. Niestety coś mnie zrzuciło z konia i zemdlałem. Całe szczęście powracający Ratter dopełnił sprawy i wygraliśmy bitwę. Pozostało nas chyba z 10. Reszta, czyli ponad tyciąc osób było rannych lub nieżywych. To samo u przeciwników. Pocieszeniem jest fakt, że zniszczyliśmy 50 kultystów Czerwonej Korony.
Bitwa przemieniła się w małe potyczki między zwolennikami Aliara i jego przeciwnikami. W mieście odbywały się straszne rzeczy – samosądy, gwałty i rozróby, podczas których wybite zostały gnomy. W odpowiednim momencie przybył Ludendorf, który okazał się wybawcą. Zebrał on wszystkich do kupy – ukarał śmiercią gwałcicieli i przywrócił porządek w mieście. My ciężko ranni pozostaliśmy w ukryciu na zamku – kontaktowaliśmy się z Ludendorfem inkwizytorem. Dzięki nam rozeszła się po całym Hochlandzie nagonka na czerwoną koronę – wybitych zostało wielu kultystów. Inkwizytor przesłuchał Renię i Emerić (po śmierci męża dołączyła do korony). Okazało się, że Etelka była przywódczynią, a jej prawą ręką jest Placek. Obydwoje oni wyruszyli w celu znalezienia kręgu Martylionis. My się leczyliśmy, a Hogo „odstawił” Analię (jest ona teraz szalona i urzęduje w okolicach grobu Olafa w kotlinie Wartenbuch). Hogo w zamian dostał ciała Olbrachta, Saxona, Józefa, Hoga i Faustmana (przybyły w góry statkiem). Niestety z racji, że nie mają oni dusz zachowują się jak dzieci – bezmyślnie i bezwolnie. Oddaliśmy ich do przytułku Ja znalazłem zaklęcie mogące przywrócić duszę do ciała. Składnikiem zaklęcia jest łza Morslieba znajdująca się w kręgu Martylionis. Za pomocą inkwizytora nawiązaliśmy kontakt z Justusem – magiem mieszkającym w górach i orientującym się w tajemniczych kręgach mocy. Przestrzegliśmy go przed Etelką (odpisał że ją przegnał i że jest ona ranna) oraz potem przekazał nam w zaszyfrowany sposób hasło do kontaktu brzmiące „łódź”. Zanim wyruszyliśmy w drogę pożegnaliśmy się z Ratterem. Razem z Asuaną wyruszyli do kotliny Wartenbuch. Oby znaleźli tam spokój. Hogo załatwił nam konie, a ja załatwiłem drużynie uzbrojenie. Wyruszyliśmy w poszukiwaniu kręgu Martylionis.

Poszukiwanie kręgu Martylionis

Kasztel Justusa

Podróżowaliśmy 4 dni i gdy już prawie dotarliśmy na miejsce dopadła nas burza. Wraz z nią orki i gobliny – zaatakowało nas 2 orków i 5 goblinów. Ja mało nie zginąłem, ale w końcu się z nimi rozprawiliśmy. Po przeszukaniu ciał doszliśmy do wniosku, że ktoś ich wynajął, aby się zaczaili i napadli tego, kto będzie jechał. Zwiększyliśmy czujność. Wieczorem dotarliśmy do kasztelu. Drzwi otworzył nam staruszek – podaliśmy hasło i weszliśmy. Staruszek poruszał się z prędkością żółwia. Powiedział, że mistrz przyjmie nas jutro. Udaliśmy się na spoczynek. Zamknęliśmy się w pokoju i wartowaliśmy. Podczas mojej warty zaczął się horror. Ktoś wrzucił przez komin truciznę (jad na ludzi). Wszyscy zaczęli się dusić i toczyć pianę. Zaczęliśmy wychodzić na powietrze, a tam zaatakował nas 2 metrowy potwór ze szponami i zębiskami (w rozerwanym uniformie ucznia). Rozwalił on Mykołę i Zigfrida. Potem Jan stawił mu czoła. Potwór odgryzł mu rękę. Nie mieliśmy szans z tym potworem. Wykańczał po kolei każdego z nas. Ja i Falandar uciekliśmy na zewnątrz. Ktoś opuścił bramę i zamknął nam drogę ucieczki. Falandar zobaczył na dachu kolejnego potwora – prawie 3 metrowego grubasa. Mówił on „Taumile zaniechaj, zlituj się”. Podchwyciliśmy i zaczęliśmy błagać Taumiła o litość. Udało się. Potwór przemyślał swoje złe postępowanie i zaczął uderzać głową we framugę aż zemdlał. Byliśmy w szoku.

Postanowiliśmy przeszukać kasztel. Hogo i Joan się ocucili i nam pomogli. Grubas z dachu schował się za jednymi z drzwi. Przeszukaliśmy część pomieszczeń znajdujących się na dole. Nie było tam nic ciekawego. W stajni był staruszek, który w ogóle nie reagował na wydarzenia. Wściekły Jan w rewanżu odrąbał dłoń potworowi z zębiskami. Potem tego potwora opatrzyliśmy i związaliśmy. Jan zaczął rąbać drzwi do pomieszczenia, w którym schował się 3 metrowy gruby potwór. W tym czasie Joan i Falandar przeszukiwali inne pomieszczenia. Zapoczątkowali serię wpadania w pułapki. Pomost, którym szli okazał się podpiłowany i się zawalił. Bohaterowie spadli z 4 metrów i bardzo mocno się potłukli. Zanim się pozbierali Jan rozrąbał drzwi. Wdarł się do środka a za nim ja. Grubas siedział w kącie i wydawał się być przestraszony. Jan przestraszył go jeszcze bardziej wymachując toporem i ręką. Ja po pół godzinie uspokajania zdobyłem zaufanie potwora. Dowiedziałem się od niego strasznych rzeczy (niektórych dowiedzieliśmy się później). Otóż Justus przegnał Etelkę. Jednak dwa miesiące temu do kasztelu przybył Jefim (Placek) i podał się za ucznia z Kislevu. Zdobył zaufanie Justusa i pozostałych uczniów. Potem zbuntował uczniów przeciwko Justusowi, którego związali i obcięli ręce i za pomocą pergaminu przywołał demona. Demon zamienił Taumiła w potwora - Taumił chciał być najlepszym wojownikiem, Gotlieba w potężnego grubasa – chciał on być wielki, a Gregoriusa w staruszka – chciał aby demon sam zdecydował. Córkę Justusa – Keterinę – zamienił w pajęczycę, która w magiczny sposób zauroczyła mężczyzn a potem ich więziła i jadła. Podczas przeszukiwania wpadliśmy jeszcze w dwie pułapki – elf dostał w rękę trucizną z jadem na ludzi, a potem napadły go pająki i został śmiertelni ranny. Co dziwne po godzinie wstał jakby nigdy nic i dalej z nami chodził. Mniej szczęścia miał Joan, który wpadł w skomplikowaną pułapkę znajdującą się w zbrojowni. Składała się ona z dźwigni, szafy i zapadni i drzwi uzbrajających pułapkę. My nieświadomie uruchomiliśmy pułapkę, Joan odsunął szafę, pociągnął za dźwignię. Zapadnia się pod nim otworzyła, a szafa wróciła na swoje miejsce obcinając mu przy okazji kilka palców. Joan spadł do pomieszczenia niżej i tak jak Falandar tylko dzięki Hogo dalej żyje. Ma obcięte palce i zerwaną skórę z twarzy. Dodatkowo żebra wbiły się mu w płuca. Kasztel został już przez Placka przeszukany i zrabowany. Dla nas pozostała tylko skrytka Justusa z 6 pergaminami, oraz księga z gusłami. Znaleźliśmy także podwójnie zaszyfrowane listy Etelki do Placka. Pierwszy szyfr był tak samo tworzony jak przy liście, który niby od Justusa dostał inkwizytor(Istnieje prawdopodobieństwo, że ktoś przechwytywał listy). Podczas dalszych przeszukiwań znaleźliśmy list pożegnalny Placka – bezczelnie zwracał się w nim do nas i z nas drwił. Napisał, że wraca do Kislevu (kiedyś kula z mojej broni odbierze mu życie). Placek zabrał ze sobą tajemne księgi Justusa zawierające informacje o Kręgu Martylionis. Na koniec odnaleźliśmy córkę Justusa, którą raniliśmy oraz Justusa, który prawie od razu zmarł. Muszę napisać jeszcze jedną bardzo ważną rzecz. Podczas przeszukiwania kasztelu znaleźliśmy 6 pergaminów. Skrytkę z nimi otworzyłem ja - nikt inny nie umiał jej otworzyć. Poinformowałem, że biorę sobie 2 pergaminy do zbadania, a resztę chciałem oddać reszcie drużyny. Reakcja Hoga i Falandara była bardzo dziwna, wręcz zdumiewająca. Rzucili się oni na mnie i chcieli zabrać pergaminy. Falandar chodził za mną, Hogo straszył mnie mieczem i gdyby nie Jan cała sprawa skończyłaby się krwawą jatką. Najdziwniejsze było to, że Falandar i Hogo zarzucali mi, że nie umiem opiekować się pergaminami, a zapytani stwierdzili, że nie mają żadnej tuby aby przechować tak ważne kartki papieru. Widać, że uważają siebie za lepszych i "wyższych".

Sesja widziana oczami gracza

Kolejny wieczór z WFRP zapowiadał się znakomicie. Z racji tego, że graliśmy na działce, zawodnicy wyposażyli się we wspomagacze (Maximus i Krupnik), oraz zabrali ze sobą czajnik i dwie farelki. Sesji towarzyszyła nutka niepewności - zastanawialiśmy się co też przygotował nam MG. Przema pożyczonym samochodem zajechał po wszystkich i udaliśmy się do Pomigaczy. Po przyjeździe nie udało się zamknąć auta (zamarznięty zamek) ale to nas nie zraziło. Wdarliśmy się do domku, rozlokowaliśmy, zagotowaliśmy wodę, włączyliśmy farelki i wypiliśmy prawie cały krupnik. Było zimno jak diabli, ale humory dopisywały. Zrobiliśmy herbatę i jeszcze raz wstawiliśmy czajnik do gotowania wody. Kiedy MG zaczął przyznawać punkty doświadczenia coś jebło i wywaliło korki, których tak naprawdę tam nie ma. Czuć było tylko swąd spalonego domku. Nastała ciemność... Po kilkunastominutowych próbach włączenia korków (których tam nie ma) i bezkutecznego uzyskania prądu skapitulowaliśmy. Wszyscy byli wkur..ni jak diabli. Nie przydała się nam nawet zdalna pomoc teścia MG. Kiedy zrezygnowani chcieliśmy opuścić domek okazało się, że drzwi nie dają się otworzyć. Od razu pojawiła się myśl o spisku i atakujących nas autoktonach. Ktoś usłyszał odjeżdżający samochód Przemka, a wszyscy słyszeli odgłosy na zewnątrz. Dzielny Karol wyszedł przez okno oczyścił okolicę i nas uratował. Postanowiliśmy udać się do lokum na Tysiąclecia PP 46 m 46, które tymczasowo było wolne. Tam nie spotkała nas żadna niespodzianka (oprócz tego, że auto Przemka znowu się nie chciało zamknąć, ale sprytny Przem je przechytrzył używając zamka w drugich drzwiach ;) ). Wznieślimy toast za WFRP i zaczęliśmy grę. I gdy się rozkręciliśmy pojawił się najpotężniejszy potwór WFRP - potwór z którym nasze postacie, co więcej najpotężniejsi bogowie WFRP, gracze, a nawet sam wielki MG nie ma szans - tak zwana "żona". Rozpędziła ona całe towarzystwo i tyle było z gry. Potem suszyła głowę niejakiemu Jackowi, który jest obecnie w ciężkim stanie psychicznym. Jaca
od siebie dodam że nie był to koniec wrażeń. Po ucieczce i pozostawieniu Jacy wycofywaliśmy się w kierunku mieszkania Marcina gdzie go wysadziliśmy i udaliśmy się na Jaroszówką. Jakie było nasze zdziwienie, że KARMA postanowiła odebrać nam paliwo w samochodzie. Ja się nie przejąłem bo prócz gazu zawsze jest bak benzyny ... gdy zobaczyłem że paliwa nie ma nawet w rez\wrwie. Gdybyśmy wybrali się na działkę na Siemianówkę daję słowo że byśmy pchali samochów. Ku naszej radości znaleźliśmy toczącym się samochodę stację gazu ... O 22.03 . fIRMA ta jednak była czynna do 22. Karol

Pościg za Ernestem - Plackiem

Odszyfrowałem resztę listów Etelki do Placka. Placek nazywa się Ernest. Etelka przekazała mu, że będzie na niego czekała w posiadłości koło Perdsburga leżącego w Hochlandzie. Jak pisała będą z nią tam ich "mali przyjaciele". Gdy zeszliśmy na dół naszych nieprzytomnych przyjaciół już nie było. Gregorius, Taumił, Gotlieb i Katerina ich uwięzili i zabarykadowali się w stajni. Chcieliśmy pokojowo rozwiązać sprawę i zaczęliśmy negocjacje. Katerina ciągle zakochana była w Jefimie i nic jej nie mogło przekonać o jego winie. Udało się zbuntować resztę dziwaków przeciwko niej, w wyniku czego została ona przez nich zaatakowana i uciekła. Postanowiliśmy pomóc uczniom Justusa - doradziliśmy jak mają się zachowywać, skąd mają brać pożywienie itp. Zawarliśmy pakt przeciwko Czerwonej Koronie. Potem Hogo zaczął naprawiać zepsutą bramę-kratę (przedłużał łańcuchy tak aby móc je podczepić pod konie) a my przeszukiwaliśmy kasztel. W drugiej wieży natrafiliśmy na dziwne istoty ... . Tworzytły one iluzję skarbów leżących w skrzyniach. Falandar powiedział, że są to pijawy, które jak się do nich podejdzie przyczepiają się i wysysają krew. Potrafią one także tworzyć iluzje po to, aby zwabić swoje ofiary. Zabiliśmy 4 takie potwory. Nic więcej ciekawego w kasztelu nie było. Kiedy Hogo zrobił łańcuchy Gotlieb własnoręcznie podniósł bramę, bez ich użycia. Szok - straciliśmy kolejne pół dnia. Pożegnaliśmy się z uczniami i wyruszyliśmy w drogę do Zdanar. Pierwszego dnia Falandar wiedziony przeczuciem oraz krukiem odnalazł w lesie opuszczone obozowisko orków i goblinów, a w nim Igora - wojownika z Kislevu. Igor dołączył do nas. Wpadłem na pomysł, aby Hogo wyprzedził nas , szybciej dotarł do Zdanar i pozałatwiał zakwaterowanie, i inne ważne sprawy. Gdy po 3 dniach dotarliśmy na miejsce mieliśmy już pokoje. Inkwizytor przesłuchał posłańca do Justusa i dowiedział się, że pracował on (nie dobrowolnie) dla Etelki, która udała się w stronę Hochlandu. Postanowiliśmy, że drogą morską udamy się do Perdsburga. W ten sposób może uda nam się dogonić Ernesta. I w tym momencie wydarzyło się coś bardzo dziwnego. Falandar całkowicie zaczął olewać polecenia triumwiratu. Kiedy razem z Hogiem postanowiliśmy zarządzić większą dyscyplinę i wzięliśmy każdego na spytki i go ochrzanialiśmy powstał bunt w drużynie. Przywódcą buntowników był Jan banita. Było dużo krzyczenia, nerwów i fochów. Starałem się jak mogłem aby załagodzić spór. Drużyna się rozpadła. Dopiero po kilkugodzinnych pertraktacjach postanowiliśmy, że wybierzemy jednego przywódcę. Głosowały 4 osoby (Erfind, Hogo, Falandar, Jan). Najwięcej -dwa głosy dostałem ja i zostałem przywódcą. To był koniec triumwiratu. Zarządziłem odpoczynek. Następnego dnia udaliśmy się do Henricha Zucha. Dogadaliśmy się co do spływu ładowną - my będziemy ochroniarzami, w zamian on nas przewiezie. Zuch zażądał jeszcze abyśmy zdobyli dla niego glejt u Ludendorfa, za pomocą którego nie będzie musiał płacić podatków. Ludendorfa już w mieście nie było, ale jego namiestnik wydał nam glejt, za który w przyszłości będziemy musieli wyrządzić przysługę Ludendorfowi. Uczestniczyliśmy także w uroczystościach Sigmara. Dużą rolę odegrała relikwia - święty obraz (który dostarczyliśmy osobiście do Zdanar). Podczas uroczystości Zdanary zostały przemianowane na Unterwalden.
Zmiany wprowadzone przeze mnie (dowódcę) do drużyny to określenie nazwy „Triada”, oraz to, iż drużyna dostała od dowódcy kapelusze z piórem jako pierwszą część charakterystyczną. Postanowiliśmy także utworzyć fundusz drużynowy, do którego wpłacamy niepodzielne części łupów. Opłaciłem także miejscowego barda, aby napisał o nas pieśń. Później (po śmierci Falandara), każdy wypowiedział się, co chce, aby stało się z jego rzeczami po śmierci. (Zigfrid chce być pochowany w pełnym rynsztunku, Igor chce, aby wszystkie jego rzeczy zostały rozdysponowane przez dowódcę, Erfind chce aby pieniądze trafiły do cechu wynalazców, Jan …, z Hogiem nie da się rozmawiać). Przed wyruszeniem postanowiłem załatwić kilka niezałatwionych do tej pory spraw i dowiedziałem się kilku interesujących rzeczy. Zgodnie z przepowiedniami na ziemię ma przybyć 4 jeźdźców apokalipsy: Slanesh, Khorne, Nurgle i Tzentsh. Zaprowadzić mają nowy porządek, a pomóc w przybyciu ma im Khaine. Przepowiednie wywodzą się z baronii Gusendar, która leży w przeciwnym kierunku do tego, w którym wyruszamy. O baronię wypytywał niedawno pierwotny członek drużyny Fortunat, który podróżował tam z jakimiś listami. Potem dowiedziałem się, że Emerić przeżyła (jest cała popalona i ciężko ranna po torturach). Należy przypuszczać, że w przyszłości będzie się chciała na nas zemścić. Kolejną sprawą są dzieje Adolfika – został on adoptowany i przygarnięty przez Gryzeldę Palkotę, która obecnie jest gdzieś na zesłaniu (musimy się dowiedzieć gdzie). Ostatnią rzeczą były odwiedziny u Mauadry – okazało się, że sztuczek nauczył jej Placek (zwany jako „Czerwone Usta”). Mauadra należała do Czerwonej Korony. Wszyscy członkowie tej organizacji mają ksywy i nikt nie wie jak inni członkowie się naprawdę nazywają. Dowiedziałem się najważniejszej rzeczy – Czerwona Korona wierzy, że na ziemię przybył sobowtór Khaine’a. Celem tej organizacji jest przywołanie na ziemię kolejnego boga – Khorne’a. Podejrzewam, że potrzebna im do tego jest łza morslieba. Wypłynęliśmy więc z samego rana aby dogonić Placka. Początkowo nie mieliśmy przeszkód, wystrojony w zbroję Ludendorfa Zigfrid pomagał nam przepływać przez rogatki rzeczne. Pierwszą noc spędziliśmy u gnomów i tam spróbowaliśmy nowej potrawy – budyniu. Najdziwniejszą rzeczą tego dnia było dziwne zachowanie Jana – był przygaszony, zamyślony i nierozmowny. W karczmie rozmawiał z jakimiś zbirami. Drugiego dnia nastąpiła potężna kłótnia między mną i Hogiem, który ciągle podważał moje rozkazy. Skoczyła się ona tym, że Hogo łaskawie pozwoli mi dowodzić podczas misji związanej z Etelką, i jeżeli ta misja się nie powiedzie, to mnie zdymisjonuje. Hogo nie może pogodzić się z faktem, że to nie on jest przywódcą i ostatnio przeraża wszystkich członków Triady. Wydaje się być szalony, a Igor mówi że wstąpił w niego demon. Kolejnego dnia wpadliśmy w pułapkę piratów rzecznych. Walczyliśmy przeciwko 17 walachom. Śmierć podczas walki poniósł Falandar, który nie posłuchał się mojego rozkazu, aby schować się pod pokład – skończył przebity dwiema strzałami. Hogo i jego miecz rozwalił większość przeciwników. Po walce szalony Hogo wyrwał serca wszystkim przeciwnikom i chciał to także uczynić z Falandarem, ale Igor mu przeszkodził. Potem okazało się, że Hogo wyrywając serca przeciwnikom zbierał moc, aby ożywić Falandara i Igor w ostatniej chwili mu przeszkodził. Od tego momentu Hogo nic nie mówił i pogrążył się w smutku. Zanim zdążyliśmy wyruszyć na miejsce bitwy przybijały statki i dziękowały nam z rozprawienie się z piratami. Zostaliśmy miejscowymi bohaterami a zatoczka została nazwana zatoką Falandara. Hochlandczycy we wszystkich możliwych miejscach stawiają kapliczki i w tym miejscu ku czci Falandara także postawili kapliczki wszystkich bogów. Na pogrzebie Falandara było około 70 osób. Następnego dnia wyruszyliśmy w dalszą drogę. Dopłynęliśmy do Wortfu, miasta liczącego około 400 mieszkańców. Tam za naszą postawę w walce z piratami przywitał nas hrabia Otto Borman – cesarski pelipotent. Zdementował publicznie plotki mówiące o tym, iż imperator jest chory. Bardzo ważną informacją był dekret przez niego przeczytany. Otóż z rozkazu imperatora przestaje istnieć coś takiego jak mutacja. Ludzie dotknięci zniekształceniami mają wrócić do łask!!! Nie można zbijać zniekształconych dzieci!!! Zabójstwo człowieka dotkniętego schorzeniem będzie karane jak każde inne zabójstwo!!! Bardzo dziwny i podejrzany dekret!!! Potem pomagaliśmy Zugowi sprzedać materiały. Jak się okazało miastem nieoficjalnie rządzi Ligi Belladona – szef mafii. Zug dobił z nim targu i następnego dnia mogliśmy wyruszyć dalej. W Wortfie przyłączył się do nas młodzieniec – Klaus Smith. Jako najemnik może nam się przydać w walce z Czerwoną Koroną. Tuż przed wypływem przypałętało się do nas jeszcze dwóch chłopaków, którzy w zamian za przewiezienie ich do Perdsburgu zaofiarowali oprowadzić nas po tym mieście. Dowiedzieliśmy się od nich, że dosłownie kilka dni temu do Perdsburga przybył Placek. Na Ładowną wzięli ze sobą tajemniczą skrzynkę. Klaus Smith sprawdził się bardzo szybko – na śluzie wytargował cenę za przepływ od osoby z 1zk do 5sr. Ogólnie jest wygadanym chłopakiem. Potem spotkała nas jeszcze jedna przygoda – okazało się że w skrzyni jest trup, którego wiozą do miejscowego lekarza. Gdy mocno zbliżyliśmy się do Perdsburgu drużyna doznała kolejnej straty. Otóż Jan kazał zatrzymać statek i wysiadł. Nie chciał podać żadnych powodów swojej decyzji. Opuścił nas bez wyjaśnienia. To kolejny cios. W tym momencie z dawnej drużyny został Hogo i ja. Reszta to niewtajemniczeni nowicjusze. Cieszy fakt, że są dzielni i dobrze rokują na przyszłość.

Perdsburg

Po kilkudniowej podróży dotarliśmy do Perdsburga, który jest specyficznym miejscem – najbrzydszym miastem Imperium. Nie ma w nim żadnego ładu – budynki są chaotycznie porozrzucane – po prostu tragedia. Większość mieszkańców siedzi w karczmach (są dwie – świński ryj i … ) i pije alkohol. Poza tym 20% mieszkańców ma jakieś wady genetyczne. Ci którzy tu zamieszkali są największymi nieudacznikami Imperium, których nikt nie chciał w poważnych miastach. Pierwszego wieczoru Igor, Klaus Smith i Zigfrid „zapoznali się z krasnoludami” – bijąc się z nimi w karczmie świński ryj. Następnego dnia pili z nimi wódkę, a ja paliłem opium. Dowiedzieliśmy się do tej pory, że ktoś napada na okoliczne farmy, że obok miasta znajduje się osada 100 krasnoludów, którzy za pijaństwo wygonili tych 20 którzy z nami piją i palą. Kopalnia, w której pracują nie przynosiła zysków, więc już w niej nikt nie pracuje. Nie udało mi się dowiedzieć czym zajmuje się tamta 100 krasnoludów i skąd biorą kasę.
Miałem dosyć tego imprezowania i udałem się na Ładowną. Tam Henrich Zuch rozmawiał z burmistrzem Perdsburga. Burmistz chyba jako jedyny mieszkaniec tej osady nie był pijany i miał nawet eleganckie, acz brudne ubranie (o wytrzeszczu w jednym oku i krzywym zgryzie nie wspomnę). Okazało się, że pracuje on dla Luigiego Belladony. Miasto utrzymuje się z nie wiadomo czego. Obiecałem pomoc w załatwieniu sprawy z farmami. Po południu do "miasta" przybyli wieśniacy z jednej z farm z wiadomością, że w nocy ich sąsiedzi zostali zaatakowani. Udaliśmy się z nimi do ich farmy. Tam wartowaliśmy w nocy, ale nic dziwnego się nie wydarzyło. Następnego dnia wyruszyliśmy do najbliższej spalonej farmy. Tam po dokładnym przeszukaniu znaleźliśmy jedynie zwęglone szczątki domostw a wśród nich spalony toporek z inicjałami KS. W piwnicy znaleźliśmy ciało dziecka, które pochowaliśmy. Po powrocie do farmy dowiedzieliśmy się, że KS to podpis pobliskiej krasnoludzkiej osady, o której wspominały nam pijane krasnoludy i która podejżana jest o te napaści. Bezwłocznie udaliśmy się tam aby wyjaśnić tą kwestię. Krasnoludy od początku nie były miłe - może z uwagi na małe i nieprzytulne domy w których mieszkają. Zaprowadziły nas do swojego przywódcy. Tam z uwagi na różnice ras i obyczajów o mało nie doszło do starcia pomiędzy nimi i nami. Całe szczęście po kilkugodzinnej wizycie (przerywanej wykładami o uzależnieniach od opium i słabości naszej ludzkiej rasy) udało nam się dowiedzieć kilku interesujących nas rzeczy. Otóż starą kopalnię wykupiła od krasnoludów Etelka (podająca się za Zygfrydę von Bedel). Krasnoludy wybudowały jej także wieżę. Znaleziony przez nas topór mógł należeć w przeszłości do niej. Widywały także Placka i innych różnych "sługów". Etelka płaciła krasnoludom za broń i pracę i zdobyła ich zaufanie. Po uzyskaniu tych informacji wróciliśmy na farmę. W nocy podczas warty widziałem iskry Sigmara i wypowiedziałem życzenie, aby Hogo odzyskał zdrowie psychiczne i fizyczne. Potem tej samej nocy farma została zaatakowana przez bandę goblinów jeżdżących na wilkach. Udało nam się odeprzeć ich atak. Dzięki uprzedniemu zmoczeniu dachów pochodnie rzucone przez gobliny zgasły, a ja (Erfind) popisałem się dużą skutecznością zabijając (lub ciężko raniąc) 4 gobliny w krótkim czasie. Okazało się, że napastnicy mieli zbroje i broń wykutą przez krasnoludy. Następnego dnia razem z krasnoludami postanowiliśmy zaatakować siedzibę goblinów (przypuszczaliśmy, że znajdują się w kopalni wykupionej przez Etelkę). Gdy dotarliśmy na miejsce Krasnoludy zaatakowały kopalnię a nasza czwórka zaszarżowała na wieżę. Nasz atak zaczął się od próby Igora, który na koniu zamierzał staranować uciekającą goblinkę z dzieckiem na rękach. Igor ledwo przeżył tą szarżę. Najpierw spłoszony koń zrzucił go na ziemię, a potem straszna goblinka razem z dzieckiem się na niego rzuciła. Napastnicy mieli straszne zęby, którymi odgryźli czubek nosa i pazury, którymi podrapali ciało Igora. Klaus zatrzymał się aby pomóc koledze i całe szczęście udało im się pokonać napastników. W tym czasie ja i Zigfrid wparowaliśmy do wieży. Budynek składał się z dwóch kondygnacji. Na dole Zigfrid zabił goblina z toporem. Wbiegliśmy po schdach na górę. Tam szybko przeszukiwaliśmy pomieszczenia. W dwóch pierwszm nic ciekawego nie było, natomiast w drugim trafiliśmy na wypchanego krokodyla i niedźwiedzia, oraz gołą związaną kobietę przerzuconą przez krzesło. Miała na sobie ślady gwałtów. Uwolniliśmy ją (powiedziała że jest z okolicznej farmy). Udaliśmy się do 3 pomieszczenia. W tym czasie Klaus porzeszukiwał pomieszczenia na dole i trafił na halfinkę (służącą Etelki) - gobliny zmuszały ją do przyrządzania posiłków. Igor natomiast uwolnił dwóch wieśniaków i w jednym z pomieszczeń natrafił na 4 gobliny z którymi walczył. W tym czasie ja i Zigfrid w trzecim pomieszczeniu trafiliśmy na gołego, związanego i przerzuconego przez krzesło Placka (ze śladami gwałtu). Już wiedzieliśmy że ta kobieta, którą uwolniliśmy to Etelka :/ Ale to nie wszystko. W pomieszczeniu był także goblin ubrany w szaty Etelki ze złotym diademem na głowie - przywódca goblinów. Rzucił się na nas. Pierwszym ciosem powalił Zigfrida. Ja strzeliłem w niego, ale nie trafiłem. On mnie bezskutecznie atakował. Drugim strzałem trafiłem mu w głowę i gdyby nie cholerny diadem, to bym go ogłuszył. Potem on mnie trafił, a ja już nie zdąrzyłem już celnie strzelić. Cios sprawił, że zemdlałem. Zdąrzyłem jeszcze zawołać pozostałych członków drużyny. Nikt nie przybiegł, ponieważ Igor walczył z goblinami, a Klaus przeszukiwał pomieszczenia na dole. Potem Klaus się spostrzegł, że musi udać się na górę. Tam zastał Etelkę z latającym mieczem. Etelka się schowała, a Klaus walczył z mieczem. Udało mu się go tak mocno stuknąć, że oba miecze pękły. Ruszył do pomieszczenia, w którym schowała się Etelka. Usłyszał wypowiadane zaklęcie i wybuch. Leciał razem z drzwiami. Spadł kondygnację niżej. Przez ten cały czas Igor walczył z goblinami. Gdy pokonał pierwszych 4 do pomieszczenia wbiegli kolejni czterej. Dzięki pomocy Urlyka rozwalił ich wszystkich i udał się na górę. Tam zobaczył wodza goblinów trzymającego miecz przy szyji gołej kobiety (Etelki). Rozwalił zaskoczonego goblina. Kobieta mu podziękowała, powiedziała gdzie są jego towarzysze i udała się na dół. Tam na drodze stanął jej "uświadomiony" Klaus. Rzuciła na niego zaklęcie i Klaus zaczął uciekać przerażony i tak uciekał i uciekał... Igor ocucił mnie i Zigfrida. Zigfrid został pilnować Placka, natomiast ja i Igor udaliśmy się w pogoń za Etelką. Igor w stronę miasta, ja w przeciwną stronę. Miałem dobre przeczucie i doganiałem ją. Nagle się zatrzymała i rzuciła zaklęcie. Mój koń był trupem, a ja leżałem na ziemi. Załadowałem czarodziejską kulę Theo i wziąłem przeciwniczkę na muszkę, wbiegłem na wzgórze i ją zobaczyłem. Jednak zanim przymierzyłem i wystrzeliłem ona schowała się za kolejnym wzgórzem. A ja wtedy wystrzeliłem.
Całe szczęście Hogo włączył się do akcji i upolował Etelkę. Przywiózł ją na ośle. Hogo zmienił się jeszcze bardziej - jego głos był władczy jak nigdy dotąd. Mówił, że objawił mu się Sigmar i wszystko mu wyjasnił - Nemeria, Hogfena i Analia to trzy dziwki, które są zwykłymi demonicami i tak naprawdę cały czas nas oszukiwały. Od tej pory Hogo jest żarliwym wyznawcą - kultystą i fanatykiem Sigmara. Nałożył więc kwarantannę na wieżę i przez dwa dni robił tam porządki. My w tym czasie baliśmy się do niego odzywać. Potem przesłuchaliśmy Etelkę i Placka. Hogo uratował starą goblinkę, która w zamian za obietnicę szybkiej śmierci torturowała Etelkę. Tortury były okropne i Etelka została złamana. Hogo napawał się torturami i początkowo robił to aby ją złamać a nie wyciągnąć informacje. (przypalanie skóry pod pachami, wkłuwanie igieł pod dziąsła i paznokcie, obcięcie stopy - tak nie postępuje zwykły dobry halfing). Po tych zabiegach ofiara powiedziała nam wszystko. Khaine jest w kotlinie Gusendar. Łza Morslieba potrzeba była do sprowadzenia Khorna. Meteoryt znajduje się w tzw misce diabła za bliźniaczymi wodospadami na rzece Narn. Dotarł tam 117 lat temu podobno astrolog Wintenschling, który potem zyskał bogactwo a jego rodzina mieszka gdzieś przy rzece Ostflus. Od Placka dowiedzieliśmy się, że nie da się odwrócić zaklęcia rzuconego na uczniów i córkę Justusa. Drugą cenną informacją było to, że wysłał do miski dwóch swoich ludzi (jakieś płotki będące w danym momencie pod ręką). Za namową Hoga postanowiliśmy wyruszyć do miski diabła w kręgu Martylionis. Plan był taki - udać się do Zdanar, stamtąd do Joana Hossu - potem z jego przewodnikiem do miski diabła. Co dziwne Hogo stwierdził, że ludzie uduchowieni tacy jak on nie mogą do tej miski się dostać, więc zostanie tu i założy bazę dla drużyny, oraz osadę halfingów wyznających Sigmara. W zamian za uratowanie farm od goblinów farmerzy oddają mu dziesięcinę. Przy okazji przejścia przez Perdsburg okazało się, że 12 z 20 krasnoludów zeszło na dobrą drogę i zaprzestało pijaństwa.

Miska diabła

Plan związany z podróżą wykonaliśmy. Po drodze w zatoce Falandara okazało się, że elf zmartwychwstał i udał się w świat. Grób był pusty. W miarę jak zbliżaliśmy się do Zdanar (Neue Unterwalden) okazywało się, że elf także tam podążał. W samym mieście nakupiliśmy nowych rzeczy i parokrotnie widzieliśmy efla. Jednak tylko Klausowi udało się, go zagadnąć, przy czym elf stwierdził że nie jest Falandarem (miało to miejsce w świątyni Sigmara). Dziwne było to, że elf zadawał się z walachami. W dniu wypłynięcia do Joana Hossu dowiedzieliśmy się, że została skradziona relikwia Sigmara i z przedmieść zniknęła duża część walachów. Podejżewamy, że stoi za tym Falandar. Po drodze do Joana nie wydarzyło się nic szczególnego. Płynęliśmy z Henrichem Zugiem, który chce robić interesy z Joanem. W te interesy zainwestowaliśmy 20 koron. W Zdanarach zostawiliśmy 5 koni. Joan i Mykoła przywitali nas i ugościli. Wladijewkę spalili, sami mieszkają w zamku, a wieśniacy porozrzucani są po okolicznym terenie. Joan wysłał z nami Mykołę. Wzięliśmy ze sobą tylko broń i poszliśmy w góry. Z wielkimi trudnościami (spotkaliśmy dziwne białe zwierzaki, oraz kilkukrotnie spadaliśmy w dół) przeszliśmy przez największe szczyty, ale całe szczęście się udało. Po drugiej stronie najwyższych gór kupiliśmy dwa kanu i spłynęliśmy rzeką. Po godzinie płynięcia rozbiliśmy jedno. Do końca dnia je naprawiałem ale się udalo. Drugiego dnia po dwóch godzinach rozbiliśmy drugie i całe szczęście uszliśmy z życiem. Jednakże od tej pory płynęliśmy w piątkę na dwu/trzy osobowym kanu. Po obu stronach rzeki były skalne ściany, więc można powiedzieć, że po raz kolejny igraliśmy ze śmiercią. Dopłynęliśmy do świętego miejsca - po obu stronach rzeki znajdowały się dwa głazy ze znakami druidów. Czuć było od nich wielką moc. Potem okazało się że jest to brama przez którą nikt z natury zły lub zepsuty nie przejdzie. Nam się udało :) Hogo najwyraźniej obawiał się tego i innych takich miejsc. Potem dopłynęliśmy już do wodospadów. Udało nam się przed nimi zatrzymać i dobiliśmy do brzegu na którym znajdowały się dwie kobiety - Astrid i Birgid z wioski Baumenwolk. Zaprowadziły nas do osady. Tam na środku stał carski dąb z dekretem, że jest to druidzka wioska. Polega to na tym, że nie płacą oni żadnych podatków, ale przy przesileniu wiosennym jedna dziewica zostaje druidką, a przy jesiennym druidem zostaje mężczyzna który nie miał kobiety. Zarządcą wioski jest drwal Vorster. Razem z nim powitał nas druid Korobret. Nawiązaliśmy z nimi rozmowę na temat wydarzeń z gór środkowych. Zaczęło się od rozmowy o spaczeniu i misce diabła. Znajdują się tam żygowiny Moora. Coś co jest strasznie mutogenne i zrodzone z eteru i czystego chaosu. Miska zalana jest wodą (pod ziemią są korytarze), a całe miejsce otoczone jest monolitami z zaklęciami druidzkimi, które powstrzymują rozprzestrzenianie się chorób. Nawet mała kruszyna tego meteoru może wyzwolić taką energię, że każdy może zostać najpotężniejszym osobnikiem świata. Hogo dał nam ołowianą skrzynię abyśmy w niej przynieśli cząstkę meteoru. Tak samo postąpił astrolog ze Zdanar. Widocznie ołów powstrzymuje złe działanie tego surowca. Potem rozmowa przeszła na Karmazynowego Króla. Okazało się, że jest on duchem. Został pochowany razem z lampą i ma być obudzony w momencie gdy zostanie przelana krew w miejscu gdzie leży - konkretnie w kręgu otoczonym stalagmitami i wypełnionym spaczeniem. Tak - Olbracht przelał tam krew zabijając skawenów. Tym samym obudził Karmazynowego Króla, który steruje wyzwolicielem i wyzwolicielem orków. Karmazynowy Król musi pozostać w miejscu pochówku, chyba że zdobędzie lampę, która pozwoli mu przemieszczać się po świecie. Oczywiście zdradziliśmy Wyzwolicielowi gdzie znajduje się ta lampa (u gnomów). Karmazynowy Król może zostać zabity jedynie z broni za pomocą której został wskrzeszony - czyli mieczem Olbrachta, który przekazaliśmy Wyzwolicielowi (miecz początku i końca). Potem rozmowa przeszła na proroctwo Nathaniela. I znowu okazało się, że coś wtopiliśmy - otóż przepowiednia mówi o strasznym przedwiecznym. Ma on sprowadzić na ziemię zniszczenie i chaos. Tak więc nikt o zdrowych zmysłach go nie przywoła. Leprowaci jednak nie są osobnikami logicznie myślącymi i ich desperacja i chęć odegrania się na świecie przemawia za tym, że byliby do tego zdolni. Leprowaci zostawiali na ofiarach znaki Nathaniela, co świadczy o ich zaangażowaniu w tej sprawie. Jednak aby przywołać przedwiecznego potrzebny jest pewien kamień, który posiadali kiedyś Hildenbryk i Oridok. Rozbili oni ten kamień na dwie części. Potem Oridok zginął w dziwnych okolicznościach. Podejrzewamy, że jedna połówka kamienia została przekazana Hopfenie razem z pierścieniem, który zdobył Klaus Ostenbruck. Nie wiemy co się stało z drugą połówką. Ostatni temat to Khaine i Czerwona Korona. Porozmawialiśmy trochę o jeźdźcach apokalipsy o Khainie i Khornie. Korobret zaczął wzbudzać w nas zwątpienie w nasze poczynania. Otóż każdy z nas ma świadomość, że gdyby nie my, to

  • Karmazynowy Król by się nie obudził i nie miałby miecza i lampy
  • kultyści Nathaniela nie mieliby połowy kamienia
  • nie byłoby czasu pożogi w górach (próba zabicia smoka w grząślach)
  • nie wiadomo jak potoczą się sprawy z Czerwoną Koroną - może osłabiając tą organizację sprawimy, że wyznawcy Nathaniela zyskają drugą część kamienia i nastąpi koniec świata

Zaczęły nas dręczyć wyrzuty sumienia i wątpliwości. Co tak naprawdę nami kieruje. Czy te wszystkie czyny drużyny nie są wynikiem wpływu złych sił na słabe osobniki jakimi jesteśmy. Obcowanie ze złem sprawia, że zło nas przenika. Wszyscy byli członkowie drużyny albo nie żyją albo są opętani albo są narkomanami (włącznie ze mną). Druid doradził nam, że tak naprawdę natura wszystko naprawi. Najlepiej by było jakbyśmy przestali się wtrącać i psuć świat. Jesteśmy tylko czyimiś pionkami i zakłócamy spokój świata. Te słowa dotknęły nas bardzo. Tak bardzo, że każdy z nas ma się przez noc zastanowić co dalej - czy nie lepiej zrezygnować z naprawiania (tak naprawdę psucia) świata. Wystarczy spojrzeć na to co wyrabia Hogo by zadać pytanie - czy także chcę tak skończyć?

Po długich naradach Triada wyznaczyła sobie nowe cele: naprawianie tego co zepsuli poprzednicy tej drużyny. Najpierw zabicie wysłanników Placka, potem zajęcie się lampą i dalsze niszczenie Czerwonej Korony. Następnego dnia namówiliśmy Korobreta aby zaprowadził nas do Miski Diabła. Niestety wyruszyliśmy w okrojonym składzie, ponieważ Klaus Młody Smith się rozchorował i musiał pozostać w wiosce. Dołączył za to do nas Jan, który swoje nagłe zniknięcie wytłumaczył chęcią odwiedzenia rodziny. Podróżowaliśmy w rzeką o nazwie Ostflus. W miarę zbliżania się do miski roślinność zanikała, a gdy zbliżyliśmy się do celu prawie jej nie było. Te rośliny, które rosły były chore i powykrzywiane. Druid powiedział nam, że kilkaset lat temu w ogóle tu nic nie rosło. Potem wyruszyliśmy w głąb lądu (na prawo od rzeczki Podleg). Korobret doprowadził nas do miejsca, w którym roślinność całkowicie zanikła. Od tego momentu poszliśmy sami: Jan, Erfind, Zigfrid i Igor. Mykoła spanikował i się wycofał. Ruszyliśmy - ziemia przypominała żużel - wszystko wypalone. Po pewnym czasie buty Zigfrda zostały od spodu przepalone. W pewnym momencie zobaczyliśmy jakąś postać na wzgórzu. Dziwnie migotała i znikła. Podobno to takie zjawisko pustyń - fotamorgana, czy coś w tym stylu. Zdarzyła się też kolejna dziwna rzecz - zostawiliśmy punkt orientacyjny z bełtów i bandaża i idąc po pewnym czasie trafiliśmy w to samo miejsce. Słońca nie było widać, a Morslieb był w pełni. Wystraszyliśmy się i postanowiliśmy odejść z tego przeklętego miejsca. Ruszyliśmy i doszliśmy znowu do wbitych bełtów. I tak kilka razy. Tragedia. Zastała nas noc. W nocy widzieliśmy jakąś oświetloną postać - kilka razy przeszła przed nami. Potem nagle pojawiła się tuż obok nas - zjawa o imieniu Bronhilda. Okazało się, że bardzo cierpi. Skazana jest na wieczne piekło, ponieważ jej ciało leży w korytarzach pod miską diabła. Przybyła ona tu ponad 100 lat temu z astrologiem Wintenschlingiem (O tym astrologu mówił mi Florianus Agrypine - że podobno ponad 117 lat temu znalazł spaczeń i stał się potężny i bogaty. Nigdy nie stwierdzono jego śmierci.) Po odnalezieniu spaczenia astrolog zabił Bronhildę i czterech towarzyszy. Od tej pory męczy się ona w piekle. Błagała nas o to abyśmy pochowali jej ciało na świętej ziemi. W zamian pomoże nam wyjść. Zaprowadziła nas do miski wypełnionej cieczą przypominającą ropę. Miska otoczona była kręgiem stworzonym przez druidów. Trafiliśmy na dwuosobowy namiot i posiekanego konia. Podczas przeszukania znaleźliśmy kopertę Czerwonej Korony zawierającą mapkę (jak się domyślam do posiadłości astrologa Wintenschlinga). Bronhilda wskazała nam wejście do podziemi. Przywalone było częściowo głazami z czerwoną naroślą. W wejściu widać było ludzkie nogi. Okazało się, że był to jeden z wysłanników CK. Był martwy, ale nie miał obrażeń. Na twarzy miał ślady tej czerwonej narośli. Przestraszyliśmy się choroby. Tylko Igor w dalszym ciągu chciał wejść do środka, więc postanowiliśmy się wycofać. Bronhilda strasznie nas przeklinała i starała się nas zawrócić. Nie złamaliśmy się i wyruszyliśmy "spowrotem". Krążyliśmy. Nagle usłyszeliśmy głosy. Ukazały nam się skaveny. Nabraliśmy je, że chcemy się poddać i zaatakowaliśmy. Igor był bezwzględnie niszczycielski i zabił aż 4 z 6 przeciwników. Potem zebrałem z nich komponenty do eliksirów. W ich obozowisku znaleźliśmy ludzkie mięso - pewnie z drugiego wysłannika CK. Znaleźliśmy jeszcze proporzec zawierający tekst napisany w języku klasycznym. Tekst to był opis astrologa, który wytropił meteor i wyruszył w miejsce gdzie on spadł. (pewnie to tekst tego astrologa Wintenschlinga) . Pod spodem była pieczęć, ale nie wiemy czyja. Potem znowu krązyliśmy, aż zasnęliśmy. Następnego dnia Jan wpadł na pomysł jak wyjść - ułożyliśmy drogę z bełtów i udało nam się opuścić to przeklęte miejsce. Korobret, gdy dowiedział się co tam zrobiliśmy zwymyślał nas - oczywiście wg niego skaveni strzegli aby nikt tam się nie dostał i nie wyniósł stamtąd spaczenia. Był to oddział zwiadowczy i jak przjdzie właściwy oddział, to będzie szukał zemsty. Zaniosłem więc ten proporzec na granicę spalonej ziemi i tam go zostawiłem. Nabrałem jeszcze Bronhildę, że mieszkamy w Norsce, a potem ją zastraszyłem, aby nikomu o nas nie mówiła. Potem wróciliśmy do wioski, potem do Ioana Hossu. Razem z Henrichem Zugiem popłynęliśmy do Zdanar. Tam wezwał nas Ludendorf i ochrzanił za Falandara i Ioana. Otóż Falandar ukradł relikwię Sigmara i zorganizował nowe powstanie - zjednoczył się z Wyzwolicielem, zebrał nowe zastępy Walachów i wypędził wojska Ludendorfa ze zdobytych przez nie terenów. Ioan natomiast przyłączył się do Walachów. Ja przez 10 dni robiłem eliksiry, a reszta druzyny wyruszyła aby przekonać Ioana do zmiany stanowiska. Oczywiście nie udało im się to. Mi z 200 porcji składników udało się zrobić 16 eliksirów zdrowienia, z czego 4 musiałem oddać Ludendorfowi, a 3 inkwizytorowi. Inkwizytor spotkał się z nami i odradził udanie się do Kotliny Gusendar, ponieważ Hildenbryk może być tzw liczem - czarodziejem, który jest tak potężny, że jego ciało nie żyje, jest podtrzymywane magicznie, a żyje jedynie jego umysł. Nie wiadomo jak zabić takiego osobnika i jadąc tam wydalibyśmy wyrok na siebie. Powiedział także aby uważać na Hoga, ponieważ na pewno nie rozmawiał on z Sigmarem, tylko z kimś, kto się za niego podaje. Na razie jednak Hogo robi dobrze - zebrał już kilkanaście halfingów i nawrócił na wiarę Sigmara. Nie można mu jednak do końca ufać. Wysłaliśmy mu więc informację, że w Misce Diabła nic nie ma, że ktoś zabrał cały spaczeń. Potem postanowiliśmy wyruszyć do kotliny Wartenbuch w celu znalezienia lampy.

Wieża Wintenschlinga

Spotkanie z Ludendorfem nie było miłe. Ioana nie udało nam się przekonać i tym samym nie spłaciliśmy długu wobec wodza Ostlandu. Zaproponował nam udział w misji. Otóż budowany jest system komunikacji świetlnej przebiegający przez jego terytorium i blisko granicy z ziemiami baronowej Hildegardy von Ausenchofen budowa jednej z wież sygnalizacyjnych jest przez kogoś sabotowana. Podejrzewa się, że to szpieg baronowej niweczy trudy budowy by wieża u baronowej powstała szybciej niż u Ludendorfa. Zgodziliśmy się na wykonanie tej misji. Podpisaliśmy się w zeszycie ludzi wykonujących misje u Ludendorfa (pewnie był to duży błąd i w przyszłości przyjdzie nam za to zapłacić). Wyruszyliśmy następnego dnia - oczywiście łodzią z Henrichem Zugiem. Podczas podróży zaczęliśmy pić (tak naprawdę to jeszcze przed podróżą). Przestaliśmy pić po 5 dniach - jak już przepłynęliśmy nasz cel - wieżę sygnalizacyjną. Potem Zug dowiedział się od nas, że my z nim nie wracamy. Zdenerwował się na nas bardzo. Gdy dopłynęliśmy do wieży sygnalizacyjnej okazało się, że z budowy ucieka dwóch gnomów. Zawróciliśmy ich i dowieźliśmy do ich szefa. Był nim gnom ... . Przyjął nas na budowę i dzięki temu mogliśmy działać incognito. Nasze działania jednak nie były dość owocne. To chyba przez ten alkohol krążący nam w żyłach. Na budowie działy się dziwne rzeczy - to jakaś deska pękła, to lina się urwała - my nie mogliśmy znaleźć powodu tych rzeczy. Ginęli ludzie i gnomy pracujące przy budowie (jednego z ludzi załatwił Igor). Co noc zastawialiśmy pułapki na porywacza i konfidenta, ale nie udało nam się nikogo złapać. Od samego początku uważaliśmy, że wieża budowana jest na pozostałościach wieży astrologa Wintenschlinga, który zorganizował wyprawę po spaczeń do miski diabła. Pozostałości te to był ścięty stożek ułożony z bloków kamiennych. Gnomy mówiły nam, że w środku nic nie ma. Którejś nocy jednak Jan widział jak jeden z bloczków znika i w dziurze pojawia się jakaś postać. Niestety zaraz zniknęła. Innego dnia Igor widział kogoś nad rzeką, ale nie udało się nikogo złapać. Nie udawało nam się rozwikłać zagadki.

Po naradzie zarządziłem: Jan z Zigfridem sprawdzili znalezione nieopodal groby i ruiny domu, ja i Klaus znaleźliśmy właz do wieży, natomiast Igor polepszył stosunki z pracującą brygadą. Jan z Zigfridem w grobach odnaleźli pierścień (po naprawie i odbiciu w wosku widać, że to pierścień Wintenschlingów). W siedmiu grobach znaleźli także pazur - jakby jakaś człekokształtna istota wykopywała pazurami zwłoki. W jednym ciele na wysokości miednicy znaleźli także coś gumowego i zielonego (nie wiadomo co). Potem odszukali zniszczoną osadę także ze śladami pazurów. Tak jakby coś rozwaliło drzwi i zabiło mieszkańców, natomiast nie ruszyło zwierząt. W czasie kiedy oni dokonywali tych odkryć my przeszukaliśmy pozostałości wieży Wintenschlinga i znaleźliśmy klapę. Niestety nie udało nam się jej otworzyć. Wieczorem porozmawialiśmy z dwoma ludźmi i okazało się, że mieszkają oni nieopodal - w wiosce leżącej dzień drogi od wieży. Zapytani opowiedzieli o "lichu" jakie kiedyś krążyło po okolicy. Porywało ono ludzi. Bało się jedynie owczego łajna. W nocy zastawiliśmy pułapkę przy klapie. Niestety to był kolejny nie udany pomysł, ponieważ w nocy zniknęło z obozu kolejnych dwóch ludzi. Wywołało to panikę. Ludzie odeszli. Potem zaczęły odchodzić gnomy. Pokłóciliśmy się z ich przywódcą, który także odszedł. Zostaliśmy sami. W dzień drążyliśmy otwór w klapie (wydrążyliśmy chyba z 60cm) i budowaliśmy rusztowanie do wejścia z boku wieży. Pierwszej nocy nic się nie wydarzyło. Drugiej był już koszmar. Nocowaliśmy w wieży. Zaczęło się od tego, że Igor nasikał do wydrążonej dziury w klapie. Potem wszyscy się obudzili i mi i Janowi zachciało się siku. Poszliśmy pod eskortą Igora na zewnątrz. Gdy wróciliśmy okazało się, że okiennica przez którą wchodzi się do wieży jest zamknięta. W środku pozostali Klaus i Zigfrid. Gdy udało nam się tworzyć okiennicę w środku był już tylko Zigfrid wymachujący berdyszem. Klausa nie było. Jan i Klaus rzucili udali się na rusztowania a Igor i ja pobiegliśmy nad rzekę (wcześniej widziałem tam ślady stóp z pazurami). Nic tam nie znaleźliśmy. Natomiast "licho" rozwalało po kolei całą drużynę. Najpierw Zigfrida, potem Jana. Igr i ja wróciliśmy na rusztowania. Tam Igor o mało co nie zginął, a ja potrzebowałem dwóch strzałów by zastrzelić wroga. Igor odciął mu głowę. Poczwara miała okropne pazury i zębiska i była bardzo wysuszona (coś jak Gollum, tylko jeszcze bardziej obrzydliwe). Na szyi miała magiczny klucz, który otwierał klapę i wejście w boku wieży. Zanim weszliśmy do środka musieliśmy się wyleczyć. Jan w ogóle już nie żył. (potwór skręcał przeciwnikom kark). Klaus miał przetrącony kark, a Zigfrid spadł z rusztowania i mocno się potłukł. Zaaplikowałem Janowi do krwioobiegu tego zielonego gluta. (wcześniej prowadziłem na nim eksperymenty - rozpuszczał się w alkoholu i moczu, ślina na niego nie działała i woda też. Najbardziej działała na niego krew - w połączeniu z nią zmieniał się w żywą tkankę). Po zaaplikowaniu gluta Jan odżył. Dalej miał złamany kark ale oddychał. Gdy chciałem sprawdzić czy żyje ugryzł mnie w szyję i zaraził glutem. Całe szczęście Igor miał alkohol i wypiłem litra wódki, co sprawiło, że się nie zaraziłem. Jan wszystko pamięta, je surowe mięso, nie lubi alkoholu i co najważniejsze 9zauważyliśmy to później) ma zielone oczy!!!. Następnego dnia weszliśmy do środka budowli. Tam trafiliśmy do pomieszczenia z dziwnymi wzorami geometrycznymi, które sprawiły, że nie byliśmy pewnie. Na początku weszliśmy ja i Igor. Za pierwszymi drzwiami było pomieszczenie alchemiczne w którym stał strasznie zmasakrowany jeden z ludzi pracujących przy budowie. Rzucił się na nas z prośbą o zabicie go. Całkowicie nie zareagował na strzały z pistoletu. Przy pomocy reszty drużyny udało się go poćwiartować i zwłoki przestały się ruszać. W następnym pomieszczeniu znajdował się stwór z bebechami na wierzchu i także cały był ogryziony. Tego także pokonaliśmy. Ilu ich jeszcze tam będzie?

Gdy tak się zastanawialiśmy z drzwi na końcu pomieszczenia wyszło na nas 3 nowych truposzy. Byli o tyle straszniejsi, że ich ciała były starsze niż poprzednich i byli bardziej poodgryzani. Wydałem rozkaz wycofania się. Wszyscy oprócz Igora posłuchali się. Igor ruszył na wrogów, rąbał, ciął i rozwalał (niestety także cenną aparaturę alchemiczną). Niestety jeden z potworów wgryzł mu się w ranę zadając krytyczne rany. Wydałem rozkaz do ataku - będąc najbliżej dobiegłem pierwszy i zamiast nożem poczęstowałem trupy wodą święconą - w imię Sigmara. Podziałało. Wszystkie trupiszcza padły (więcej ich nie było, a każdy z dotychczasowych miał klucz). Udało się uratować Igora. Potem przeszukaliśmy pomieszczenia. Znaleźliśmy w nich księgę z opisem tworzenia ghuli i dotyczącą nekromancji. Okazało się, że nasze "licho" było spokrewnione z Bronhildą z Jałowych Wzgórz. To był tak zwany I Projekt Wintenschlinga. W kolejnym pomieszczeniu znaleźliśmy bibliotekę - ale bez ciekawych pozycji. Kolejny pokój zawierał książki astrologiczne. W tym wyliczenia dotyczące obliczenia trajektorii Morslieba (który przecież jest księżycem nieregularnym - nie wiadomo gdzie się pojawia). W centralnym miejscu znaleźliśmy jeszcze tajemne pomieszczenie - wchodziło się do niego z użyciem dwóch kluczy (po przyłożeniu ściana się obracała razem z osobą, która od tej pory była w tajemnej komnacie). Tam znaleźliśmy jeszcze inne księgi dotyczące astronomii i pamiętnik Wintenschlinga. Dowiedzieliśmy się, że Wintenschling udał się do miasta Kemperbadu, gdzie na spaczeń przygotowana jest magicznie zabezpieczona komnata. W wieży znaleźliśmy jeszcze fiolkę z lekiem na krytyczne rany i pergaminy magiczne. Klaus okazał się znakomitym przeszukiwaczem. Po przeszukaniu wieży wpadłem na pomysł, aby nie czekać na Ludendorfa i odesłać część drużyny do Hoga. Wyruszyli więc Jan, Igor i Klaus. Zigfrid poszukał jeszcze w okolicy czy nie ma gnomów, ale nikogo nie znalazł. Poczekaliśmy więc we dwóch na wysłannika Ludendorfa. Ten przybył z gnomami, pojmali nas i przesłuchiwali. Chcieli znaleźć winnego. Gdyby był z nami Jan, to na miejscu byłby osądzony i skazany na śmierć (dowiedzieliśmy się, że Jan podobno kiedyś zgwałcił i zabił dwie kobiety). Poza tym trzeba było wskazać na członka drużyny, który zawinił - łatwo oczywiście było wskazać na kogoś kogo nie było. Musieliśmy to zrobić, bo przygłupi wysłannik Ludendorfa nie chciał słuchać żadnych tłumaczeń. Dopiero po wskazaniu winnego mogliśmy mu pokazać przyczyny zniszczenia wieży. Był pod dużym wrażeniem. Załagodziłem więc sytuację i wszystko już było dobrze. Udaliśmy się do Ludendorfa. W Zdanarach dowiedziałem się, że Emerić opuściła szpital i gdzieś wyruszyła. Udało mi się także po raz drugi wykuć serce w świątyni Sigmara i z jego pomocą rzucić nałóg!!! Jestem coraz bardziej przekonany o tym, że Sigmar jest wszechmocny. Potem wyruszyliśmy do Hoga, gdzie spotkaliśmy resztę drużyny. Hogo nasłał na Perdsburg inkwizytora - Bernarda Gui. Ten spalił przykładowo 6 najbardziej zniekształconych osób za czary. Hogo porobił w całym mieście tabliczki wielbiące Sigmara. Ale to nie jedyne działania Hoga - zebrał już i nawrócił na swoją wiarę z setkę halfingów. Dziwne w Hogu jest także to, że w nocy wyłazi na wzgórza i potem wraca z obłędem w oczach. Ponadto Hogo wyleczył całą drużynę. Przezimowaliśmy więc w tym sympatycznym miejscu. Wszyscy trenowali, a ja zrobiłem dla Jana innowacyjną protezę - z wymiennymi końcówkami (jak się sprawdzi to dorobię inne) - jedna w kształcie dłoni, a druga zawierająca dwustrzałowy pistolet strzałkowy. Ulepszyłem jeszcze w genialny sposób mój muszkiet - dorobiłem mu lunetę, co mi wyszło znakomicie. Wcieliłem jeszcze w życie plan uśmiercenia Jana - zainscenizowaliśmy śmierć po długiej chorobie, czyli w wyniku ran odniesionych w wieży. Jan ma szansę narodzić się na nowo. Najlepsze jednak spotkało nas na koniec - Hogowi udało się ożywić Józefa. Józef dołączył do nas i odebrał miecz Kordiał Hogowi. Od tej pory Hogo zmienił się na lepsze - to był znowu dawny wesoły Hogo - nawet przekonał się do mojej osoby.

Kemberbard

Triada uzyskała nowe logo. Poza tym powstał Kodeks Triady i Przysięga członkowstwa. Te trzy nowe rzeczy zostały zaakceptowane przez wszystkich członków Triady. Przysięgę złożyli wszyscy. (Z przysięgi po sprzeciwie najpotężniejszego herosa, czyli Józefa, został usunięty punkt: "być odważnym i nie lękać się w obliczu wroga"). Po przezimowaniu u Hoga postanowiliśmy w końcu wyruszyć. Wpadliśmy na wspaniały plan. Karmazynowy Król (Plotyn) jest zagrożeniem Imperium, które możemy zgładzić. Wiemy, że przesiaduje on w jaskini, gdzie kiedyś została wykopana lampa. Lampa służy mu do swobodnego przemieszczania się. Dzięki lampie może on zmienić postać z niematerialnej (astralnej - z innego świata) na materialną. Lampa napędzana jest na spaczeń, którego obecnie prawdopodobnie Karmazynowy Król nie ma. Jeżeli zmodyfikowalibyśmy lampę aby robiła coś odwrotnego, to będzie usuwała z tego świata postaci niematerialne. Hogo ma się dowiedzieć jak to zrobić. Należy się z tym pośpieszyć, ponieważ w górach źle się dzieje - nowy Wyzwoliciel Falandar zebrał do siebie już 60 elfów, sprzymierzył się z zielonoskórymi i stawia opór Ludendorfowi. Zabicie Karmazynowego Króla położyłoby kres tej krwawej wojnie. Musimy zdobyć spaczeń, a aby tego dokonać postanowiliśmy wyruszyć śladami Wintenschlinga. Aby zdobyć środek transportu udaliśmy się do Zdanar. Tam urządziliśmy potężną imprezę - festyn - na imieniny Henricha Zucha. Przebaczył ona nam nasze winy. Następnego dnia zabraliśmy go i jego rodzinę na wystawny obiad. Tak go zmanipulowaliśmy, że sam nam zaproponował podróż do Kemperbardu :) Transport mieliśmy gotowy. Wyruszyliśmy dwa dni później. Na ziemiach Ludendorfa trafiliśmy na dziwną sytuację. Przy śluzie stała budka strażnicza. Ja swoją lunetą zobaczyłem, że znajduje się w niej z 6 osób, a jak dopływaliśmy, to 5 osób się schowało. Pewnie to była pułapka. Jednakże nakrzyczeliśmy na tego strażnika i nas puścił dalej. Potem ostrzegliśmy napływające z naprzeciwka statki. Popłynęliśmy dalej. Płynęliśmy w składzie: Erfind, Jan, Zigfrid, Igor, Klaus, Józef. Po tygodniu dopłynęliśmy do Talabhein, gdzie Zigfrid wygrał fortunę w grę kośćmi zwaną dwunastka. Klaus za to stracił 18 koron. Zapłaciłem jeszcze bardowi, aby ułożył pieśń o Triadzie i popłynęliśmy dalej. Na rzece trafiliśmy na wolno płynącą łódź. Na pokładzie znajdowało się 5 osób - 4 mężczyzn i kobieta. Kapitan wraz z kobietą poprosili nas o pomoc - dwóch członków załogi zachorowało na dziwną chorobę. Kapitan rozpoznał w nas drużynę Triady, co nas zobowiązało do pomocy. Dwóch chorych leżało pod pokładem. Oddech mieli nierówny i byli cali mokrzy. Do całej sprawy podeszliśmy niezwykle ostrożnie. Po ich przebadaniu okazało się, że mają na szyi ślady jakby ugryzienia. Jednakże nikt na pokładzie nie był wampirem (sprawdziliśmy odbicie w lustrze - zbroi Błyszczącego). Kapitan wygadał się, że przewożą skrzynię jakiegoś tam barona, który żył 300 lat temu. Zeszliśmy pod pokład. Znajdowała się tam potężna zapieczętowana i obwiązana łańcuchami skrzynia. Zigfrid uszkadzając berdysz rozwalił jedną kłódkę. Drugą już udało nam się otworzyć. Złamaliśmy pieczęcie i otworzyliśmy skrzynię. W środku znajdowały się dwie trumny. Wampiry jak nic. Kapitan powiedział, że znajdowali szczury bez krwi, a potem wszystkie szczury uciekły. Wydostaliśmy większą trumnę na pokład. Otworzyliśmy na światło. Nic. W środku tylko ziemia. Ale podobno wampir jak się przemieszcza z to musi mieć ze sobą ziemię. Wydobyliśmy drugą trumnę. Po otwarciu w środku ukazała nam się leżąca dziewczynka. Zamknąłem trumnę. Należało przemyśleć całą sytuację. Jednakże znowu przeważyła gorąca krew i Zigfrid otworzył trumnę i zestruganym przez kapitana łodzi kołkiem zabił wampira. Józef odciął mu głowę piłą. Dwaj ugryzieni odżyli. Zwycięstwo było nasze. Nagroda za zabicie wampira grasującego w okolicy także. Spłynęły się statki. Trumny zanieśliśmy na dół. Inni kapitanowie chcieli zobaczyć zwłoki ale po ciele został tylko popiół. Ja zabrałem sobie go trochę do zbadania. I wszystko by było dobrze gdyby Józef nie zobaczył jak kapitan puszcza oko do kobiety. Zaczęliśmy w końcu analizować. Na trumnie były ślady jakby ktoś wyciągnął ciało. Znaleźliśmy je w skrzyni na dole. Dziewczynka miała źrenice jakby była odurzona podczas śmierci. Załoga tego statku nie wyglądała na marynarzy - byli zbyt chudzi i wątli. Jeden z przybyłych ludzi rozpoznał w nich komediantów. To było oszustwo! Spławiliśmy innych kapitanów i marynarzy i wyjaśniliśmy sobie całą sprawę z kapitanem tego statku. Przyznał się do oszustwa, ale stwierdził, że jak ich wydamy to oni zostaną posądzeni za oszustwo, a my za morderstwo. Postanowiliśmy się po prostu rozejść i zniesmaczeni popłynęliśmy swoją drogą. To była nauczka. Więcej nie będziemy odrywali się od naszej głównej misji. Dość nabierania się na rzeczne pułapki.
Płynęliśmy dalej. Jednego dnia trafiliśmy na rybaków siłujących się z siecią zanurzoną w wodzie. Podpłynęliśmy do nich i Igor zeskoczył na ich łódkę powodując, że jeden z rybaków wypadł do wody. Drugi nie miał siły utrzymać sieci i ta zniknęła w wodzie. Podobno w sieci był duży sum. Ja jeszcze chciałem go zastrzelić, ale nie udało mi się to. Kolejna brawurowa akcja Triady. Igor zapłacił za straty i popłynęliśmy dalej. Jeszcze raz powiedziałem - koniec zatrzymywania się i ingerowania w jakiekolwiek rzeczy na rzece!!! Po jakimś czasie dotarliśmy do kolejnej przeszkody - łodzie zatrzymane zostały na rzece przez patrol strażników. Przez lunetę zobaczyłem, że są przez nich przeszukiwane - strażnicy czegoś szukali. W momencie gdy patrzyłem Igor wyłowił z wody pływającą dziewczynkę, która go poprosiła o schowanie pod pokład. Strażnicy w końcu dopłynęli do nas i spytali nas czy nie widzieliśmy 13letniej dziewczynki - córki burmistrza miasta obok którego niedawno przepływaliśmy. Prawdopodobnie porwana została przez wyznawców Slaanesha, którzy oddają się uciechom miłosnym. Nazwa tego okropnego boga podniecająco wpłynęła na Klausa, który z tego powodu musiał zmienić bieliznę jak również na Igora, który się jednak opanował. Wiele koron musieliśmy zapłacić, aby strażnicy nie zeszli pod pokład. Ja jeszcze dałem ich przywódcy strzelić z mojej super broni i w końcu sobie popłynęli. No i się zaczęła kłótnia. Igor miał wytłumaczenie dlaczego ratował dziewczynę - jego 13letnia córka została zgwałcona i zabita i te dziecko z nią mu się skojarzyło - dlatego ją wciągnął na pokład.(Korekta - Igor nie tłumaczył się w ten sposób. Po prostu przypłynęła dziewczynka wpław to ją wciągnął, a na pytanie do dowódce czy się zgadza, ten nie interesując się faktem udzielił przyzwolenia ruchem ręki.) Dziewczyna wyjaśniła nam, że uciekła z domu, bo tam nikt się nią nie zajmował. Chce ona zostać cyrkowcem i chodzić po linie, dlatego potajemnie płynęła łodzią z cyrkowcami. Postanowiliśmy jej wybić ten plan z głowy i pokazać jak okrutny jest stary świat. Zaczęliśmy się "źle" zachowywać, ale to jeszcze pogorszyło sprawę, bo zaczęła krzyczeć. Igor zatkał jej buzię bułką, a ja ją nastraszyłem. W wyniku tego mało nie umarła z braku tchu. Całe szczęście Igorowi udało się przywrócić jej dech. Postanowiliśmy naradzić się w jaki sposób odstawić ją do domu. Planów było kilka. W końcu Igor się obraził i powiedział "róbcie co chcecie ja umywam ręce i poszedł sobie". Przez cały czas Klausowi zależało aby zostać z dziewczyną w samotności - zwracał nam na to uwagę Igor. W końcu wybraliśmy plan Klausa. Otóż Klaus powiedział, że dzień drogi stąd ma przyjaciela, który winny jest mu przysługę. Dostarczy do niego dziewczynę, której wcześniej poda opium, tak aby jej się wydawały różne rzeczy i aby potem opowiadała bzdury. Przyjaciel ma dostarczyć dziewczynę do jej ojca. Plan był dobry. Wysłałem z Klausem Jana. Rozkazałem aby nie zrobili jej żadnej krzywdy. Po dwóch dniach wrócili i powiedzieli, że wszystko załatwione. I wtedy Igor znowu miał jakieś wątpliwości. Rzucił podejrzenie na Klausa, że ten wykorzystał seksualnie dziewczynę. Okazało się, że Jan nie był z nimi przez cały czas i wtedy to mogło nastąpić. Następnie były kłótnie i obrażania się. Jak zwykle okazało się że dowództwo nie ma zaufania do członków drużyny atakując i oskarżając bezpodstawnie Klausa, który jako jedyny podjął się jakichkolwiek działań aby rozwiązać problem dziewczynki. Drużyna chwilowo się rozpadła. Następnie Igor porozmawiał w 4 oczy z Klausem. Nikt oprócz nich nie wie o tej rozmowie. Klaus przyznał się, że nie miał żadnego znajomego i że podrzucił dziewczynę pod jakąś nieznaną wioskę. Wracając do przygody, to możemy w drodze powrotnej mieć przesrane. Nie muszę jeszcze wspominać, że Henrich Zuch znowu na nas się wkurzył. Popłynęliśmy dalej. Dotarliśmy do Kemperbardu. Miasto otoczone jest murami. Typowe miasto handlowe będące rajem dla kupców. Oddaliśmy towary do oclenia. Henrich Zuch rzucił się w wir interesów, a my zaczęliśmy rozpoznanie. Zatrzymaliśmy się w karczmie. Ja w ratuszu odnalazłem informację o tym, że Wintenschling przepływał tędy w 1918 roku, a 12 dni po nim przepływała jego żona z ołowianą skrzynią. Popłynęli do zamku Wittgenstein. Zaznaczony on był na naszej mapie. Znalazłem także informację, że obroty handlowe z baronią Wittenschlingów obecnie wynoszą 0,5% tego co w roku 1930. Klaus dowiedział się od przewoźników, że to miejsce jest przeklęte i nikt tam nie chciał nas zawieźć. Ostatecznie Henrich Zuch zgodził się nas tam zawieźć na ładownej, ale pod warunkiem, że zrobi tam dobre interesy. Jakby mu nie wyszło, to my zrezygnujemy z pieniędzy, które mu daliśmy. W mieście odnalazłem także informację o tym, że ołowianą skrzynię w 1918 roku dostarczyła tu firma przewoźnicza 4 pory roku. Poszperałem więcej i dowiedziałem się, że statek przewożący ten ładunek stał się przeklęty i został spalony 2 lata później .Powodem było to, iż 12 członków załogi wypadło za burtę i zaginęło, a 14 popełniło samobójstwo. Będziemy musieli uważać na ten ładunek.

Zamek Wittgestein

Wyruszyliśmy ładowną z Henrichem Zuchem. Gdy dopływaliśmy do celu przyroda zmieniła się na chorą. W wodzie pływały jakieś dziwne stworzenia. Widzieliśmy także jakąś rękę wystającą z rzeki. Wszystkie statki płynęły lewą stroną rzeki omijając prawy brzeg. Nawet szlak lądowy na wysokości zamku i leżącej opodal wioski oddalał się od rzeki (był po drugiej stronie rzeki niż zamek). Przybiliśmy do przystani znajdującej się w wiosce (zamek jest około pół godziny drogi od wioski i wygląda bardzo imponująco). Wioska to ruina składająca się z kilku-kilkunastu domów. Naprzeciw nam wyszli bardzo schorowani i wyniszczeni aczkolwiek cieszący się na nasz widok ludzie prosząc o jałmużnę i jedzenie.
Wioska to dawne miasto Wittengsdorf. Jej mieszkańcy byli otumanieni i zniechęceni do życia. Mieli na ciele miejsca po obciętych kończynach w miejscach, gdzie te kończyny nie powinny się znajdować. Byli osłabieni i nie do życia. Byliśmy świadkami, jak jeden wieśniak walczył z psem i o mało pies go nie zagryzł - Igor mu pomógł. Widzieliśmy także niemowlaka, który miał na brzuchu jakieś odnóża. Przez cały czas chodziła za nami grupka wieśniaków błagając o jedzenie. Udaliśmy się do miasta (położone jest na klifie). Gdy doszliśmy do niego naszym oczom ukazała się piękna kobieta siedząca na koniu - lady [[Margaret Wintenschling]. Jej uzbrojeni strażnicy obcięli rękę jednemu wieśniakowi, a drugiego ogłuszyli i zabrali ze sobą. opatrzyliśmy biedaka bez ręki, ale ręki już nie znaleźliśmy. Pochodziliśmy po mieście, które było w katastrofalnym stanie - zapuszone, rozpadające się i stanowiące cząstkę tego obszaru co za czasów świetności. W karczmie "Pod Spadającą Gwiazdą" trafiliśmy na pierwszego człowieka, z którym można było w miarę normalnie porozmawiać. Dowiedzieliśmy się, że tu nikomu nic się nie chce. Uzyskaliśmy także informacje o wydarzeniach sprzed 46 i 6 lat. 46 lat temu Dagmar Wintenschling odparł atak skavenów i przypłacił to życiem. Skaveni i zwierzoludzie atakowali te ziemie od momentu powrotu Dagmara Wintenschlinga z wyprawy do gór środkowych. Dagmar został mianowany Obrońcą Imperium. Dowiedzieliśmy się, że 6 lat temu z kierunku zamku zobaczono czarny dym. Niedługo potem piorun trafił kura dachowego, który spadając z dachu śmiertelnie przebił kapłana Sigmara. Od tej pory świątynia stoi pusta. Z karczmarzem umówiliśmy się na dzień kolejny na targ i poszliśmy do świątyni. Tam doznaliśmy oświecenia od Sigmara. Przeczytaliśmy pergamin znajdujący się na ołtarzu i dostaliśmy misję (chyba od Sigmara) aby zabrać stąd zło (spaczeń). Jak się dowiedzieliśmy na tych ziemiach kiedyś Sigmar pokonał hordy zwierzoludzi. Jakiś czas temu tutaj zasłynął Zigfrid von Kiesling, który swoim mieczem ...(Belladonną?? nie pamiętam ) powstrzymywał zwierzoludzi, aż do momentu odsieczy, a sam poległ. W świątyni znaleźliśmy tajne przejście do podziemi (naszą uwagę zwrócił kryształ, który się świecił nie paląc się). Tam znaleźliśmy wnękę z ciałem Kieslinga. Miecz prosił abyśmy go wzięli. Józef podjął się tego, ale miecz kazał mu zostawić Kordiał. Józef przekazał go mi. Miecz się buntował, ale go do siebie przekonywałem i gdy sukces był bliski zastanowiłem się co robię i zrezygnowałem. Kordiał trafił do Jana, który jest jego Panem. Wracając do świątyni, to była ona przez kogoś przeszukana. Ciała w kryptach miały roztrzaskane kości jakby ktoś wyjadł z nich szpik. Ja przestudiowałem zapiski kapłana Sigmara. W tym czasie Jan spotkał trzech chudych i nagich mężczyzn. Nie byli oni zniekształceni jak reszta. Nie smakowało im normalne jedzenie. Chcieli Jana zaprowadzić do miejsca gdzie mają jedzenie - prowadzili do wydrążonego w podziemiach tunelu, ale Jan w końcu uznał, że to pułapka i się wycofał. Potem tych ludzi było 6. Mówili jeszcze, że ostatnio jedzenie podkrada im niejaki Włosek. Po tych dokonaniach udaliśmy się do karczmy. Karczmarz przygotował nam pokoje, ale rozczarowaliśmy go i wróciliśmy na łódkę. Ustaliliśmy jeszcze, że jutro będzie targ. Na łódce mieliśmy kłótnię z Henrichem Zugiem, który chciał odpływać, a my chcieliśmy zostać. Następnego dnia poszliśmy do zamku Wittgenstein. Wyglądał on przerażająco, łącznie z wisielcami i skazanymi na śmierć głodową ludźmi. Strażnicy potraktowali nas bardzo brzydko, więc Igor im w swoim stylu brzydko odpowiedział, a oni go zastrzelili z kusz. Tzn prawie zastrzelili, bo użyliśmy eliksiru na poważne rany z wieży Wintenschlinga. Jednak nie uleczył on wszystkich obrażeń zadanych przez 4 bełty i Igor pozostał w stanie krytycznym. Od strażników dowiedzieliśmy się, że w mieście jest lekarz. Zostawiłem jeszcze listę produktów Henricha Zuga dla lady Margaret i wróciliśmy do miasta. Tam trwał jarmark. Udaliśmy się do lekarza - Jeana Russo. Mieszkał w jedynym zadbanym domu w mieście. W pierwszym momencie wydał się bardzo mądry. Przedstawił się jako doktor medycyny, który leczy z dziwnej choroby tutejszych ludzi. Powiedział, że ma tajemne lekarstwo, które uzdrowi Igora. I zaczął go leczyć. Gdybym mu nie pomógł to Igor od razu by zmarł. Wtedy się zorientowaliśmy, że ten typ coś kręci. Wlał w Igora dwa litry tego lekarstwa. Gdy Igor zaczął umierać zaczęliśmy straszyć Jeana. Ale się nie złamał. Złamał się dopiero jak Józef znalazł w piwnicy dziwny czarny proszek i wydrążony tunel oraz martwe ciało. Jean przyznał się, że tak naprawdę nie wie co robi - lady Margaret dała mu ten proszek, kazała rozrabiać z bimbrem i dawać wieśniakom. Od tego wieśniacy czuli się lepiej. Igor umierał. Kolejny wlany mu do gardła trunek nie zadziałał. Postanowiłem, że zabierzemy go do świątyni. Tam Igor przeczytał tekst z pergaminu i został cudownie ozdrowiony przez Sigmara.
Gdy wyszliśmy ze świątyni zobaczyliśmy Henricha Zuga i strażników z zamku. Okazało się, że rekwirują oni Ładowną z całym ładunkiem. Przeciwników było 20 więc nie podjęliśmy walki. Ich sierżant zabrał mi jeszcze jeden z moich pistoletów, a chciał zabrać mi jeszcze mój muszkiet. Zyskaliśmy wroga - Henricha Zucha, który jest załamany i chyba dlatego, że jest w głębokim szoku od tej pory wszędzie chodził z nami. Udaliśmy się do Jeana Russo. Tam go torturowaliśmy, ale niczego konkretnego się nie dowiedzieliśmy. Igor znowu najpierw coś zrobił a potem pomyślał - otworzył naczynie z czarnym proszkiem - 3 ziarenka wyleciały na zewnątrz i nastąpił wybuch w kształcie grzyba. Rzuciło nas na ściany, ale przeżyliśmy. Igorowi było mało i poszedł walczyć z aparaturą służącą do robienia bimbru - rozwalił wszystko wraz z zapasami alkoholu. Nie wiadomo jak ludzie uzależnieni od tego specyfiku zniosą jego brak. Po wybuchu ciało leżące na stole zaczęło się ruszać. Zigfrid je porąbał. Następnie weszliśmy do wydrążonego tunelu. Pierwszy szedł Igor, ale się rozmyślił i musieliśmy wyjść i zmienić szyk. Tunel wydrążony został przez Skavenów. W jednym miejscu trafiliśmy na pomieszczenie z kośćmi szczurzoludzi. Czołgaliśmy się tunelami i w jednym z nich Zigfrid został zaatakowany przez niedźwiedzioskunksa. Dostał w głowę śmierdzącym płynem i zemdlał. Musieliśmy się wycofać do pomieszczenia. Tam spotkaliśmy wychudzonych wieśniaków - tych co byli w świątyni. Chcieli jeść, więc im powiedzieliśmy, że u Jeana leży ciało. Zadowoleni poszli po jedzenie i jak się potem okazało zjedli też Jeana. Dowiedzieliśmy się od nich, że w tunelach nic nie ma i nie prowadzą one do zamku. Józef stwierdził, że musimy udać się do wieży Wittenschlinga. Poszliśmy więc. Natura w okolicy wieży chorowała jeszcze bardziej. Wokoło wieży był krater o średnicy 200 metrów. Do ruin poszli Igor, Józef i Klaus. Podstawa wieży wyglądała tak jak wieży w Hochlandzie. Chłopaki odgruzowywali kamienie i nagle zdali sobie sprawę, że jest ich czterech. Czwarty był różowy potwór - Strachulec, dla którego odgruzowywanie było zabawą. Igor zaatakował (oficjalnie to strachulec pierwszy zaatakował). Trafił, jednak ostrze przeszło przez niematerialne ciało demona nie robiąc mu krzywdy. Strachulec oddał Igorowi raniąc go i zadowolony odskoczył. Dla niego była to zabawa. Być może nie byłoby walki, gdyby Józef nie zaatakował Barracullą. I tak zaczęła się nierówna walka. Jeszcze ja dobiegłem i dostałem od strachulca ogniem - magiczny ogień przechodził przez zbroję i ubranie i zatrzymywał się na ciele. Strachulec został jednak pokonany. Zamienił się w dymek z którego pojawiły się dwa niebieskie strachulce. O ile tamten był radosny, to te były wkurzone i agresywne - pogadać się nie dało. Jeden z nich został pokonany i w jego miejsce pojawiły się dwa zielone zdołowane strachulce. Jeden z nich zginął i już nic się z niego nie pojawiło. Z racji, że mogliśmy je ranić tylko Barracullą ostro dostaliśmy i się wycofaliśmy. Igorowi poleciała z nosa spieniona czarna krew. Włosy nam zaczeły wypadać - to pewnie od napromieniowania. Nie wiedzieliśmy co robić. Przeczytałem w książce Babuni M, że strachulca nie da się zabić - można je tylko odesłać do innej strefy egzystencji. Tragedia. Znowu bezsilność. Podczas całej tej akcji udało nam się z nimi porozmawiać. Okazało się, że są demonami Tzeentcha - pana przemian. Nie wiadomo po co zostały tu zesłane, ale w wieży tej nie ma spaczenia. Jest on w zamku i strzeżony jest przez demona lepszego niż strachuec, który jest zaledwie pomniejszym demonikiem. Stwierdziliśmy, że ten demon może kłamać i postanowiliśmy dokończyć sprawę. Znaliśmy imię jednego z nich, ale nie mieliśmy pojęcia jak to wykorzystać. Pomyśleliśmy i zastawiliśmy pułapkę - Józef poszedł od tyłu a my (Erfind, Klaus i Igor) wystawiliśmy się zielonemu strachulcowi. Plan się nie udał, ponieważ strachulec ruszył w naszą stronę i zaczął nas gonić - konkretnie mnie. Zostałem po raz wtóry poparzony i uciekałem i uciekałem. Józef podjął walkę z niebieskim i go zabił, ale pojawiły się dwa zielone i ten trzeci zielony zaszedł Józefa od tyłu. Józef przegrał - jeden z dwóch pozostałych przy "życiu" przeciwników wyrwał mu serce. Potem Klaus zaczął walczyć i Igor też, ale Barraculla nie pozwoliła im się opanować i nie stanowiła już groźnej broni. Sytuacja była krytyczna i wtedy Jan użył Kordiału. Ten zabił demony i wessał ich moc. Miecz musiał jeszcze kogoś zabić. Wszyscy uciekaliśmy, ale Kordiał dorwał Klausa wbijając mu się w plecy.
Następnie Kordiał chciał zabić jednego z nas. Zabił Igora. Ogłuszyłem Jana i zobaczyłem, że z ciał zabitych wychodzą strachulce. Zabiły one Jana, a potem mnie. Obudziliśmy się wszyscy w piwnicy i Jeana Russou. Igor w ręku trzymał fiolkę ze sproszkowanym spaczeniem. Wszyscy mieliśmy ten sam sen i wydawało nam się, że przed chwilą umarliśmy. Związaliśmy Jeana i postanowiliśmy rozejżeć się po miasteczku. Przez cały czas mieliśmy dziwne wrażenie deja vu. Widzieliśmy jak do miasta przyprowadzeni zostali siłą przez strażników nowi mieszkańcy. Potem strażnicy ich pobili. Dowiedzieliśmy się, że w lasach są banici sprzeciwiający się władzy i panowaniu Wittenschlingów. Igor wraz z Józefem udali się do młyna, gdzie zostali umówieni z banitami. Przeszukaliśmy ruiny ratusza, ale niczego tam nie znaleźliśmy. Znalazłem jeszcze łódkę i zacząłem ją remontować - podobno nasza Ładowna została zabrana do zamku za śluzę. Poza tym Józef stał się przywódcą żebraków. Wieczorem Jan sprawdził, że w piwnicy Jeana jest dobijany targ - któś bieże od niego butelki z siwuchą i płaci pieniędzmi i wisiorkami. Potem okazało się, że byli to zwierzoludzie. Przespaliśmy się wszyscy w karczmie razem z uwięzionym Jeanem. Rano jak zeszliśmy na dół, to zobaczyliśmy, że strażnicy przesłuchują ludzi w celu zebrania informacji o banitach. Nikt nie chciał im pomóc więc powiesili jednego staruszka. Potem Jean zawołał ich aby mu pomogli i zaczęła się walka. Zabiliśmy 3 strażników i uciekliśmy. Dobiegliśmy do lasu i spostrzegliśmy się, że nie ma z nami Henricha i Zigfrida. Strażnicy złapali ich i szantażowali nas abyśmy się poddali. Nie zrobiliśmy tego, więc na polecenie sierżanta i Jeana Russou podcięli gardła naszym przyjaciołom. Ruszyliśmy na nich. Mi nie udało się uratować/uleczyć przyjaciół. Igor, Klaus, Jan i Józef ruszyli w pościg za strażnikami. 4 za 7. W sumie zabiliśmy z 9 strażników, jednak reszta uciekła. W lesie pokonana także została grupka zwierzoludzi. Jak wróciliśmy to ciał naszych przyjaciół nie było. Ciało Henricha znaleźliśmy w domu nowo sprowadzonych ludzi. Ciała Zigfrida nie było.

Atak na zamek Wittenschlingów

Ciało Zigfrida, a raczej jego resztki znaleźliśmy w świątyni Sigmara w kryptach. Pomieszczenie pełne było krwi na widok której zakręciło nam się w głowach. Obudziliśmy się po raz drugi z koszmarnego snu. Znajdowaliśmy się w piwnicy i Jeana Russou. Igor trzymał w ręku fiolkę. Powiedział że wydawało mu się że śnił. Znowu wszystkim to samo się śniło. Zigfrid spytał co z nim się działo bo nie pamięta. Jak powiedzieliśmy, że zginął to odpowiedział, że dziwnie się czuje. Henrich tak samo. Potem powiedzieli żeby ich ratować. Wróciliśmy spowrotem do pomieszczenia ze szczątkami ciała Zigfrida. Tym razem tylko nam się wydawało, że wszystko nam się wydawało ;) Postanowiłem ukarać ludzi jedzących szczątki. Niestety pułapki zastawione na tych ludzi nie zdziałały i udało im się od nas uciec. Udaliśmy się więc na spotkanie z banitami. Do banitów zaprowadziła nas kobieta z młyna. Szliśmy z godzinę i doszliśmy do miejsca, gdzie przyroda nie chorowała. Tam na polanie byli banici - 20 osób w tym młodzieńcy i kobiety. Nie wyglądali na wojowników. Ich przywódczynią była kapłanka Taala Zigrid. Dowiedzieliśmy się od niej, że w lasach jest wielu zwierzoludzi i ciągle pojawiają się nowi nadciągający z całego imperium. Ich przywódcy spotykają się z Wittenschlingami. Dowiedzieliśmy się także, że do zamku prowadzi tajemne przejście. Kapłanka zaprowadziła nas do niego, ale jak powiedziała żaden z jej ludzi tam nie wejdzie bo to przeklęte i straszne miejsce. Postanowiliśmy, że my wejdziemy i spuscimy im linę z murów. Gdy już postanowiliśmy wchodzić do tunelu przybiegł do nas jeden z jej ludzi i powiedział, że strażnicy idą na polanę. Postanowiliśmy zastawić na nich pułapkę. Jako wrogów mieliśmy dwa oddziały strażników prowadzone przez dwóch szczuroludzi. Razem z 22 osoby. Zwiadowca banitów o imieniu Jan zaproponował, że zaprowadzi nas do miejsca gdzie można zastawić pułapkę. Gdy doszliśmy do celu okazało się, że tam już była pułapka ale zastawiona na nas, a ten Jan nas zdradził. Nierówną walkę przeżyliśmy my, kapłanka i 3 rannych banitów. W lesie było pełno wrogów, więc udaliśmy się do tajemnego wejścia. Tam nikt nie chciał iść pierwszy. W końcu udało się przekonać Jana i dałem mu jeszcze miksturę na widzenie w ciemności. Szliśmy/czołgaliśmy się korytarzami. Trafiliśmy na wstrętne krzaczory, które nas poraniły i zabiły jednego z ludzi kapłanki. Potem jednego z ludzi kapłanki zabił stwór - ni to pojąk ni to człowiek. Zabiliśmy go. Potem trafiliśmy na grzyby wydzielające pyłki. Przeszliśmy po nich po kocu i ubraniach (nie ma to jak koc). Potem korytarz przecinała rzeczka. Można było tą rzeczką pójść z biegiem wody lub pod prąd, ale nie zrobiliśmy tego. Przeskoczyliśmy ją i poszliśmy dalej. Dotarliśmy do sześciennej komnaty. Tam były tajemne drzwi prowadzące do stodoły wewnątrz zewnętrznego zamku. Główny zamek od części zamku w której wyszliśmy oddziela baszta, przez którą trzeba przejść. Nie mieliśmy pomysłu jak się przedostać do głównego zamku, więc postanowiliśmy, że będziemy nękać ludzi tego miasteczka. Aby zasiać zamieszanie postanowiliśmy otruć strażnika. W tym celu przygotowaliśmy truciznę. Do butelki z wódką wlaliśmy truciznę, przylepiliśmy karteczkę pisaną pajęczym pismem z napisem "Dla moich walecznych żołnierzy", a z drugiej strony kartki napisaliśmy "Zginiecie wszyscy". Porwaliśmy pijanego żebraka i Józef w jego stroju poszedł podłożyć butelkę. Strażnik ją wypił i zrobił się harmider.

Poszliśmy spać. Wszystkim nam śnił się ten sam sen. Otóż widzieliśmy trzyosobową szachownicę z polami w kształcie trójkątów. Graczami byli mężczyzna z brodą (Sigmar), osobnik przypominający szczura, oraz postać przypominająca upierzonego ptaka (Pan Przemian - Tzeenth). Nad szachownicą unosiła się w powietrzu kula spaczenia - nagroda za zwycięstwo. Na szachownicy pojawiały się różne postacie np Wintenschling, zwierzoludzie, skaveni, Margaret Wintenschling, oraz Triada. Była tam też figurka zamku Witenschling. Zamek przechodził z rąk do rąk - zmieniał się jego kolor (raz był normalny, raz zielony). Gracze grali wiele lat, aż któregoś razu ze środka zamku zaczęły wychodzić czarne macki. Trzej bogowie panicznie się ich przestraszyli. Czarność opanowała zamek. Dziwne było jeszcze to, że kolor Triady także się zmieniał - był zielony i czarny. Gracze grali dalej. Wszystko się zmieniało i nie wiedzielismy co jest prawdą, a co fałszem. Widzieliśmy jak dołączył do nas Janek, strażnik dróg, którego uratowaliśmy podczas podróży. Potem razem z banitami wpadliśmy w zasadzkę i uciekliśmy do tajemnego przejścia. A potem... Potem się obudziliśmy. Mieliśmy wrażenie, że minęło wiele czasu. Nie byliśmy pewni co jest prawdą, a co nie. Powoli do nas zaczęło docierać, że jesteśmy pionkami w tej grze. Razem z nami nie było już Zigrid . Był za to Janek, oraz Waldemar (banita), oraz żebrak z zamku, którego wcześniej porwaliśmy. Zmutowany żebrak nazywał się Karl i był radcą miejskim z Wittensdorfu. Dowiedzieliśmy się od niego, że ma świętego graala (zgniłe jabłko rzucone przez Lady) i chce dostać się do nieba (na zamek główny). Lady Margaret co pewien czas zabiera ludzi do nieba i nikt z nich jeszcze stamtąd nie wrócił. Dowiedzieliśmy się gdzie mieszkają strażnicy i kapitan, który już długo się na zamku nie pokazuje. Zjedliśmy cebulę Waldemara i udaliśmy się do Wittensdorfu po pomoc i zbroję strażników. Po drodze widzieliśmy ślady bitew pomiędzy zwierzoludźmi i skavenami. Słyszeliśmy odgłosy walk, aż w końcu natrafiliśmy na idący drogą oddział - 600 zwierzoludzi. Schowaliśmy się. Oddział przeszedł, ale jeden ze zwierzoludzi (z długim węszącym ryjkonoskiem) wywęszył zapach cebuli ;) . Całe szczęście Józef zabił go Barraculą. Poszliśmy do wioski i do młyna. Tam rozprawiając o planach zdobycia zbroi wtrącił się Janek. Pomyśleliśmy - kutwa skąd on się tak naprawdę wziął? Wyglądał tak przeciętnie, że zamykając oczy nie można było sobie go wyobrazić. Miał zbandażowaną głowę, w tym jedno oko. Zapytany o wisiorek Sigmara powiedział, że zerwali mu go napastnicy. Przyjżałem się jego szyi, która nie miała śladów powstałych po zerwaniu. Jednak jak się mocniej przyjżałem, to je miała. Skoro ten człowiek był przygnieciony koniem, to powinien mieć siniaki na nodze i boku, ale ich nie miał. Jednak jak się przyjżałem z bliska to je miał. Ale nie powinen przcież ich mieć, bo leżał na miękkim piachu. I rzeczywiście ich nie miał. Jednak Jan je widział. Kutwa o co chodzi. Poprosiliśmy Janka o glejt strażników miejskich. Jan go wziął. Spytałem go czy jest zaplamiony krwią. Nie był. Ja jednak widziałem na nim krew. Dopiero Józef stwierdził, że glejt był zwykłą kartką papieru. W tym momencie Janek zdjął z głowy bandaż i ukazało nam się złote absyntowe oko. To był Jakub Kaptern. Rzucił na nas mudre posłuszeństwo. Pożegnał się z nami i wyszedł. Rzuciliśmy się za nim i po brawurowej akcji złapaliśmy, ogłuszyliśmy i wyłamaliśmy palce, pocięliśmy twarz i wybiliśmy zęby. Jesteśmy coraz bardziej bezwzględni. Zabraliśmy Kapterna do świątyni Sigmara i tam go straszyliśmy i torturowaliśmy, aż zmiękł. Wyznał nam, że jego organizacja potrzebuje spaczenia do zakończenia misji. Klaus Ostenbruk udał się do baronii Gusendar po drugą część kryształu i już niedługo go zdobędzie. Już niedługo nastanie nowy porządek świata. Wrócą Przedwieczni bogowie i chorzy będą zdrowi, a zdrowi chorzy. Ludzie będą niewolnikami Przedwiecznych, którzy zniszczą naszych bogów. Kaptern miał ze sobą magiczny list od Klausa do Lady Margaret. Postanowiłem, że Kaptern musi umrzeć. Do zabicia go zgłosił się młody Waldemar. Zostawiliśmy go sam na sam z Kapternem. Waldemar wrzucił przeciwnika do krypt, ale tam zobaczył ghule i się przestraszył. Przybiegliśmy natychmiast i ja dokończyłem żywota heretyka, czarnoksiężnika i ludobójcy. Ciało zbezcześciliśmy i wrzuciliśmy do rzeki, a magiczne oko rozbiłem siekierą (przeszły mnie przy tym jakieś prądy i iskierki). Następnego dnia zdobyliśmy dwie stare zbroje, a potem zastawiliśmy pułapkę na strażników. Całego zajścia nie opisuję. Na uwagę zasługuje pierwsza krew przelana przez Waldemara, świetne cięcia Barraculą, spektakularne odcięcie ćwiartki ciała strażnika przez Igora i Józefa, zastraszające okrzyki Jana, oraz mój strzał przez okno w oko sierżanta. W sumie zginęło 8 strażników, a jeden dostał się do naszej niewoli. Jak się okazało, był to całkiem normalny człowiek zdający sobie sprawę ze złych czynów swoich przełożonych. Dowiedzieliśmy się od niego o tym że:

  • Zuch i Zigfrid są uwięzieni w lochach,
  • na zamku jest 50 strażników,
  • Hasło na zamku brzmi chwała Tzeentha,
  • do zamku przybył czarny rycerz i pertraktuje z Lady M,
  • strażnik chce być drwalem  :) ,
  • wiemy jak się nazywają wszyscy strażnicy

Mamy teraz cały dzień zanim na zamku kapną się, że strażnicy nie wrócą. Możemy działać.

Po wygranej wpadłem na kilka naprawdę dobrych pomysłów. Otóż:

  • rozkazałem wieśniakom, aby poczyścili zbroje i posprzątali ciała strażników,
  • razem z Józefem nawróciliśmy złapanego strażnika na wiarę Sigmara, i skierowaliśmy go razem z Waldemarem do ołtarza aby się modlił o uzdrowienie. Uczyć ich miał Klaus
  • Józef cieśla razem z Igorem mieli naprawić łódkę, którą mieliśmy popłynąć do śluzy i tamtędy zaatakować
  • Jan i ja poszliśmy do lasu sprawdzać, czy nikt nas nie obserwuje, czy nikt się nie zbliża i nie wychodzi z wioski

Oczywiście gówno się udało:

  • zbroje zostały poczyszczone (gówno się udało)
  • nawrócony strażnik powiedział mi, że dostał misję od Sigmara i zaprowadził mnie do krypt, gdzie ciosami w plecy o mało mnie nie zabił. Całe szczęście przybiegły posiłki, a napastnik widząc, że nie ma szans poderżnął sobie gardło i długo konał. Zastanawiam się czy jakąś rolę w tym nawróceniu mógł odegrać Klaus, który intensywnie rozmawiał ze strażnikiem przed moim powrotem.
  • Józef nie jest jednak cieślą i nie zrobił łodzi
  • w lesie przez 3 godziny uzyskałem 50% mniej składników z ogroszczura niż ostatnio przez godzinę

Nagle nadszedł wieczór i już nigdzie nie wyruszyliśmy. Postanowiliśmy rano udać się tajemnym przejściem, zrobić zamieszanie na dziedzińcu i potem udać się do wieży kapitana, rozwalić go i w jego imieniu zapraszać kolejnych strażników do środka i ich mordować. Plan dobry. Gdy doszliśmy do jaskini okazało się że tuż przed nią jest obozowisko zwierzoludzi. W okolicy także było dużo obozowisk. Było nas 11 - 6 członków drużyny plus Zigrid, Hilda i trzech banitów. Rozwaliliśmy więc szybko napastników (przydała się moja trucizna). Dwóch uciekło do jaskini, ale Józef ze swoją baraculą rozwalił ich szybciutko. Potem obmyśliliśmy plan, że Józef wchodzi przez ścianę do żebraków, mówi, że jest wysłannikiem Lady Margaret. Oznajmia, że pani wzywa ich do siebie do raju, ale muszą oni pokonać ostatnią przeszkodę - dwóch strażników przy bramie. Ich przywódcą ma być Karl posiadający świętego graala. (Karla odnieśliśmy wcześniej jak spał). Pani daje im magiczne pierścienie - rzucił im moje 16 metalowych pierścieni. Wszystko się znakomicie udało. Powstało zamieszanie, a my weszeliśmy w zbrojach na zamek i udaliśmy się do kapitana. W połowie placu usłyszałem głos, po co my tam wszyscy idziemy - starczy 4 (chyba Klausa) i takie też wydałem rozkazy. Jan, Józef, Klaus i Igor poszli do kapitana, a reszta poszła niby poskramiać żebraków. No i stało się. Przez przypadek zostaliśmy rozpoznani i zaatakowani. Tylko mi udało się uciec do wieży kapitana. W wieży w tym czasie trwała bitwa ze szkieletami. Jan, ktory całe szczęście stchórzył i się wycofał mógł mi otworzyć drzwi do wieży. Reszta walczyła. Rozwalili 3 szkielety w pomieszczeniu głównym. Z tego pomieszczenia wychodziły kręte schody na dół - do studni. Były jeszcze schody ma górę prowadzące do siedziby kapitana. Tam (na schodach) stoczyliśmy walkę z trzema szkieletami i szkieletem kapitanem. Walczący Igor i Józef zostali ciężko ranni. Igor stracił jaja :/ . Ja w między czasie zostałem jeszcze ciężej ranny próbując odbić naszych pozostałych na placu - nie udało się. Prawdopodobnie ktoś z nich został zamordowany. Potem zostaliśmy osaczeni. Z pomieszczenia na górze jest wyjście na blanki, które zostało zabite dechami od zewnątrz przez strażników. Na dole do wieży wdarli się już strażnicy. Podpalili meble, którymi zabarykadowaliśmy schody. Obecnie dusimy się i mdlejemy.

Ogień dogasał. Ustawiliśmy się na schodach aby odeprzeć atak. Jan odmówił wykonania rozkazu i nie stanął w pierwszej linii obrony. Potem Klaus także uciekł z linii obrony. Wszyscy wycofaliśmy się do pomieszczenia i jak to zawsze bywa nikt nie słuchał dowódcy, tylko wszyscy się kłócili. W tym czasie strażnicy przypuścili atak. Dzielny Józef odepchnął ich tarczą i stoczyli się oni na dół. Wtedy Klaus wykorzystał znane sobie siły, zbiegł na dół i zabił 9 strażników, wrócił i nie wiedzieć czemu wyzwał dowódcę od tchórzy. Potem negocjowaliśmy z kapitanem i Igor zdradził, że w dachu jest lufcik i strażnicy podeszli po dachu i nas zaatakowali. Klaus po raz drugi uratował życie Józefowi. Na zewnątrz znajdował się Waldemar w przebraniu strażnika, który co pewien czas rozwalał strażników. Otworzył nam drzwi na basztę. Po otwarciu drzwi zaatakowali nas strażnicy, ale całe szczęście broń palna rozwaliła wielu z nich.Ale to nie wystarczyło aby ich powstrzymać przed osaczeniem nas. Zaatakowali nas ze schodów i z dachu i z baszty. Klaus odparł atak ze schodów zabijając kolejnych 8 strażników. Jan odparł atak z baszty. Ja zostałem krytycznie ranny od bełta. Całe szczęście miałem jeszcze resztki gluta i Igor mi je podał. Powstałem jak nowo narodzony. Do końca chyba się nie kontrolowałem, bo dwukrotnie wystrzeliłem do Jana, ale nie trafiłem :) Zostałem oskarżony przez Jana o służenie Tzeenthowi, obrażony przez Igora i Józefa. Żal gadać, nikt nie chciał słuchać tego co miałem do powiedzenia, np. że nóż, którym w krypcie zostałem dźgnięty w plecy był taki sam jak nóż, którego wcześniej używał Klaus. Akcja więc toczyła się dalej. Usłyszeliśmy głos kobiecy wymawiający jakieś zaklęcia. Zleciały się ciemne chmury z deszczem i piorunami... Strażnicy, którzy zostali przy życiu (było ich niewielu- kilkunastu) zebrali się na dole razem z Kapitanem Kranzem. Ja z Janem na schodach pilnowaliśmy, czy nie atakują i rozmawialiśmy o glucie. W tym czasie reszta drużyny postanowiła pobiec blankami. I pobiegli do koszar. Zostaliśmy z Janem sami. Gdy rozpoczął się atak zorientowaliśmy się, że jesteśmy sami i postanowiliśmy uciekać. Biegliśmy po blankach. Jan spadł do środka zamku. Ja upadałem i pościg mnie doganiał. Schowałem się w wieży przy bramie. Tam czekał na mnie żołnierz z wycelowaną kuszą wałową. Trafił. Przeżyłem, ale następne co pamiętam to droga do Moora. To już chyba koniec. Piszę chyba ponieważ:
reszta drużyny w tym czasie spokojnie przeszukiwała sobie koszary, a kapitan zagroził, że jak nie wyjdą to zabije Jana i dowódcę. Zainteresował się tym tylko Igor i trochę Klaus. Józef i Waldemar postanowili przeszukać sobie pomieszczenia. Znaleźli tam dwie kobiety, Henricha Zucha i pokiereszowanego Zigfrida. W tym czasie na placu odbywała się scena - Igor wyszedł na plac. Miał naprzeciw siebie 7 strażników i kapitana. Jeden ze strażników podszedł do niego, wtedy Igor zaatakował. Erfindowi podcięto gardło. Janowi całe szczęście nie. Igor starł się z kapitanem. Walka była długa i krwawa. Igor walczył i doprowadził kapitana prawie do agonii. Jednak w ostatnim starciu kapitan okazał się lepszy i obciął Igorowi rękę. Igor spotkał Erfinda :) W tym momencie Klaus zabił kapitana i wzywając Tzeentha przejął władzę nad strażnikami. Józef, Jan i Waldemar musieli wybrać, czy będą z Tzeenthem, czy zginą w walce o Sigmara. Obiecane było ożywienie dowódcy i Igora przez Tzeentha. Klaus ich przekonywał, ale całe szczęście postanowili, że będą oddani ideałom. Jan wyciągnął miecz i chciał zabić Klausa. Miecz zaatakował Jana i go prawie zabił. Klaus przejął władzę nad Kordiałem. Józef ze słowami Sigmara i barraculą w ręku zaatakował. Ale nie miał szans. Za to niezauważony Waldemar zaszedł Klausa od tyłu i go zabił. Jest jeszcze plan, aby tak jak kieydś Hogo chciał uratować Falandara wykorzystać miecz do ożywienia dowódcy i Igora. Po morderczej walce z Klausem okazało się...
Żołnierze uciekli prawdopodobnie do wieży środkowej. Trzeba będzie ją jakoś zdobyć co wydaje się bardzo trudne. To te umocnienie na oddzielnej skale. Prawdopodobnie w gotowości bojowej są wszyscy wojownicy - łącznie z żołnierzami w przystani i w zakamarkach twierdzy. Uciekać nie mają gdzie bo zwierzoludzie. A szkoda No tak na zewnątrz zwierzoludzie - słychać ich obecność i wycie. Jest okropne. Są wokół zamku ale chyba nie zamierzają wchodzić w czym skutecznie odstraszają grzmoty.

Na zewnątrz (na dziedzińcu) słychać było nieziemskie głosy charczenia, piania, krzyku rozpaczy. Gdy drużyna wyszła na dziedziniec zobaczyła chwiejącego się Igora który ze szmat robi temblak na rękę oraz Erfinda który o dziwo znowu zajął się pozyskiwaniem komponentów okropnie babrząc się we wnętrznościach ofiar. Ma poderżnięte gardło jest cały we krwi ale charcząc mówi (ślina mu ścieka z ust w tym czasie), że wykonał miksturę leczniczą i chyba przeżyje. Jednak po prawdzie wygląda jakby nie przeżył;) zresztą zakrwawiony ubłocony i śmierdzący Igor też tak wygląda, po prawdzie to wszyscy po trochu tak wyglądają. Igor wpadł we wściekłość i przez pół godziny dobijał wszystkich na dziedzińcu. Taka furia to mogło być tylko błogosławieństwo Urlyka ze strachu na ten czas reszta schowała się w zamku. Płaczący Józef, łamiącym się głosem powiedział że stracił moc Baraculli. Erfind nie może odnaleźć swego medalionu, a Jan z obrzydzeniem patrzy na swój zdradziecki kordiał.

Igor stwierdził, że Kordiał należy się mu. I rzeczywiście miecz pozwolił mu się opanować. Wypróbował go zabijając nim 3 służących. Jan postanowił posiąść Barraculę, ale Józef mu jej nie oddał. Przeszukiwanie budynków skończyło się odnalezieniem wybitego oddziału skavenów, które przed kilkoma dniami atakowały zamek. Jeden z nich przeżył. Oznajmił, że Lady M zbudowała radiostację, która sprowadza na ziemię Jeźdźców Apokalipsy, za którymi podążają przedwieczni. Należy zniszczyć tą radiostację. Po czym umarł. Triada przenocowała w zamku. Rano drużyna postanowiła zdobyć wieżę środkową, pilnowaną przez sierżanta Krantza i żołnierzy. Lady Margaret ożywiła trupy, które rzuciły się na drużynę. Dopiero wtedy Józef oddał Barraculę Janowi. Trupów było z 80, więc Triada schowała się przed nimi w wieży, pozostawiając przyjaciół (Zuch, Zigfrid, Zigrid, Hilda) w zamku. Trupy zdobywały wieżę Triady, a Triada zamek środkowy. Najpierw Jan rzucał kule skavenów do okien wieży. Został przy tym śmiertelnie ranny. Jedna kula wpadła otumaniając znajdujących się w wieży strażników. Jan został ożywiony przez czary Erfinda. Aby zdobyć drugą wieżę Waldemar przedostał się pod bramę po zbudowanej kładce. Strażnicy spanikowali i otworzyli bramę. Waldemar uciekł a zaatakował Igor. Wbiegł do środka i wybiegł oblany gorącym kałem z kaszą. Potem powstał pas. Triada zaczęła wyzywać Krantza, na co ten nie umiał odpowiedzieć. Wybiegł zdenerwowany przed bramę i zginął. Wieża została zdobyta. Igor w bestialski sposób zamordował pozostałych przy życiu strażników. Jednego z nich w tajemnicy udało się uwięzić i przesłuchać na Ładownej, do której już teraz było dojście (z zamku środkowego schodzi się do zatoczki pod zamkiem).

Zamek główny

Pozostało zdobyć wieżę zamku głównego i wejść do środka. Trupy, które dostały się już do wież zamku dolnego cały czas coś kombinowały. Wykonały akcję skoku w przepaść i zaatakowały od zatoki. Igorowi udało się zabarykadować drzwi na dole, ale czasu na ucieczkę z tego miejsca było mało. Józef za pomocą liny przedostał się na wieżę zamku. Tam starał mu się przeszkodzić służący Jeana Russou, ale został zastrzelony przez Erfinda. Udało się zdobyć wieżę. Tam znajdował się Jean Russou, który został wypuszczony przez Józefa wprost na biegnących ożywieńców. Uciekając przed nimi zeskoczył w przepaść. Trupy pozostały w wieży środkowej, a Triada była w końcu w zamku głównym. Pierwszym celem przeszukiwań stała się czarna wieża. W środku pomieszczenia pokryte były całym rojem karaluchów. Na górze wieży czekał Ludwig von Wintenschling. Jego ciało zamieniło się w dużego prusaka. Jego osobowość się nie zmieniła - tylko wygląd był straszny. Zdawał sobie sprawę ze swojej odmienności. Rozmowa z nim wykazała:

  • to on razem ze stowarzyszeniem Lambda stoi za dekretem cesarskim uznającym, że na ziemi nie ma mutantów.
  • w świątyni Sigmara jest uwięziony Pan Przemian - demon który prostuje drogi dla Tzeentcha. Uwięził tam go Dagmar
  • do Lady Margaret przychodzą zwierzoludzie i razem z nią udają się do świątyni

Ludwig ucałował Jana i Igora i dał im klucz - taki jak te znalezione w wieży Dagmara. Triada poszła do największego budynku, w wieży którego dostrzeżona została metalowa konstrukcja - zapewne radiostacja. Pierwszym pomieszczeniem było pomieszczenie dla służby i kuchnia. Sprytnie udało się wymanewrować sługów, zamknąć i zastawić drzwi i przejść do jadalni. W jadalni pokonany został dziadek ze szponem. Nadchodzi jednak większy przeciwnik - kompan rycerza chaosu.

Zwierzoludź zszedł do połowy lewych schodów, po czym uciekł na górę. Dowódca rozkazał Janowi biec na górę prawych schodów aby zaskoczyć przeciwnika. Jan odmówił. Dowódca pobiegł pierwszy, za nim Waldemar. Na górze czekał rycerz chaosu. Cięciem (rozciągającymi się rękoma) z odległości 5 metrów krytycznie uderzył dowódcę. Ten dogorywając padł. Rycerz chaosu zaatakował i ranił Waldemara. Waldemar udał, że nie żyje. Następnie Igor wyzwał rycerza na walkę. Była ona zacięta. Rycerz miał tarczę, do której przyklejała się broń Igora (tarcza po wielu perypetiach trafiła do Jana). Po długiej walce Igor zwyciężył. Zabił stwora. Kordiał poleciał jeszcze wprost w głowę zwierzoludzia zabijając go na miejscu. Igor pomimo odniesionych ran nie był ranny i pokazał, że jest Panem Miecza Końca przywołując go do siebie już po raz drugi. W tym czasie Waldemarowi pomimo podwójnego szczęścia nie udało się uzdrowić dowódcy. Dopiero Józef używając potrójnego szczęścia zdołał zatamować krwawienie. Następnie Triada udała się na górę. Tam na korytarzu stały 4 zbroje z ludzkimi ciałami w środku. Jedne ciało jakby mrugnęło, więc szybką akcją wszystkie zbroje zostały przewrócone, a jedna zabita przez Józefa. Dowódca powstrzymał rzeź. Okazało się, że w środku były ciała wieśniaków. Okropne było to, że mieli oni poprzecinane kręgi - byli sparaliżowani, ale żyli. Ich ciała posmarowane były substancją utwardzającą. Stali tam nie mając żadnej władzy nad ciałem. Straszne. Zostali zniesieni na dół. Następnie Triada poszła na kondygnację wyżej. Tam słychać było jakieś głosy. Wszyscy bali się tam pójść. W końcu dzielny Igor wbiegł na górę. Nie zobaczył tam nikogo. Słyszał tylko głosy. Nie wiadomo kto je wydawał, ale Triada stwierdziła, że coś małego i ruszyła dalej. Po drodze mijała wiele drzwi. W końcu doszła do okutych drzwi na końcu korytarza. Po ich otwarciu zamykały się same z hukiem, łamiąc nawet pałkę Waldemara. Dowódca zabezpieczył drzwi połamanymi strzałkami. Niestety przy zakładaniu ich jedna z wielkim impetem wystrzeliła mu w oko. Rozpacz ogarnęła Erfinda. Wpadł w panikę. I zaczął uciekać. Niestety nie miał szans - reszta go dopędziła. Igor nieudanie go nie ogłuszył i drewno wbiło się głębiej. Całe szczęście dzięki przytomności Józefa udało się doprowadzić dowódcę do stanu używalności i ten sam z podwójnym szczęściem wyjął sobie obiekt z oka. Oko udało się uratować. Należało zaleczyć je alkoholem. Igor polał okolice oka spirytusem, który wypalił dziurę w skórze. To było dziwne. Tak przy okazji Jan i Igor strasznie się pokłócili i znowu spokój i stanowczość Józefa sprawiła, że nie doszło do walki. Triada postanowiła wedrzeć się do pomieszczenia. Tam spotkał ich horror. Początkowo nic się nie działo, ale potem w ich kierunku poleciały przedmioty, a co najgorsze pobite szkło. Wszyscy unikali i przedzierali się do wyjścia. Waldemar padł przygnieciony szafą. Reszta się przedarła. Igor dzielnie wrócił po Waldemara. Wszystko by było dobrze, gdyby nie to, że dowódcy w rogówkę wbił się kawałek szkła, a drugi wpadł do tego samego oka. Stonowany i spokojny Józef używając szczęścia wyjął te kawałki. Oko jednak trzeba było zaleczyć. Igor zgłosił się na ochotnika i zrobił paskudny opatrunek. Dopiero dowódca sam zrobił sobie opatrunek na oko. Triada poszła na górę. Tam za stołem siedziała Lady Magaret. Obok niej stał pozszywany dwumetrowy stwór. W pomieszczeniu był jeszcze stół i metalowa konstrukcja radiostacji. Po bardzo krótkiej rozmowie rozpoczęła się walka. Najpierw dostał Jan - porażony został prądem i padł nieprzytomny na ziemię. Następnie Lady rzygnęła kwasem na Igora trafiając go. Potem Igor został porażony prądem. Waldemar i Józef starli się ze stworem. Waldemar przy pomocy bogów odciął mu głowę. Następnie Józef starał się dobiec do Lady. W tym czasie dowódca oddał w jej kierunku dwa strzały, raniąc ją dwukrotnie. Ostateczny cios zadał Waldemar strzelając Lady w oko z kuszy. Margaret Wintenschling zginęła. Triada zdemontowała maszynę, zabrała notatki i podpaliła pomieszczenie. Pozostało znaleźć spaczeń. Spaczeniowy kompas wskazywał różne kierunki, przeważnie w kierunku pomieszczenia, gdzie jak się okazało mieszka żona karalucha Ludwiga. Hoduje ona całą masę kotów o ludzkich stopach. Uważa, że jej mąż jest potworem. Wiedziała także o tym, iż jej córka może budować radiostację. Mówiła też o tym, iż należy porozumiewać się cicho, ponieważ z gwiazd podsłuchują nas inni. W całej sytuacji zamkowej dziwne jest także to, że Triada zdobywała zamek dolny, środkowy, wdarła się do środka zamku, podpaliła wieżę, ale nikt sobie z tego nic nie robi. Nie widać żadnego ruchu na zewnątrz.

Erfind zabrał się za przeglądanie notatek Lady, aby odnaleźć, gdzie jest ukryty spaczeń. Reszta Triady poszła po ołowianą skrzynię i przeszukiwała pomieszczenia, na które wskazywał kompas. Na poziomie, gdzie stały zbroje było pomieszczenie z wypchanymi zwierzętami. Siedział z nim człowiek podobny do Wintenschlingów, mający 4 ręce. Z racji braku komunikatywności tego ludzia Triada opuściła pomieszczenie. Erfind znalazł informacje o lokalizacji wojsk zwierzoludzi, którzy przemieszczają się w góry środkowe. Dodatkowo znajdowały się tam informacje o przymierzu z Wyzwolicielem i innymi ludźmi. Nie było tam nic o miejscu przechowywania spaczenia. Następnie lady Ingrid przepędziła wszystkich z holu na zewnątrz. Po wielu dyskusjach Triada udała się do wieży, gdzie wcześniej wszyscy zostawili swoje rzeczy. Okazało się, że żywe trupy dalej są żywe i budują most. Erfind w ciągu godziny przestudiował notes Wintenschlinga. Dowiedział się, że ten bał się chodzić do świątyni, oraz często chodził do więzienia. Dowódca Triady, który ostatnio ma wielkie problemy z podejmowaniem decyzji, zadecydował, że wchodzimy do świątyni. W środku, niedaleko ołtarza unosiła się mgła, która przybrała kształty Pana Przemian. Drzwi za nami się zamknęły. Igor ruszył do ataku, ale się zatrzymał (wydając łaskę). W środku znajdowały się posągi, a wśród nich posąg Klausa Smitha i posąg zniekształconego Erfinda. Erfind strzelił w swój posąg, trafił i sam odniósł obrażenia. Rozpoczął się dialog z Panem Przemian. Triada dowiedziała się:

  • z bogów żyją tylko Khaine i Moor
  • Sigmar to nie bóg
  • Khorne żyje sobie na północy (ale to już wiedzieliśmy) i zabił Urlyka
  • Tzeenth wie już gdzie jest ziemia i niedługo na nią przyleci
  • przedwieczni to bujda i nie ma się czym przejmować (tu demon może się mylić)
  • lady M. żyje i to ona steruje trupami
  • Pan Przemian nic do nas nie ma, chce tylko abyśmy starli runy narysowane w świątyni. Poza tym on nie wie gdzie jest spaczeń i nie chce abyśmy go stąd wynosili, dodatkowo po wyjściu musimy popłynąć w górę rzeki do krain granicznych, a on tam ma dla nas zadanie. Jeżeli się nie posłuchamy i popłyniemy w dół rzeki, to tam spotkamy obóz Hoga i inkwizytora, zostaniemy przeniesieni do hospicjum. Tam umrzemy wszyscy, oprócz Jana, który zostanie rycerzem Sigmara. Dodatkowo Igor zabije jednego z towarzyszy.

Perspektywa niezbyt fajna. Demon aby wszyscy uwierzyli, że mówi prawdę pokazał prawdziwą naturę Igora - Igor zamienił się w niedźwiedzia i podobno robi tak przy każdej pełni. Jest on berserkem. Pan Przemian twierdzi, że Erfind jest ghulem. Po tych sensacjach Pan Przemian wypuścił nas ze świątyni. Na zewnątrz Jan stwierdził, że zabije demona. My się za niego modliliśmy do Sigmara, a Jan poszedł i po straszliwej walce go zabił. Okazało się, że to był zwykły błękitny gargulec w skórze, którą wziął ze sobą Jan. Jan stał się stanowczy i odważny. Zaczął sam rozwiązywać wszystkie problemy. Triada wdarła się do zamku. Tam Jan nastraszył lady Ingrid. Triada poszła na górę zabić Lady Margaret. Dowódca został na dole, a reszta udała się na górę do wieży. Tam znaleźli ciało nekromanty(ki) bez krwi i ślad krwi na ziemi schodzący w dół. Oczywiście krew lady rzuciła się na dowódcę. Poparzyła go trochę, ale dzielna Triada pokonała wroga. Po drodze na dół okazało się, że znowu w zbrojach stoją ciała. Opiekował się nimi ten czteroręki typ, mówiąc, że to jego dzieła. Dowódca nie wytrzymał, podszedł przystawił mu pistolet do głowy i strzelił. Ale pistolet nie wypalił. Dowódca został zaatakowany 4 rękami. Przeżył. Przeciwnik uciekł. Triada poszła w dół do więzienia. Tam Jan zastraszył ogra. Triada dotarła do sali tortur, tam spotkała opętanego więźnia, który nic ciekawego nie powiedział. Za salą tortur były drzwi do jamy z odpadkami. Dowódca rozkazał spalić to co jest w środku. Słychać było dziwne głosy. Coś się paliło. Zanim się spaliło Triada poszła dalej do więzienia. Tam w jednej celi było tajemne przejście uruchomione kluczem Dagmara. Potem Triada trafiła na łamigłówkę, którą rozwiązał Józef z pomocą Igora i Erfinda. Otworzyła się ściana, za która były ołowiane drzwi, a w środku metalowe pudło ze spaczeniem. Jan i Igor zapakowali je do naszej skrzyni, włożyli na taczkę i wywieźli. Następnie Triada opuściła zamek. Pierwszym miejscem, w którym się zatrzymała była świątynia Sigmara w Wittensdorfie. Tam wszyscy się pomodlili, a posąg Sigmara zaczął się ruszać, następnie podszedł do Jana i młotem mianował go na swojego rycerza. Triada ruszyła w dół rzeki. Natrafiła na Hoga i Inkwizytora. Podczas, gdy Jan wchodził na statek, Erfind widział wiedźmiwzrokiem, jak z Jana do inkwizytora Bernarda Gui wchodzi Pan Przemian. To chyba koniec, Triada nie wyrządzi więcej szkód dla Imperium. Był 25 Nahgeheim 2007 roku. 26 ma być pełnia.

Zabicie demona

Triada mieszkała w baraku. Każdy z jej członków został wezwany przed 5 osobową komisję w składzie Czerwony mag, Inkwizytor, Ulrich von Jungingen - kapłan zakonu Pantery, wysłannik Imperatora (członek Lambdy) i Hogo. Pomimo wcześniejszych ustaleń zezania Triady się nie pokrywały. Dlatego każdy jej przedstawiciel miał przysiąc na pismo Sigmara, że świadomie niczego nie zataił. Nie wszystkim się to udało. Podczas przesłuchania dowódca widział Pana Przemian wychodzącego z inkwizytora. Demon drażnił się z dowódcą powodując jego dziwne zachowanie. Nie wiedzieć czemu komisja niczego nie wyczuwała. Dowódca przedstawił swoją teorię o ucieczce demona i o tym, że demon przebywa gdzieś tu. Grono pięciu mocarzy miało wydać wyrok w sprawie dalszych losów Triady. Czerwony czarodziej narysował wszystkim znaki na czole (zemsta Azaziela - sprawia, że osoba z tym znakiem nie może oddalić się na dużą odległość, bo zginie). Podczas czekania na wyrok przychodziły do Triady wszystkie osoby z wielkiej piątki. Początkowo Hogo, który zaproponował pobyt w świątyni Shally, to samo zaproponował przedstawiciel Imperatora obiecując pomoc w postaci osoby będącej wtyczką Lambdy. Ulrich kazał wszystkim spożyć chlebek Sigmara - Janowi przyszło to z trudnością, natomiast dowódca zaraz po wyjściu Ulricha zwymiotował bułkę razem ze zgniłym mięsem i naraził się na drwiny ze strony drużyny. Na koniec przyszedł Czerwony Mag, zebrał wszystkich przy ognisku, sprawdził naszą prawdziwą naturę i nic nie mówiąc wyszedł. Następnego dnia dowódca (Erfind) widział demona, który proponował mu przystanie do siebie i ukazał wizję spalenia na stosie. Dowódca się nie zgodził. Przed ogłoszeniem wyroku przyszedł jeszcze jakiś nieznany mag i postawił wszystkim na czole jakiś znak i nasmarował go tłuszczem. Triada udała się na ogłoszenie wyroku, podczas którego dziwne było rozmieszczenie krzeseł. Wielka piątka siedziała w środku, a każdy z Triady jakby na okręgu go otaczającym. Dowódca znowu widział demona, który z niego drwił. Ogłoszono wyrok. Dowódca został uzany opętanym i skazany na wbicie na pal i spalenie. Demon się śmiał. Dowódca w końcu nie wytrzymał i odpowiedział coś demonowi. Nagle Czerwony mag wstał. Podniósł ręce i zaczął czarować. Ogień się zwiększył. Z czół członków Triady wystrzeliło światło łącząc się ze sobą i tworząc pentagram. Demon wył. Wielka piątka czarowała i niszczyła demona zaklęciami. Ulrich von Jungingen wbił w demona swoje dwa ząbkowane miecze. Następnie Czerwony Mag przez wiele kolejnych godzin palił demona za pomocą magicznego ognia. Triada obudziła się po tygodniu. Przywitał ich Hogo. Okazało się, że demon został ostatecznie zgładzony. Dodatkowo Erfind jest ghulem, a Igor zwierzołakiem. Rada postanowiła, że wszyscy trafią na obserwację do klasztoru Shally. Przed odjazdem Erfind poprosił Hoga o przejrzenie księgi wskazanej przez demona, jednak Hogo odmówił tłumacząc się brakiem czasu.

Świątynia Shally i kolejna śmierć Erfinda

Podczas pobytu w szpitalu wszyscy zajęli się samodoskonaleniem. Dowódca studiował księgę aby odzyskać śmiertelność i sam się pogrążył. Wykonał pierszy rytuał - przywołał niewidzialnego sługę, który wysysał z niego krew. Dowódca doszedł do wniosku, że coś z tą księgą jest nie tak i po przeszukaniu archiwów znalazł wzmianki o demonicznej księdze spisanej przez Reptyliona, która zabija każdego kto ją przeczyta. Tu Erfind zrozumiał swój błąd. Początkowo nie chciał brać tej księgi - z zamku zabrał ją Igor (Igor wziął księgę w nadziei, że ta przywróci Dowódcy śmiertelność i normalną egzystencję). Jednakże po ponad półrocznym jedzeniu zgniłego ludzkiego mięsa, życiu z boku, w skazaniu na potępienie, świadom spojrzeń pełnych obrzydzenia kierowanych na niego przez wtajemniczone osoby postanowił działać, walczyć o lepsze "życie". Tak naprawdę o jakiekolwiek życie. I wywalczył swoją zgubę. Pomimo prób nie udało mu się pozbyć tego służącego i po kolejnym pół roku odszedł. Tak naprawdę odszedł już dawno temu - na zamku. Od tamtej pory był jedynie kreaturą zaprzeczającą swojej nieludzkości, egzystującą w nadziei na pomoc i uleczenie. Zemsta demona Pana Przemian była wyśmienita. Zabijając Erfinda sprawił, że Triada może przestać istnieć. Erfind dźwigał ogromne brzemię, momentami cała drużyna była przeciwko niemu, musiał znosić ich niesubordynacje, lekceważenie, ciągłe kłótnie i starać się ich jednoczyć. Nie da się zliczyć godzin spędzonych na łagodzeniu zaognionych sporów Jana i Igora. Dodatkowo na dowódcy spoczywało poczucie odpowiedzialności za całą grupę, co przypłacił wieloma punktami obłędu. Erfind był wykorzystywany przez Inkwizytora, jednakże nigdy nie zdradził żadnego członka drużyny. Inkwizytorowi przekazywał jedynie informacje związane ze spotkanymi sektami. Dodatkowo Erfind mocno przeżył zazdrość o przywództwo i brak akceptacji u Hoga i zdradę Falandara, oraz Klausa. W ostatnim etapie egzystencji zawiódł się na wszystkim i wszystkich. W zamku broń palna przestała działać, bogowie go opuścili - na nic zdała się lojalność wobec Sigmara. Najbardziej bolesna była jednak odmowa pomocy Hoga. Erfind pozostał sam. Odmieniec, ghul, nazywany przez niektórych nieśmiertelnym. Czy nieśmiertelny ghul może umrzeć skoro już nie żyje? W ostatnich dniach życia Erfinda, Igor zaczął rozsyłać listy do możnych tego świata, których poznali, w nadziei na pomoc. Ironia losu chciała by Czerwony Mag przybył...tydzień po śmierci Erfinda. To rzeczywiście wygląda na boską obojętność lub jej celowe działanie.

Po tygodniu przybył "Ognisty Mag" zamknął się z Erfindem w izolatce i przez 4 dni nie otwierał drzwi na zewnątrz. Po tym czasie udało mu się odpędzić "niewidzialnego służkę", który powoli likwidował Erfinda.

Po odjeździe Czerwonego Maga Triada nie miała dobrze. Erfind i Igor siedzieli zamknięci w izolatkach. Reszta także nie miała pełnej swobody. Trwało to 6 miesięcy. Dopiero wtedy z racji przybycia Martena von Schlutza cała Triada zebrała się w jednym miejscu. Wiadomości były złe. Rada pięciu zadecydowała, że Triada spędzi tu co najmniej kolejne 10 lat do momentu kolejnego rozpatrzenia naszej sprawy. Jedynie Jan ma szanse na wcześniejsze opuszczenie tego miejsca - on jako jedyny do tej pory wychodził z klasztoru na zajęcia. Reszta miała znak Azaziela i nie mogła opuścić tego miejsca. Wysłannik Lambdy zaproponował, że jeżeli Triada będzie pisać felietony o równości bogów, braku mutacji i zwierzoludzi i tym podobne, to jest szansa na wcześniejsze opuszczenie tego miejsca - po 5 latach. Z racji, że Triada jest sławną drużyną (wędrowne teatrzyki pokazują w całym imperium ich walkę z demonem), to w końcu ludzie mogą się upomnieć o zobaczenie bohaterów. Tylko czy byliby w stanie ich rozpoznać? Najbardziej zmienił się Zigfrid, do którego dostęp miały tylko siostry, potem Erfind - wypadły wszystkie włosy, palce się wydłużyły, a paznokcie pogrubiły, uszy zrobiły się odstające a skóra szara. Igorowi urosły długie włosy na całej twarzy, a Waldemar ciągle tył. Henrichowi Zuchowi wyrosły dodatkowe sutki. Pierwszy felieton był nieudany - od koni i ich życiu poprzez złe sądy aż po uciskane zwierzęta. Felieton został wysłany do Ludwiga. Dopiero drugi felieton został wydrukowany (o równości bogów). Jednak Lambda nie spełniła obietnicy i nie odesłała informacji o poczynaniach mających na celu uwolnić drużynę. Triada pisała też listy do pozostałych wielkich, ale żadnych odpowiedzi nie otrzymała. Przez kolejne 5 miesięcy wszyscy przeczytali książki Erfinda, a Erfind i Igor będący w izolatkach wymyślili i doskonalili swój własny nowy język porozumiewania się. Pewnego dnia po zamieszaniu w celach Triada została znowu zebrana razem (bez Jana, który gdzieś wyruszył). Główna kapłanka Margareta von Ausenchof obwieściła, iż Zigfrid został zamordowany w bestialski sposób. Był torturowany przez 14 dni. Igor i Erfind, którzy byli w celach obok nic nie słyszeli - z Zigfridem nie było kontaktu, ponieważ w zamku Wittenschling został okaleczony i w klasztorze wydawał tylko odgłosy szurania - ostatnio zadziwiająco wiele. Triada rozpoczęła śledztwo. Ciało Zigfrida było cięte, parzone, solone, polewane kwasem, gniecione, kłute, jaja zmasakrowane, lewa noga obcięta i jeden palec na dłoni. Musiał cierpieć okrutnie. Mutacje sprawiły, iż Zigfrid zamieniał się w ślimaka. Miał już troszkę pancerza na plecach. Czy to dlatego ktoś doprowadzał go do agonii, leczył maściami i znowu torturował? Po zbadaniu zwłok udaliśmy się na miejsce zbrodni. W izolatce Magnus znalazł nóż. Okazało się, że właścicielem była Hanna Bratch - siostra od porządków w klasztorze - była wojowniczka. W jej pokoju na jednej z włóczni była krew. Dodatkowo wśród jej rysunków był rysunek zdeformowanego Zigfrida, oraz fiolka z kwasem. Hanna wszystkiemu zaprzeczała. Mówiła, że opiekę nad Zigfridem sprawowała siostra Mucja. Triada poszła przepytać innych świadków i pozostawiła Hannę samą. Ta korzystając z okazji uciekła z klasztoru. W tym momencie śledztwo zostało zaprzepaszczone. Na nic zdało się olśnienie Erfinda - lewa stopa - jak u Analii, zniszczone genitalia, obcięty palec, potworne okrucieństwo. (Zigfrid wykorzystał Analię w Cichodajce). Okazało się, że siostra Mucja przybyła tu zaledwie 6 miesięcy temu z kotliny Wartenbuch. Dodatkowo siostra Hilda, która się z nią przyjaźniła była w przeszłości wielokrotnie gwałcona przez ojca i była przymusową prostytutką. Według Erfinda w całą sprawę zamieszane były jeszcze Zigrid i Hilda z młyna, które zadawały się z tymi dwiema siostrami. Wszystkie one wskazywały jako sprawczynię Hannę Bratch, dostarczały dowodów. Rozmowa z żadną z nich niczego nie zmieniła. Śledztwo z braków dowodów zostało przerwane, a winną została zbiegła Hanna Bratch. Wszystkie 4 podejrzane po pewnym czasie opuściły klasztor. Zabawa w detektywów się nie udała. Erfind i Igor wrócili do izolatek. Przesiedzieli tam kolejne 2 miesiące, po których do klasztoru przybył Hogo. Wyglądał strasznie staro i był zmęczony. Poruszał się o lasce. Wykończył go spaczeń, którego używał do różnych celów. Przywiózł ze sobą złe wieści - wojna w Imperium trwa. Góry środkowe są ogniskiem zapalnym - są tam zielonoskórzy, elfy, Walachowie. Wyzwoliciel obudził smoki!!! Imperium nie daje sobie rady. Wyzwoliciel paktuje ze wszystkimi. Niektóre miasta chcą się odłączyć od Imperium. Tragedia. Dodatkowo Triada będzie tu siedzieć jeszcze 9 lat (minimum 4). Hogo przywiózł jeszcze listy Petrosiniego dostarczone mu przez Fortunata. Ogromną rolę w górach odgrywa także Falandar.Pogadał pogadał i się zmył. Według subiektywnych podejrzeń Erfinda Hogo planuje wykonać swój plan przeniesienia się w swoje ciało wzięte ze świata Analii zostać uznanym umarłym i żyć w spokoju w ukryciu(lub nie). Hogo załatwił wyjście z izolatki dla Erfinda i Igora. Ufff tyle czasu w odosobnieniu. Minęło kolejne 8 miesięcy. Był 4 VORGEHEIM (6 miesiąc) roku 2010. Po prawie 3 latach siedzenia nadeszła wiadomość, że ktoś potrzebuje Triady. Otóż Aldebrand von Ludendorf przysłał wysłannika, iż ktoś morduje jego oficerów. Odcina im stopy, torturuje i w bestialski sposób zabija z pełnym okrucieństwem. Nawet w zamkniętych pomieszczeniach. Istnieje podejrzenie, że jego syn jest w niebezpieczeństwie. Triada ma miesiąc czasu wolności aby mu pomóc.

Powrót do Neue unterwalden

Opiekę nad nami sprawował Terry Dochnal - wysłannik Ludendorfa. Codziennie musiał nam przykładać coś do znaku na plecach, abyśmy nie zginęli. Miał ze sobą 30 porcji dla każdego - na 30 dni. Po miesiącu mieliśmy wrócić. Wyruszyliśmy. Po drodze okazało się, że nie zostaliśmy "wypożyczeni" tylko na 30 dni. Wyszło na jaw, że cała ta wyprawa odbywa się bez uzgadniania z Czerwonym Magiem i resztą. Po drodze spotkaliśmy Jana, który podróżował ze swoim mistrzem, w tym samym kierunku co my. Szukał czegoś, co pozwoliłoby mu stać się sławnym. Mistrz ostro karcił jego złe zachowania, co powodowało liczne grymasy na twarzy Jana. W ostatniej części podróży rozstaliśmy się z Janem. Pewnie spotkamy się z nim jeszcze w Neue Unterwalden. Minęło ponad 3 tygodnie gdy dotarliśmy do celu - Zdanar. Na miejscu spotkaliśmy się Aldebrantem von Ludendorfem. Przedstawił nam obecną sytuację gór Środkowych. Otóż nie jest dobrze. Sprowadziły się tam wszystkie wyrzutki Imperium: zielonoskórzy, mutanci i inne plugastwo. Dodatkowo elfy górskie pod przywództwem Falandara zapanowały nad Walachami. Siły te przegrywają pojedyncze bitwy, ale siedząc w górach są nie do pokonania. Dodatkowo ktoś/coś zabija dowódców wojsk Ludendorfa. Początkowo ginęli wszyscy - przypadkowi żołnierze, ale obecnie giną tylko przywódcy. Ludendorf pokazał nam zwłoki kilku ofiar. Wyglądały one na wysuszone i nie miały w sobie krwi. Dodatkowo miały pogruchotane kości i liczne siniaki. Wyglądały jakby je ktoś zrzucił z dużej wysokości. Do myślenia daje również zakres tych zbrodni - jest nim cała kraina. Dodatkowo podobno podczas morderstw było słychać tajemniczy chichot. Ludendorf poprosił nas o rozwiązanie tej sprawy. Dostał anonimowy list, że morderstwa nie ustaną dopóki jego syn, którego ze względów bezpieczeństwa odesłał nie powróci do Zdanar. Jako trop dostaliśmy informację, że jedna osoba została napadnięta i przeżyła atak. Jest nią profesor Werner. Dodatkowo Inkwizytor przeprowadził kilka czystek na Walachach. Wykrył sektę Analii składającą się z kobiet i wymordował ponad 100 sekciarek. Analia podobno w jakiś sposób połączyła się z Hopfeną i jest jedną osobą, która wyszła za boga złodziei Randalla, który zaprosił ją do krainy bogów. Sekta Analii została wybita. Dostaliśmy okazję na przesłuchanie ostatniej jej członkini. Była ona zmasakrowana i nie chciała z nami rozmawiać. Jednak udało nam się. Niestety niczego sensownego się od niej nie dowiedzieliśmy - jedynie, że Analia jest w swoim domu w kotlinie Wartenbuch (ale tego nie jestem pewien - Jacek) . Potem chciała nas opętać czarując i podając się za Analię. Igor ją skutecznie zabił Kordiałem. Waldemar wpadł na pomysł aby rozgłaszać na mieście, że Analia to dziwka. Dodatkowo nadgryzł cebulę i mówił, że uczyniła to Analia. Sprzedał 3 takie cebule. Poprzez takie zachowanie miał na sobie skupić uwagę sekty. Niestety nie udało się. My udaliśmy się do profesora Wernera, który podczas napaści dostał w głowę i nie jest już całkiem sprawny fizycznie - ma sparaliżowaną jedną stronę ciała. Sprytne śledztwo doprowadziło do wniosków - napastnikami byli Walachowie, którzy zaopatrują się u gnoma Zdenka. Ukradli oni notatki z podróży dotyczące góry Ararat znajdującej się w górach Środkowych. Góra ta jest świętą górą Walachów, gdzie żyło plemię Ani, które dawno temu schroniło się tam przed powodzią. Związane są z nią pojęcia "Chichot z głębin" i "Głębia bez dna". Plemię oddawało cześć gwieździe o nazwie Oko Fenixa. Od gnoma Zdenka dowiedzieliśmy się, że napastników jest 7, a z ratusza gdzie mieszkają. Zdobytymi informacjami podzieliliśmy się z Inkwizytorem, który zorganizował obławę i pojmał napastników. Wyruszali właśnie na górę Ararat. Ze sobą mieli wstrętną magiczną księgę i przybory do rytuałów. Uznani zostali za koleją sektę działającą na szkodę Imperium. Podczas przesłuchania z pierwszego z nich udało się wydobyć niewiele informacji - uważają się oni za świętych strażników, nas za głupców, oraz twierdzą, że tylko oni mogą powstrzymać to co ma nadejść. Należą do kultu zwanego Ociurko.

Żarłoczna Głębia Bez Dna

Kolejnego dnia odwiedził nas Inkwizytor. Wymyślił diabelski plan - musimy zostać uwięzieni i przekonać do siebie dwóch pozostałych przy życiu Walachów (5 nie wytrzymało tortur i zostali dwaj najsilniejsi i najważniejsi). Wyglądać to miało tak - Inkwizytor rzuci na nas jakiś zarzut, aresztuje na mieście. Potem będzie nas torturował, wrzuci do tej samej celi co Walachów. My przekonamy ich do siebie i wyciągniemy z nich informacje na temat Żarłocznej Głębi Bez Dna. Trochę nas przerażał fakt tortur, ale dogadaliśmy się z Bernardem, że będzie nam wlewał płyn przygotowany przeze mnie, który sprawi, że nie będziemy czuli bólu. Plan trochę dziwny, ale nic innego nie przychodziło do głowy. Waldemar miał być osobą, która nas wyda i o coś oskarży. Wtajemniczeni w plan mielibyśmy być my i Inkwizytor. Kolejnego dnia gdy przechadzaliśmy się po mieście do Igora podeszła starsza kobieta i sprzedała mu wisiorek. Wtedy zostaliśmy otoczeni przez strażników i Bernarda, który oskarżył nas o spiskowanie i gusła. Strażnicy nas złapali (Igor walczył dzielnie i wielu z nich uszkodził). Wrzucili nas do tej samej celi co Walachów. Przyszedł też Waldemar i oskarżył nas o coś :) . Potem każdy z nas był brany na przesłuchanie. Igor i Józef strasznie się męczyli. Igorowi otworzono gruszkę w odbycie, Józefowi pękła szczęka i wbrew wcześniejszym ustaleniom wcale nikt nie podał im środka od bólu. Potem Inkwizytor wziął Erfinda i darł z niego skórę - całe szczęście ledwo żywy Erfind wcześniej dostał "grzybki szalonego kapelusznika" i jakoś przetrwał ten ból. Stan naszego zdrowia był tragiczny. Może to sprawiło, że udało się nawiązać kontakt z Walachami. Dowiedzieliśmy się, że Żarłoczna Głębia Bez Dna to przedwieczne bóstwo, które do tej pory było uśpione. Pochodzi z odległej planety, na którą podróżuje się 24 lata statkiem w niebie (nie wiem jak to jest możliwe). Co 48 lat siedmiu Walachów musiało odprawiać rytuał, który odsyłał bestię na jej planetę. Bestia oczywiście od razu wracała - stąd te 48 lat. Zazwyczaj z rytuału wracała tylko jedna osoba (czasem dwie, lub nikt). Na końcu rytuału należało powiedzieć "Skosztuj wina z mego kielicha" - chodziło o wino z góry Ararat. Bestia musiała napić się wina, co skutkowało odesłaniem jej do domu. Dowiedzieliśmy się jeszcze, że w górach środkowych leży uśpiony Wielki Przedwieczny bóg - Azatot. Analia natomiast odzyskała siłę i to ona przywołała ŻGBD - inaczej zwaną Gwiezdnym Wampirem. Te informacje nam wystarczyły. Inkwizytor nas zabrał - niby na śmierć. Następnie Igor zadecydował, że chce skrócić męki uwięzionym Walachom i zabił jednego z nich. Niestety ten czyn sprawił, że został wyzwany od zdrajcy, a drugi z Walachów tak się zablokował, że już nic więcej nie powiedział. Po opuszczeniu więzienia zostaliśmy uzdrowieni przez magów. Ludendorf zorganizował spotkanie, na którym opieprzył Inkwizytora (ten zrobił się cały czerwony ze złości) za mordowanie ludzi. Dostało się też magom za brak efektów ich pracy. Jako przykład podał nas. Magom darmozjadom rozkazał usunięcie tatuaży z naszych pleców i natychmiastowe rozwalenie Gwiezdnego Wampira. Wszyscy wzięli się do roboty - magowie nie mogli usunąć tatuaży, więc je przemalowali na inne. Skutki tych czynności nie są do końca znane. Potem wyruszyliśmy do świątyni Walachów, aby zgładzić Gwiezdnego Wampira - my, 8 magów i najemnicy. Po 4 dniach byliśmy na miejscu. Po drodze magowie studiowali księgę z zaklęciem odegnania bestii. Nie rozumieli tylko co trzeba zrobić z winem. W nocy siedmiu z nich poszło odprawić rytuał. Po pewnym czasie Igor wpadł na pomysł, że wcale nie trzeba polewać demona winem i trafić do jego gardła, tylko należy się poświęcić - wypić wino i zostać porwanym przez bestię. Nie zdąrzyliśmy przekazać tej wiedzy magom. Rozpoczęli oni rytuał. Postanowiliśmy iść im na pomoc - zapłaciliśmy 3 najemnikom aby z nami poszli. Byłem ja, Igor, Magnus, mag i 3 najemników. Weszliśmy do świątyni, gdzie mieliśmy odprawić rytuał. Wcześniej napiliśmy się wina i wybraliśmy jednego z najemników, który miał powiedzieć kwestię odegnującą bestię (wszyscy najemnicy nie wiedzieli, że idą na śmierć). Drzwi się za nami zamknęły. Niestety wszyscy magowie już nie żyli. Rozpoczęliśmy rytuał. Ja intonowałem modlitwę, reszta powtarzała. Nieświadomi najemnicy nie wiedzieli w czym uczestniczą. Najpierw zginął jeden z nich - został porwany do góry i spadł wysuszony - bez krwi. Potem drugi. Trzeci, który miał wypowiedzieć kwestię także zginął. Potem zginął mag. Zostaliśmy we trzech. Któryś z nas musiał się poświęcić. I już miałem to zrobić, gdy poczuliśmy ruch powietrza - do świątyni wszedł dowódca najemników ciekawy co robimy z jego ludźmi. Wampir od razu go "wypił". I to przepełniło czarę. Żarłoczna Głębia Bez Dna udała się w podróż do domu i z powrotem. Mamy 48 lat na przygotowanie ludzi mających odprawić kolejną ceremonię. A wszystko to przez Hoga i jego Analię. Dodać należy, iż w momencie ceremonii Miecz Końca "Kordiał" z przerażenia siedział cicho jakby w ogóle nie istniał.

Sekta Analistów

Ludendorf był zachwycony naszą postawą. Kolegia magii natomiast były złe na Ludendorfa za stratę magów i zaczęły popierać baronównę Ostlandu. Księstwo Hochlandu przez wojnę było bardzo mocno zadłużone. Kasy brakowało, a grunt pod nogami Ludendorfa zaczął się walić. Musieliśmy odnieść kolejne zwycięstwo. Inkwizytor i my musimy zniszczyć Analię. Bernard Gui zaczerpnął informacji na temat Analii. Otóż jest ona bardzo silna. Prawdopodobnie sprawiła, ze gardziel Wartenbuch zawaliła się i do kotliny Wartenbuch nie ma już wejścia - jest ona odcięta od świata. Dodatkowo Analia założyła sektę, której członkowie i uprawiają wyłącznie miłość dzięki której nie można zajść w ciążę - tzw miłość analną. :) W całym Imperium kobiety zaczęły modlić się do Analii podczas porodów i stawiać jej figurki - aby nie stracić nowo narodzonego dziecka. Jak widać kult Analii rozprzestrzenia się bardzo szybko. Główną "kapłanką" jest niejaka Asuana. Dodatkowo jedyna droga prowadząca do kotliny została zablokowana - ta droga to gnomi szlak. Otóż Soderingen rozrosło się bardzo i zawarło pakt z ludźmi z kotliny, że w zamian za jedzenie nikogo tam nie będzie wpuszczać. Szlachcice mieszkający w kotlinie musieli uciekać. Rozmawialiśmy z Henrykiem Wieźną, który opisał nam sytuację panującą w kotlinie - że wieśniacy z Kurzberg się zbuntowali, że nie będą płacić podatków - potem zastraszyli, że jak się im coś robi, to świątynia Sigmara zostanie zniszczona i tak się stało - pioruny w nocy zrównały świątynię. Potem kazali się wynosić, bo inaczej zamek zostanie zniszczony, więc szlachcic uciekł. Musimy więc w jakiś sposób unieszkodliwić tą sektę. Najlepiej zabijając Analię. O dziwo przed wyruszeniem odwiedziły nas dwie osoby. Pierwszą był Falandar, który zaproponował, iż pomoże nam w zabiciu Analii. Wg niego Analia znajduje się w swojej krainie do której prowadzi teleport za wodospadem w kotlinie Wartenbuch. Kraina ta to w rzeczywistości jedna z gwiazd na niebie. Gdyby udałoby się nam zniszczyć ten teleport, to musiałaby ona podróżować do nas za pomocą statku (znowu jest mowa o statkach międzyplanetarnych). Co więcej, podobno kiedyś żył Tomas Edison - wielki uczony, który wymyślił urządzenie mogące zniszczyć gwiazdy. Gdybyśmy się dowiedzieli która gwiazda to kraina Analii, a Falandar znalazł zapiski i skonstruował maszynę, to moglibyśmy zniszczyć Analię. Mi ten plan się nie podoba :) Drugą osobą, która nas odwiedziła był Ratter z domu Totter. Starał się nas przekonać abyśmy do niego dołączyli lub zaniechali zabicia Analii. Nie udało mu się i odjechał z niczym. My także wyruszyliśmy - aby dokonać ostatecznego zniszczenia Analii, którą kiedyś przecież ratowaliśmy. Tydzień po nas wyruszył Inkwizytor. My musimy rozpracować sektę, a Inkwizytor przybędzie i dokona "rozliczenia winnych". Podczas drogi szybko weszliśmy w góry i spotykaliśmy coraz więcej Walachów. Piątej nocy napadli oni na nas. Okrążyli i nie dali się przekonać, że mamy dobre zamiary. Kiedy nas zaatakowali Igor zamienił się w niedźwiedzia i pozabijał większość z nich - ponad dwudziestu młodzieńców i wyrostków. Po kolejnych kilku dniach dotarliśmy do Soderingen, które zmieniło się nie do poznania. Wszystko jest większe. Zmieniła się także władza - zamiast rady rządzi Popiel - czyjś tam namiestnik. Gnomy, które kiedyś tu mieszkały są w opozycji - są tzw buntownikami. Większość to nowi osadnicy - rojaliści popierający Popiela. My zostaliśmy przywitani bardzo dobrze. Józef-Magnus został przyjęty jak bohater. Na spotkaniu z mistrzem Fredolio okazało się jednak, że tak różowo nie jest. Otóż nie możemy wejść do kotliny, ponieważ wyszedł dekret Popiela, że pod karą śmierci nikt tam nie może przejść. W zamian osada otrzymuje od kotliny jedzenie - ryby, pszenicę i miód. Dodatkowo Fredolio wcale miło nie wspomina Hoga. Otóż jak się okazało na osadę napadły Skaveny i szukały lampy. Gnomy aby zapobiec atakowi musiały zalać niższe pokłady osady. Potem po lampę zgłosił się Wyzwoliciel i gnomy musiały ją oddać, ale wcześniej skonstruowały jej replikę i to ją oddały, ponieważ lampa pozostała zatopiona. Dodatkowo Hogo miał kiedyś szczurka - Tuptusia, który zjadł spaczeń z lampy. Biedny Tuptuś zaczął chorować i zniekształcać. W końcu wyglądał fatalnie i ktoś postanowił skrócić jego mękę zabijając szuflą. O dziwo zamiast jednego pojawiły się dwa Tuptusie. Potem zamiast dwóch cztery i tak dalej. Każde zabicie skutkowało pojawieniem się nowego szczura jeszcze bardziej zdeformowanego. W końcu wprowadzono zakaz zabijania Tuptusiów, ale tych wolno, acz systematycznie przybywa. Przydałoby się znaleźć flety De Bigossiego aby przejąć nad nimi kontrolę. Fredolio zaproponował nam pomoc w przedostaniu się do kotliny w zamian za pomoc przy zdobyciu fletów, lampy i zatamowaniu wody wpływającej do tych pokładów. Skontaktował nas z krasnoludem - Endeckerem - wspaniałym inżynierem, który wymyślił KHA-ORI-BUL-BARAGH, czyli kombinezon nurka. Jak do tej pory nikt nie przeżył wyprawy pod wodę, ale zawsze przecież musi być ten pierwszy raz.

Plan był taki - potajemnie udajemy się na miejsce gdzie wejdziemy do wody. Po drodze uważamy aby nie widzieli nas rojaliści (Popiel pod groźbą śmierci zakazał gnomom wchodzenia do wody), uważamy na Tuptusie. Po dotarciu na miejsce Fredolio i Endecker odchodzą na 5 godzin i wracają jak już wyjdziemy. Ja i Igor wchodzimy do wody i szukamy rzeczy, oraz podkładamy bombę. Waldemar i Józef-Magnus pozostają na górze i w miarę potrzeb dokręcają rurki transportujące tlen. Wszystko było jasne. Dla odstresowania zagraliśmy z gnomem Suprafianem i innymi w kości (wygrał Suprafian) oraz potem w jednorożca (takie brutalniejsze kuku). Igor swoją niezłomną postawą przyjął straszne ciosy w głowę, ale wytrzymał czym wsławił się wśród gnomów. Następnego dnia już po całej osadzie krążyły opowieści o nim i jego mocnej głowie. Przed wyruszeniem zaniepokoił nas jeszcze fakt, iż podobno w osadzie widać było skavena. O dziwo Popiel nie wszczął żadnego alarmu, ani stanu gotowości. Ja na to też nie zwróciłem uwagi, gdyż byłem zafascynowany wynalazkami Endeckera. Kombinezon to szczyt techniki. Dodatkowo bomba posiadająca kwasowy zapalnik i dająca się wysadzić pod wodą. Coś niebywałego. Szybko więc dotarliśmy do punktu wejścia do wody - starej windy międzypokładowej. Od początku mieliśmy ciężkie zadanie - musieliśmy wskoczyć do wody tak aby trafić na półkę skalną znajdującą się na głębokości 4 metrów - inaczej spadlibyśmy aż na 12 metrów - a wiadomo, że kombinezon może tego nie wytrzymać. Ja wskoczyłem pierwszy. Od razu ogarnęła mną panika - co się dzieje - coś zakotłowało, zrobiło się ciemno, i tylko jedną stopą zachaczyłem o półkę. Potem wskoczył Igor i też nie trafił wprost w półkę skalną. Jednak po pewnym czasie się nam udało. Wyruszyliśmy więc w ciemne korytarze. Mieliśmy świecący kryształ i widzieliśmy na 20cm. Pod wodą wszystko wydawało się inne. Tak więc zabłądziliśmy. W końcu doszliśmy do jednego pomieszczenia, ale niestety zawalił się za nami sufit. Rurki z tlenem zostały przygniecione, a droga wyjścia zamknięta. Igor z moją pomocą odczepił się od rurek i znalazł kilofy. Potem podczepiłem go znowu i zaczęliśmy odkopywać wejście. Igor wykonał 5/6 roboty podczas której zużył cały swój tlen. Musieliśmy więc znowu zamienić się rurkami. Gdy otwór umożliwiał już wyjście odcięliśmy się od przygniecionych rur, przeszliśmy przez zwał i podpieliśmy do całych i sprawnych rurek. Przez cały czas nasze kombinezony były uszkadzane i musieliśmy łatać je za pomocą pakuł. Kontynuowaliśmy eksplorację podwodnego świata. W jednym z pomieszczeń znaleźliśmy magiczne flety De Bigossiego, a nas znalazła ryba chaosu z mackami. Konkretnie większego z nas - Igora. Walka była krótka i skończyła się pokonaniem wroga. Igorowi na pamiątkę zdarzenia wystaje bełt z pleców i troszkę przyczepionej do niego macki. Kolejnym pomieszczeniem miała być pracownia De Bigossiego. Niestety wejście do niej zostało zawalone kamieniami. Całe szczęście to pomieszczenie ma dwa wejścia. Musieliśmy pójść na około. Gdy przechodziliśmy obok miejsca, w którym woda wpływa z rzeki do pomieszczenia zmagaliśmy się z dużym prądem, który porwał Igora. Całe szczęście udało mi się go złapać i "poszliśmy" dalej. Dotarliśmy do jadalni i magazynku, oraz do pracowni De Bigossiego. Drzwi do magazynku i pracowni były zamknięte. Ku naszemu zdziwieniu okazało się, że w magazynku ktoś był i krzyczał pomocy. Jednak nie udało nam się z nim dogadać. Trzeba będzie coś wymyślić, aby go stamtąd wydostać. Potem otworzyliśmy drzwi do pracowni. Tam także nie było wody i razem z nią się tam dostaliśmy. Pomieszczenie było bardzo wysokie i jego podłoga znajduje się prawdopodobnie na 12 metrach (te drzwi przez które weszliśmy znajdują się pod sufitem) - czyli granicy wytrzymałości kombinezonu. Nikt nigdy tak głęboko nie zszedł. Całe szczęście Igor zatrzymał się na balustradzie. Ja miałem mniej szczęścia i razem z wodą leciałem do pomieszczenia. Całe szczęście złapałem się żyrandola. Na dole pomieszczenia widzieliśmy też leżącą szukaną przez nas lampę.


Najpierw udało się mi przejść/przepłynąć z żyrandola do Igora. Potem postanowiłem, iż zejdę sam po lampę na głębokość 12 metrów. Umówiłem się z Igorem, że jak pociągnę za linę to on mnie wyciągnie. W imię nauki schodziłem w dół. W pewnym momencie poczułem, że coś się ze mną dzieje. Pociągnąłem za linę i zemdlałem. Igor musiał ruszyć mi na ratunek. Zszedł za mną. Znalazł też lampę. Trzymał ją w rękach martwy skaven. Gdy Igor do niego podszedł duch skavena rzucił się na niego i zaczął dusić. Przeniknął mu on do beczkochełmu. Igor ostatkiem sił wezwał swój miecz, który przyleciał i uratował mu życie wbijając się w ciało skavena. Igor zabrał lampę i mnie i odczepił sobie pas z balastem. Wypłynęliśmy na górę pomieszczenia. Tam Igor stwierdził, że w rurce z tlenem znajduje się woda zamiast tlenu. Ja się ocuciłem i też miałem wodę zamiast tlenu w rurce. Byliśmy praktycznie skazani na śmierć. Odczepiliśmy swoje rurki i zatkaliśmy ich końcówki. Całe szczęście wpadłem na pomysł aby poszukać pustych beczek po piwie (tam powinien być tlen) i do nich doczepić nasze rurki. Udało się wszystko wykonać. Co prawda musieliśmy wypić dużo piwa, które zalegało w beczkach, ale się udało. Szczęśliwi stwierdziliśmy, że nie mamy jak ratować uwięzionego gnoma i postanowiliśmy wracać na górę. Po drodze podłożyłem bombę w korytarzu. Niestety nie udało mi się uciec wystarczająco daleko i zostałem porwany falą uderzeniową. Uratował mnie Igor (łapiąc za rękę gdy obok niego przelatywałem/przepływałem), oraz fakt, że byłem pijany, a jak wiadomo pijany mocno się nie obija. Tak to udało nam się wypłynąć na powierzchnię. Tam spotkaliśmy dużo zdziwionych gnomów. W tym czasie Józef i Waldemar mieli dostarczać nam tlen. W pewnym momencie zobaczyli zieloną mgłę nadlatującą z jednego z korytarzy i dużo Tuptusiów uciekających z tamtego miejsca. Położyli się oni na ziemi i czekali. Mgła ich otoczyła. Nie mogli uciekać. Jej dotyk sprawił, że oczy strasznie ich piekły i nic nie widzieli. Wskoczyli do wody. Potem dzięki pomocy boskiej Waldemar nie dostał toporem w głowę, a jakiś napastnik wpadł do wody. Walka trwała. Oślepiony Józef walczył jak lew i zabił jednego, potem drugiego przeciwnika. Potem wyszedł na brzeg i po omacku zabił trzeciego napastnika, który strzelał do nich z dmuchawki. Przeciwnik zdążył powiedzieć tylko "Nie wierzę ku..a". Tak oto potężny Józef będąc ślepym zabił elitarną jednostkę dywersyjną skavenów. Niestety skaveni wrzucili nasze rurki do wody. Waldemar starał się je wyłowić - nurkował głęboko, ale mu się to nie udało. Już myśleli, że nie żyjemy, ale jak widać jesteśmy zbyt mocni ;) Po całej akcji gnomy przez dwa dni debatowały co z nami zrobić, ale w końcu nic nam nie zrobiły. Dostaliśmy w nagrodę jeden flet DeBigossiego i Fredolio oddał nam lampę. Józef wykrył, że to replika i zażądał oryginału. Znowu dostaliśmy replikę i dopiero za trzecim razem prawdopodobnie dostaliśmy prawdziwą lampę. Ja jeszcze porozmawiałem sobie z inżynierem Endeckerem, który na początku się na mnie obraził, ale potem udało mi się go do siebie przekonać. W końcu uzyskaliśmy możliwość wejścia do kotliny. Tam od razu przywitały nas trzy kobiety. Nałożyły na nas wieńce z kwiatów. Były radosne i szczęśliwe. Co dziwne w kotlinie pomimo zimy było bardzo ciepło. Powiedziały nam, że Ratter i Asuana do nas przyjdą, a tymczasem one nas będą oprowadzały. Pomimo naszych sprzeciwów wszędzie z nami chodziły. Ich liderką była Natasza i to z nią dyskutowaliśmy. Głównie o ustroju tu panującym. Otóż generalnie nikt tu nie rządzi i wszyscy są równi. Kobiety uprawiają miłość z dowolnymi mężczyznami. Wszyscy pracują i są szczęśliwi. Istnieje ruch kobiet zwanych sufrażystkami, które są wybrankami Analii. Co dziwne wiele z nich jest w ciąży. Jak się dowiedzieliśmy zaszły w nią poprzez miłość bożą. Czyli podczas snu. Zaprowadziły nas do wioski. Tam dostaliśmy bardzo dobre jedzenie - bez mięsa, które nawet sceptycznemu Igorowi smakowało. Denerwujące było to, że ani na chwilę nie zostaliśmy sami. Mieszkańcy z nami rozmawiali, opowiadali o szkole, którą zrobili z dworku Schlimanna, mówili o Ratterze i Asuanie, którzy objęli opieką całą tą kotlinę. Po obiedzie wyruszyliśmy z tej wioski. Udało nam się zgubić kobiety i bardzo szybko spotkaliśmy ukrytego człowieka - Maksa Uciekiniera. Był to można powiedzieć banita, który uciekł z wioski. Powiedział, że wyznawczynie Analii są złe i zabijają niepokornych mężczyzn. Zaprowadził nas do obozu, gdzie było jeszcze pięciu takich jak on, którzy właśnie sprowadzili do obozu złapane kobiety Analii. Od razu zabrali się do gwałcenia. Wtedy Igor bez namysłu zabił ich wszystkich. Ocalone kobiety zanieśliśmy do szpitala (zamek Henryka Wieźny). Sami zatrzymaliśmy się we wsi Pstragicze obok zamku. Zostaliśmy uznani za bohaterów.

Wieczorem do Józefa przyczepiły się dwie kobiety - Łucja i Matylda. Nie należały one do sufrażystek. Uprawiały normalną miłość ;) Waldemar także znalazł sobie jakąś kobietę. Przenocowaliśmy w Pstragiczach. Od ranka kolejnego dnia rozmawialiśmy z siostrami sufrażystkami. Uważają się one za koleżanki Analii. Wg. nich nie ma rządzących i rządzonych. Rzeczywistość jednak pokazała, że jest inaczej. Mężczyźni są wykorzystywani. Robią większość prac domowych i polowych. Dodatkowo sufrażystki zamiast orać pole, stoją i nadzorują z kijami i podobno pouczają jak dobrze pracować. Zwykli wieśniacy jak Łucja i Matylda są niezadowoleni ze swojej pozycji - chcą być równi z sufrażystkami. Gdy Józef pił wódkę dołączyło się do niego dwóch wieśniaków - mężczyzn. Tak jak wszyscy zwykli wieśniacy byli jakby otumanieni. Dopiero po wypiciu wódki jakby otrzeźwieli i zdali sobie sprawę ze swojego położenia - że są wykorzystywani. Dowiedzieliśmy się od nich, że w lesie nie ma zwierząt i ptaków. Sprytnym zagraniem taktycznym udało się sprawić, że Waldemar pozostał bez opieki sufrażystek i udał się do leśniczego Joszki. Ten też był otumaniony, ale udało się dowiedzieć, że wszystkie zwierzęta zostały zmiażdżone, część po prostu uciekła. Dziwną rzeczą było to, że w lesie spotkać można drzewa oblepione ptakami. Potem spotkała nas niemiła niespodzianka. Otóż gdy siedziałem przy stole podeszła do mnie Marianna, kobieta duża i nawet ładna. Przytuliła się do mnie. Natasza syptała czy podoba mi się ta kobieta. W sumie to się trochę podobała. Okazało się jednak, że Marianna urodziła się jako chłopak!!! Wbrew mej woli dał(a) mi całusa. To nas rozwścieczyło i grożąc bronią opuściliśmy tą osadę. Szliśmy po lesie kłócąc z Nataszą, gdy spotkała nas Asuana. Porozmawialiśmy z nią. Otóż z jej opowieści wynika, że przewodzą tej kotlinie od 3 miesięcy razem z Ratterem. Wcześniej rządziły sufrażystki. Nie były to dobre rządy ponieważ chciały ze wszystkich facetów zrobić kobiety. Dodatkowo za bardzo się wczuwały w swoje role. Obecnie mają swoje spotkania i coś tam sobie uchwalają, ale w ostatecznym rachunku słuchają się Asuany i Rattera. Asuana określiła, że jest koleżanką Analii i jej doradza. Przyznała, że wiedziała o zemście Analii na gwałcicielach i się jej nie dziwi. Ogólnie była bardzo miła. Podziękowała za uratowanie kobiet przed gwałtem i powiedziała, że tamci mężczyźni to byli czciciele Slanesha. Podobno ta sekta rozwijała się w tej kotlinie od pewnego czasu. Sięga też do całego imperium rozsyłając nieprawdziwe plotki o analistach. Co więcej sekta ta działa przeciwko Analii i chce ją zniszczyć. Powodem ma być jak twierdzi Hogo (koresponduje z Ratterem i Asuaną) sąd ostateczny, czyli przybycie 4 jeźdźców Apokalipsy. Otóż nadejdzie ostateczna bitwa i jest pytanie który dobry bóg przeciwstawi się któremu złemu. Przeciwko krwiożerczemu Khornowi stanie Sigmar, z chorobami Nurgla będzie walczyć Shally, z Tzeentchem nie wiadomo kto (może Moor, ale ten ma zawsze Khaina na karku), a przeciwko Slaneshowi właśnie może walczyć Analia. Dlatego to czcicielom Slanesha zależy na tym aby zniszczyć Analię. Asuana przeprosiła nas za Mariannę, ale powiedziała, że w całym imperium jest dużo takich osób i nie mogą spokojnie żyć. Za to w kotlinie nikt nie robi im z tego powodu ich odmienności wyrzutów. Wiele z tych osób ma zamiar osiedlić się w kotlinie. Podobno przyjdą dwiema ścieżkami górskimi, które tu prowadzą. Asuana obiecała, że jutro spotkamy się z Ratterem i odeszła. My korzystając z tego, że jesteśmy sami udaliśmy się do grobu Olafa. Niestety nie udało nam się do niego dotrzeć - roślinność wokół niego była bardzo gęsta. Przebijaliśmy się, ale po 300 metrach zaatakowały nas meszki i musieliśmy uciekać. Dopiero zimna woda ze strumienia powstrzymała te groźne owady przed zjedzeniem nas. Następnie udaliśmy się do wioski Kurzberg. Tam wieśniacy dalej chodzili w czarnych strojach, ale nie nosili już czarnych kapeluszy. Głównie pracowali na polach, a sufrażystki się nimi opiekowały (nadzorowały). Jurgena Klausa z nimi nie było. PRZespaliśmy tam noc. Kolejnego dnia mistrz zielarz uleczył nasze obrażenia rosą z mchu ze świętego kamienia. Niestety nie udało mi się od niego nic wyciągnąć na tematy kotliny. Bardzo zamknął się w sobie. Byliśmy też świadkami jak sufrażystki odbierają dziecko z domu i prowadzą w kierunku wodospadu. Nie udało się mi ich śledzić. Wyruszyliśmy więc z powrotem do Pstragiczy na spotkanie z Asuaną i Ratterem. Wyjaśnili oni nam, że dzieci są zabierane do ogrodów nemerii i tam są wychowywane, aby nie mieć skazy krwi. Żeby potem być dobrymi ludźmi. Wiemy też, że sufrażystki mają swoje tzw bojówki - należy do nich siostra Mucja. Gdy dowiedzieli się, że Inkwizytor prawdopodobnie stoi u bram kotliny Ratter od razu udał się do Popiela. Asuana była przerażona. Ale potem się uspokoiła i doszła do wniosku, że z Bernardem da się dogadać. Da się mu jakąś opłatę i będzie po sprawie. Potem pod przysięgą, że nie zabijemy Analii wyjawiła, że Analia mieszka w domku Olafa i jest w ciąży. Będzie rodzić za około 3 tygodnie. Stąd te ciepłe dni i tyle ciąż w okolicy. Postanowiliśmy, że rozpracujemy sektę Slanesha. Podczas rozmowy ktoś nas obserwował - nie wiemy jednak czy słyszał to o czym mówiliśmy. Przystapiliśmy więc do akcji. Ja zrobiłem dwa drewniane fallusy. Od Waldemara (ten miał już kilka/kilkanaście zbliżeń z różnymi dziewczynami) dowiedziałem się, że najbardziej rozwiązłą sufrażystką jest Natasza. Plan był taki abym się z nią przespał i sprawdził czy rzeczywiście jest sekciarką. Zanim jednak do tego doszło to Łucja zagadnęła Józefa, żeby uratował jej brata. Otóż podobno sufrazystki porywają niesfornych mężczyzn i więżą ich w domku w lesie. Potem Ci faceci wracają otumanieni. Łucja zaprowadziła nas do jednego takiego człowieka ukrywającego się w lesie. Niestety nie był on w stanie pozwalającym na dogadanie się. Widać po nim było nieudane próby przeprowadzania zabiegu medycznego zwanego lobotomią. Nie pomogła mu nawet mikstura na wszelkie zło sporządzona przez Erfinda. Udaliśmy się do domu w lesie, gdzie podobno znajdował się brat Łucji. Budynek otoczony był wysokim płotem. Nie wyglądał jednak na twierdzę, czy więzienie. W jednym z okien poddasza widzieliśmy jedną kobietę, która pewnie pełniła rolę obserwatorki. Niestety nie weszliśmy do środka, gdyż musieliśmy wracać aby zrealizować plan z Nataszą. Udało się. Poszła ze mną do domku, ale niestety lub stety nie okazała się kultystką Slanesha. Została więc zastraszona i pewnie nie puści pary z ust. Dowiedziałem się od niej jeszcze, że w tym domku sufrażystki odbywają narady. Dodatkowo powiedziała, że sufrazystki bardzo uważają na kultystów Slanesha i są im przeciwne. W czasie gdy zabawiałem się z Nataszą do Józefa przyszła Matylda i powiedziała że chciałaby z nim odejść z kotliny. Że ma dość życia tutaj. Że Ratter i Asuana podobno mają w domku przy wodospadzie pentagram na podłodze i składają Analii ofiary - początkowo ze zwierząt a potem podobno nawet z ludzi (informacje od służącej sprzątającej u Ratterów). Potem do Matyldy i Józefa podeszły 3 sufrażystki. Zabrły ją do domku. Igor i Józef podsłuchiwali i usłyszeli jak one ją ganią za to co mówi i jak się zachowuje. Po pewnym czasie one wyszły. Gdy Józef wszedł do środka zobaczył Matyldę która była po lobotomii. Jeszcze coś kapowała, ale nie dało się z nią dogadać - powiedziała, że one jej to zrobiły. Zastanawialiśmy się skąd one to umieją. Niektóre ze sufrażystek sprawiały wrażenie oczytanych i nie były zwykłymi wieśniaczkami - musiały przybyć tu z miast. Ale skąd niby umiały robić lobotomię? Igor i Józef poszli po Asuanę i powiedzieli jej czego byli świadkiem. Niestety po powrocie do domku Matyldy już nie było. Asuana poszła po te 3 sufrażystki. Igor z Józefem zaczęli je przesłuchiwać. Były one śmiertelnie przerażone i nic nie powiedziały, a Igor nie opanował miecza i zabił jedną z nich. Asuana także sprawiała wrażenie osoby, która nic nie wie. Tak samo wyglądała Łucja, do której poszedł Erfind. Ktoś ostro robi nas w bambuko.


Józef udał się na poszukiwania Matyldy. Gdy ją znalazł musiał z nią walczyć - była bardzo dobrą wojowniczką, ale Józef był lepszy i ją pojmał. W tym czasie ja musiałem przekonać dwie sufrażystki, że ich koleżanka, którą zabił Igor należała do sekty Slanesha. Udało mi się podrzucić jej medalion Slanesha i dały się przekonać. Józef przyprowadził Matyldę, a potem jeszcze udało się pojmać Łucję. W jej domu znaleźliśmy liczne artefakty kultu Slanesha. Dodatkowo obie kobiety miały wytatuowane ..?.. . Niestety nie udało mi się ich przesłuchać, ponieważ tortury sprawiały im przyjemność. Kolejnego dnia do Józefa zgłosiło się dwóch leprowatych z leprisorium znajdującym się w kotlinie. Zaproponowali oni wymianę - dadzą nam Klausa Ostenbrucka, a w zamian pomożemy złapać im Analię. Ta kobieta pozwoli im się wyleczyć, i tym samym zniszczylibyśmy kult Nathaniela - ponieważ kultystami są zdesperowani leprowaci. Propozycja ciekawa. Zdecydowaliśmy jednak, że zamiast im pomagać zniszczymy ich. Weszliśmy w spółkę z Asuaną i Ratterem. Zaproponowali abyśmy zaprowadzili leprowatych na bagna, a tam czeka na nich pułapka. Od Rattera dostaliśmy maść, którą mieliśmy posmarować sobie twarz, oraz musieliśmy wymoczyć nogi w jakimś roztworze. Następnego dnia udaliśmy się na bagna - prowadziliśmy wszystkich zdolnych walczyć leprowatych na śmierć. Igor i Józef mieli wielkie obiekcje czy postępujemy słusznie. Gdy dotarliśmy na miejsce ropętało się pandemonium. Coś wciągało wrogów pod mech. Dodatkowo przyleciały szerszenie i zaczęły ich kąsić. Na deser przybiegł kamienny strażnik i rozwalił pozostałych przy życiu leprowatych. Mieliśmy wyrzuty sumienia. Porozmawialiśmy jeszcze z Asuaną. Powiedziała nam kilka ciekawych rzeczy o sytuacji w górach. Otóż Wyzwoliciel skumał się z elfami i Falandarem. Spowodowało to, że odeszli od niego orkowie i gobliny. Dodatkowo Wyzwoliciel stracił przywódcę wojsk Drako, który pomógł Asuanie z profesorem Wernerem. Inną ciekawą rzeczą był fakt, że podobno Falandar próbował zabić Rattera. Po tych rozmowach postanowiliśmy poczekać na poród Analii. Któregoś dnia ładna pogoda zamieniła się w burzę z piorunami i gradem. Zrobiło się zimno i zaczął padać śnieg. Wszystkie uprawy zostały zniszczone. Prawdopodobnie Analia urodziła. Dodatkowo ktoś przyniósł wiadomość, że do kotliny wkracza Inkwizytor.

Wąż zjadający swój ogon

Był kiedyś taki komiks THORGAL. Tam po raz pierwszy widziałem taki znak - węża, który zjadał swój ogon. Nie sądziłem, że w WFRP także się z tym spotkam.

Ratter poprosił nas o pomoc. Po kilku kłótniach postanowiliśmy udać się z Asuaną aby przywitać Bernarda Gui. Asuana wystroiła się jak ta lala i zrobiła na każdym z nas piorunujące wrażenie. Tak więc razem z nią udaliśmy się na powitanie Inkwizytora. Podczas oczekiwania pokłóciliśmy się z Asuaną i ona odjechała. Sami więc poszliśmy do osady gnomów. O dziwo wejście do osady było otwarte. Tam trafiliśmy na zebranie rady osady i Inkwizytora. Okazało się, że Inkwizytor z pomocą starszyzny doprowadził do przewrotu, śmierci Popiela i przejęcia władzy. Wypytał nas o wydarzenia z kotliny. Powiedzieliśmy mu częściową prawdę i razem udaliśmy się do kotliny. Nasz oddział liczył 20 gnomów, orszak inkwizytora i nas. Wszyscy zostaliśmy przyjęci jak królowie. Mieszkańcy kotliny dali nam jedzenie i takie tam. Inkwizytor jednak był nieubłagany. Rozmowy z Ratterem i Asuaną nie przekonały go do nich. Przed nimi grał, że wszystko jest dobrze, ale jak później spotkał się z nami to zdradził, że chce przesłuchać Asuanę i Rattera. Asuanie groził śmiercią. Wymyślił plan aby kolejnego dnia rano pojmać wszystkich. My mieliśmy pojmać Rattera i Asuanę. Resztę on. Sufrażystki miały zginąć na torturach, jak i większość kotliny. Wszystko potoczyłoby się zgodnie z planem, gdyby nie Igor. W sumie to nikt o tym nie wie, że to Igor. Cóż on takiego zrobił? Poszedł wieczorem do Rattera i mu wszystko opowiedział i kazał uciekać (nikt z nas o tym nie wie). Gdy rano poszliśmy po Rattera i Asuanę to zastaliśmy pusty dom. Potem usłyszeliśmy, że ktoś atakuje Inkwizytora. Wybiegliśmy aby go ratować. Zostaliśmy otoczeni. Widzieliśmy jak miejscowi wynoszą ciała otrutych gnomów. Ratter kazał oddać nam broń. My się nie zgodziliśmy i wywiązała się walka. Czterech na ponad setkę. W jej wyniku zostałem śmiertelnie ranny - przebity strzałą. Igor został ciężko ranny i wpadł w szał i zamienił się w niedźwiedzia. Ratter popisał się znajomością magii - panował nad cieniem i trochę nas poranił, ale nie poradził sobie z Kordiałem, który wbił mu się w szyję. Potem Igor zabił Jurgena Klausa. Nie wiadomo co się stało z Asuaną - jej ciała nie znaleziono. Potem Igor chciał za pomocą miecza ożywić Erfinda. Niestety nie udało mu się to. Na początku dobił 20 ludzi, a potem nie wiedział co dalej. Wbił więc miecz w moje serce powodując, że ożyłem, ale wykrwawiłem się z powodu rany serca. Potem pojawił się Nepretise - sformował się z cienia. Wyjaśnił jak powinno się ratować umarłych za pomocą Kordiału - zebrać ładunki i delikatnie wbić w serce - między 3 i 4 żebrem. Nepretise zaproponował rozejm i chciał abyśmy opuścili kotlinę. Wtedy Józef wyciągnął lampę skavenów. Nepretese zmienił się z mgiełki w postać materialną, a uwolniony przez Triadę Inkwizytor go zabił. Następnie ciało Erfinda zostało zabrane do Soderingen, a Józef i Igor zobaczyli lecące 4 ptaki. Potem okazało się, że to nie są zwykłe ptaki lecz ogromne jastrzębie, na których siedzieli elfowie - 3 tancerzy wojny i Falandar. Polecieli oni w stronę Analii. Igor i Józef udali się za nimi. Po drodze jeden z nich się zawrócił i wylądował obok naszych śmiałków. Rozkazał aby oddali oni mu lampę. Ci odmówili i postanowili walczyć. Tancerz wojny skakał po gałęziach i drzewach i odciął bark i głowę Igorowi. Potem gdy Józef miał się z nim zetrzeć i zginąć Kordiał sam się poderwał i wbił się w głowę przeciwnika. Józef uciekł od Jastrzębia i wrócił na miejsce z Inkwizytorem i oddziałem gnomów. Udali się razem do domku Olafa, gdzie przebywała Analia. Gnomowie zestrzelili jednego jastrzębia z elfem, po czym przeciwnicy odlecieli. Na miejscu józef zobaczył przywiązaną Analię. Była zrospaczona, gdyż Falandar zabrał jej córkę - Oralię. Prosiła aby ją wypuścić, ale doczekała się poderżnięcia gardła przez Inkwizytora. Jednak ta rana nie sprawiła, że boginka umarła - charczała i żyła. Wtedy Józef wziął Kordiał, posłuchał jego rady aby włożyć lampę Analii w intymne miejsce i ją zabił. Miecz miał moc. Taką moc, że potrafił ożywiać. Józef pobiegł do Igora. Przyszył mu głowę i rękę i ożywił. Potem pobiegł do Erfinda. Niestety musiał wymienić mu serce, a w kostnicy gnomów znalazł tylko serce gnoma. Potem ożywił dowódcę. Co prawda Erfind jest niewielki, ale nie wiadomo jak wielkie będą skutki uboczne.
Tak to Triada zabiła swoich członków - Jurgena Klausa i Rattera. Co na to Hogo? Jak to przeżyje Józef, który spędził z tymi dwoma wiele lat. Co będzie z Igorem ze źle przyszytą głową i Erfindem z sercem gnoma? Chyba nic dobrego... Wiem jedno. Zamiast zębatki w logu Triady miecz powinien zostać umieszczony w znaku węża zjadającego swój ogon.


Triada kontra Viele Blumen


Dopiero po miesiącu udało się Erfindowi i Igorowi odzyskać świadomość. Żyli. Przez kolejny miesiąc nie mogli się ruszać, ale jakoś funkcjonowali. Wieść o masakrze rozeszła się po całym Imperium. Któregoś dnia przyszedł do nas list od Hoga, w którym ogłosił się pierwszym naszym wrogiem pragnącym naszej śmierci. Co więcej rzucił na nas wróżdę rodową, która sprawia, że każdy z drużyny VieleBlumen może bezkarnie zabić nas i naszą rodzinę. Jak się potem dowiedzieliśmy odwołanie takiej wróżdy jest bardzo trudne, czasochłonne i kosztowne. Po napisaniu tego listu Hogo zmarł. Potem dotarł do nas dekret halfingów, który zezwala każdemu hafingowi na otrucie nas. Była to reakcja na śmierć jaką podobno zadaliśmy Hogowi. Kolejny list jaki do nas przyszedł to był list od gnomów, w którym winiły one nas za oderwanie się Soderingen od Glindarow - czyli od stolicy i spod panowania gnomów. Każdy gnom mógł nas od tej pory zabić. Ostatni list był listem od goblinów - za zabicie Rattera skazały nas na śmierć. Ma po nas przyjść Władca Noża. Wszyscy oprócz Igora przejęliśmy się tymi listami. Mieliśmy przechlapane w całym Imperium. Inkwizytor jednak był z nas zadowolony. Przekonywał nas, że im bardziej wrogowie się nas boją tym lepiej. Zaczął nas tytułować "chłopcami" i ogólnie był nam bardzo wdzięczny za uratowanie życia. Generalnie podczas masakry w kotlinie nie zginęło wiele osób. Gnomy jak się okazało były tylko sparaliżowane. Wiele osób zginęło, kiedy Igor zbierał ładunki do Kordiału. Nie znaleziono ciał Rattera, Asuany i Nepretise. Dopiero po bitwie Inkwizytor zrobił czystki zabijając wiele kobiet podejrzanych o bycie w sekcie. Podczas kolejnego miesiąca obserwowaliśmy zmiany zachodzące w Soderingen - nazwało się  ono Republiką Nowigrodu - oraz w naszych głowach. Otóż ja z Igorem mieliśmy dziwne sny - pojawiał się w nich trzygłowy pies - Cerber, który świadczy o tym, że Moor już po nas idzie. Józefowi śniła się dziewczyna Damara - tzw dybóg, czyli istota zagubiona między światem Moora a naszym. Te wszystkie groźby sprawiły, że postanowiłem wymyślić broń dużego rażenia. Tak powstał Święty Granat Ręczny. Gdy podleczyliśmy się całkowicie Józef stwierdził, że musi udać się na szczyt góry, gdzie kiedyś był kamienny strażnik. Nie opuściliśmy go i udaliśmy się razem z nim. Wejście było niezwykle trudne, ale się udało. Na samym szczycie zobaczyliśmy posąg człowieka - bez płci. Leżało tam także truchło jastrzębia bojowego na którym przyleciały dwa truchła elfów - maga i tancerza wojny. Mag i tancerz leżeli w rozłożonym metalowym pentagramie wokół którego stało 5 skał . Jeden z nich był rozwalony. Gdy Józef podszedł do posągu bez płci ten schwycił go za ręce. Igor starał się mu pomóc ale posąg nagle stworzył trzecią rękę i schwycił go za gardło. Całe szczęście udało nam się z tym posągiem porozmawiać. Okazało się że jest to pan gnomów. Stary żywiołak, który został zaatakowany przez elfów Falandara. Elfowie ukradli goblinom kamienny nóż Władcy Noży i za jego pomocą chcieli opanować Pana Gnomów. Zaproponowałem aby dla bezpieczeństwa nóż schować we wnętrzu góry. Żywiołak przekonał się do nas i gdy mu obiecaliśmy, że uratujemy Oralię to postanowił puścić nas wolno. Dał Józefowi małego gnoma - taka mała skałka z nim chodzi. Jednakże Józef nie potrafi go jeszcze kontrolować. Zakazałem aby komukolwiek wspominać o tej przygodzie i wróciliśmy do Soderingen - Republiki Nowigrodu.


Kopalnia złota Brehenschloh

W Soderingen Inkwizytor poinformował nas, że Ludendorf nie jest zadowolony z naszej akcji w kotlinie. Jednak możemy się poprawić. Otóż trzy dni stąd jest kopalnia złota Brechenschloh. Osada należy do Ostlandu, ale obecnie Ostland nie ma do niej dojścia - z uwagi na zawalanie się gardzieli Wartenbuch. W takim razie Republika Nowigrodu spokojnie mogłaby przejąć panowanie nad tą kopalnią. Jeżeli im w tym pomożemy to Ludendorf się ucieszy. Postanowiliśmy, że do kopalni wyślemy jakąś drużynę, która będzie występować niby w imieniu Ostlandu. Przeczyta ona tam pismo o nałożeniu dużych podatków i prohibicji. Ludzie się przeciwko nim zbuntują, a wtedy przyjdziemy my i zaoferujemy im przyłączenie się do republiki Nowigrodu. Stworzyliśmy więc casting na najlepiej pasującą do tego zadania drużynę. Wybieraliśmy spośród dziwnej drużyny gnoma z ogrem, drużyny składającej się z Walachów i trzeciej z ludzi. Wybraliśmy trzecią opcję, wyjaśniliśmy im, że mają odczytać pismo i czekać na władze Ostlandu. Mogą też dowolnie korzystać z uroków osady, bo są przedstawicielami księcia Ostlandu. Wyruszyliśmy 2 dni po nich. Pierwszego dnia nocowaliśmy w górach. Niestety w nocy zaatakowały nas gobliny (około 60). Swoimi głośnymi krzykami wywołały lawinę. My jako bohaterowie uciekliśmy zarówno przed nimi jak i przed śniegiem. Jednak zgubiliśmy się. Było ciemno i każdy z nas musiał radzić sobie sam. Nie ustaliliśmy miejsca spotkania, więc Waldemar i Józef udali się do faktorii. Ja także bym się tam udał, ale pomyślałem, że Igor pewnie wróci do obozwiska i wpadnie w pułapkę. Wróciłem więc do ogniska. Tam Igor walczył z goblinami. Z mojego muszkietu zastrzeliłem ich wodza i zielone gnojki się rozpierzchły. My natomiast udaliśmy się do faktorii Szary Wędrowiec. Na miejscu okazało się, że gobliny już ją atakowały. W faktorii znajdowało się kilkanaście osób - ranger, wdowa po kupcu, jej córka i ochroniarz, właściciel faktorii i inni . Ranger tam przebywający wytłumaczył, że gobliny szukają jakiejś ważnej rzeczy, którą im skradziono (w domyśle pewnie chodzi o kamienny nóż). Wyjaśnił nam, że skoro zabiliśmy wodza goblinów to te będą chciały się zemścić i nas zaatakują. Zaproponował, że postara się nas przeprowadzić przez góry tak abyśmy nie wpadli w łapy zielonoskórych. Dla nas ten pomysł wydał się szaleństwem. Postanowiliśmy się bronić na miejscu. Dużo czasu zajęło nam przekonanie do swych racji reszty osadników. Najtrudniej było z rangerem, którego podejrzewamy o spółkowanie z Wyzwolicielem. Ciężko też było z wdową - musieliśmy jej obiecać, że nic nie stanie się jej córce. Przygotowaliśmy się do odbicia ataku i czekaliśmy na napastników. Wieczorem zaczęli się oni zbierać wokół faktorii. Jak się okazało nie było to 60 goblinów - tylko około 800. Czuliśmy, że chyba popełniliśmy błąd. Nas mężczyzn walczących w obronie faktorii było 8. Gobliny miały przywódców, szamanów i magów, a o wilczych jeźdźcach chyba nawet nie muszę wspominać. Bębnili, dudnili i siali przerażenie. W końcu zaatakowali. Nie wiem co robił Waldemar, Józef się całkowicie załamał, natomiast ja, Igor i 4 pozostałych obrońców staliśmy twardo na posterunkach. Gdy gobliny się zbliżyły usłyszeliśmy wybuch spod bramy, która w tym momencie przestała istnieć. Droga do środka była otwarta. Prawie otwarta, ponieważ stanął w niej Igor Niedźwiedź. Sam na 798 (dwóch zdjąłem z muszkietu). Gdy dobiegali do Igora - zamienionego częściowo w niedźwiedzia stała się rzecz święta:

I Erfind Weise wzniósł granat ręczny ku górze, mówiąc:

O Sigmarze, błogosław ten granat ręczny,

który rozniesie nieprzyjacioły twe na malutkie kawałeczki w łasce twojej.

A Sigmar skrzywił się w uśmiechu, a ludzie spożywać poczęli owce,

leniwce, karpie, orangutany, pszenicę, przetwory owocowe...

I zgodnie z przykazaniami Sigmara Erfind wpierw przekręcił rurkę, potem zliczył do trzech, nie mniej, nie więcej. Trzy było liczbą, do której liczył i liczbą tą było trzy.

Do czterech nie liczył, ani do dwóch. Policzył do trzech. Pięć było wykluczone. Gdy liczba trzy jako trzecia w kolejności osiągnięta została,

wówczas rzucił Święty Granat Ręczny z Nowigrodu w kierunku wroga, co naigrawał się z niego w polu widzenia jego (przed zburzoną bramą), a wówczas on kitę odwalił.

Amen.

Atak został zahamowany. Niedźwiedź rozerwał jeszcze z dwa gobliny i reszta z nich w strachu wycofała się na pierwotne pozycje. Tam się naradzały. Widziały potęgę obrońców - śmiertelną rękę Sigmara i wyjącego zwierzołaka. Igor wyglądał dziwnie - częściowo był człowiekiem, a częściowo niedźwiedziem. Była to jego pierwsza przemiana od momentu śmierci w kotlinie. Przyszyte głowa i ręka były ludzkie, a reszta to niedźwiedź. Igor był w rozterce - odrzucić przekleństwo Tzeentcha czy nie. Miał dokonać wyboru - być zwierzołakiem czy zwykłym człowiekiem. Całe szczęście byłem w pobliżu i za pomocą krzyża Armen udało się przegnać bestię. Przepędziliśmy niedźwiedzia. Powstał nowy Igor - Igor Pogromca Niedźwiedzi. Gobliny się ostatecznie przestraszyły i odeszły. I wszystko by było dobrze, gdyby nie fakt, że Józef oszalał i zaczął podpalać faktorię. Udało się nam opanować ogień, ale pech chciał, że wdowa wraz z córką, schowały się w piwnicy i zaczadziały. Kobietę udało się uratować, lecz córki nie. Kolejna obietnica nie została dotrzymana. Dodatkowo Józef popadł w całkowity obłęd i nie było z nim kontaktu. Trzy dni staraliśmy się go doprowadzić do normalności. I nic. W końcu żarliwa modlitwa i wino z góry Ararat pomogły przegonić obłęd. Józef spojżał na nas ze zrozumieniem i przywitał się słowami: "Witajcie jestem Damara". Po czym znowu jakby się obudził i to już był nasz Józef - Józef Dwie Twarze.


Jak się później okazało Józef stracił pamięć i nie pamiętał nic od momentu bitwy pod skałką. Początkowo nam nie ufał, ale potem się do nas przekonał. Erfind aby głosić chwałę Sigmara nakazał wybudowanie kapliczki i umieścił tam replikę Świętego Granatu Ręcznego. Przez cały czas Triada uznawana była za bohaterów. Tylko wdowa (imie) miała jakieś wątpliwości. Początkowo rządzała pieniędzy za utracony towar. Potem straszyła sądem. W końcu dostała lek na wszelkie zło (włosy jej powypadały) i zioła uspakajające i się wyluzowała. Igor sprał jej ochroniarza, kazał jej pilnować i nie dopuszczać do niej karczmarza i jego rodziny, która uważała ją za zołzę i dziwkę. Wyruszyliśmy więc do kopalni złota. Razem z nami wyruszył lekarz (imie), który słysząc o nowej kopalni postanowił świadczyć tam usługi i dobrze się na tym wzbogacić. Po dwóch dniach dotarliśmy na miejsce. Początkowo wysłaliśmy Waldemara na przeszpiegowanie osady. Okazało się że nasza drużyna dobrze wkomponowała się w osadę i obecnie są pomocnikami szeryfa. Żadnego buntu nie ma i jak widać nie wszystko poszło tak jak zaplanowaliśmy. Udaliśmy się więc do tej osady. Zastaliśmy tam rozpadające się baraki, ludzi z duzymi brodami pracujących w nieprzemyślany sposób, oraz brud smród i kiłę. Spotkanie z szeryfem nie było miłe. Od razu wywęszył o co nam chodzi. Zgodził się na przejście pod panowanie Hochlandu, ale pod warunkiem uznania jego szlachectwa w tym księstwie. (domyślamy się że nie jest szlachcicem). Udaliśmy się też do karczmy, gdzie dowiedzieliśmy się, że karczmarz handluje ze smoczym paktem (kupuje od nich jedzenie) i jak widać w razie jakiegokolwiek konfliktu prawdopodobnie stanie po ich stronie. Dowiedzieliśmy się od niego że 1/3 osady stanęłaby za smoczym paktem. Po rozmowie z karczmarzem udaliśmy się do burdel mamy nazywanej przez mieszkańców mamuśką. Stwierdziliśmy, że jest to tu najbardziej wpływowa osoba. Ustaliliśmy z nią, że w zamian za poparcie umieścimy jej ochroniarza na stanowisku szeryfa. Wieczorem tego samego dnia drużyna, którą tu przysłaliśmy zaproponowała nam przejęcie władzy w kopalni. Zyskami dzielimy się po połowie - obecnie zgromadzone złoto po połowie, natomiast oni ściągają ile się da do czasu aż przybędzie armia Hochlandu, a my potem oddajemy władzę Hochlandowi. Mamy sterroryzować szeryfa i kompanię górniczą (której ta góra jest własnością). W skład kompani wchodzą kransoludy i gnomy.


Gdy szliśmy do karczmy Igor złapał za szyję jakiegoś górnika i wystawił go nad sztolnię mówiąc, że to on go kiedyś zostawił i teraz za to zapłaci. Udało się nam uratować tego człowieka przed gniewem Igora. Niedoszła ofiara nazywała się ... . Kiedyś służył w tym samym oddziale Ostlandu co Igor. A od trzech tygodni po rozwiązaniu się oddziału przebywa w tym miejscu. Postanowiliśmy wykorzystać ... i przepytaliśmy go na temat sytuacji panującej w tym miejscu. Dowiedzieliśmy się, że w okolicy grasują oddziały Ostlandzkie, aczkolwiek są to oddziały całkowicie zdegenerowane i nie wykonujące rozkazów - łupiące okoliczne wioski. Po rozmowie z Johanem stwierdziliśmy, że jest to uczciwy człowiek i postanowiliśmy wtajemniczyć go w plan przejęcia kopalni przez Hochland. Po czym udaliśmy się spać w karczmie. Wieczorem oczywiście Igor próbował rozpić Józefa i Waldemara, na co ja nie zezwoliłem. Efektem tego było to, że Waldemar się obraził i sobie gdzieś poszedł. W nocy zostaliśmy napadnięci i związani. Napastnikami byli ... Strasznie nas obrażali - uznali za zdrajców gnomów. Rano wywlekli na plac przed karczmę. Tam każdego przywiązali do kamienia. Gnom oskarżał nas przy ludziach. Początkowo ci nie reagowali, ale on powoli do nich docierał. Jednak w naszej obronie stanęła burdel mama i szeryf i gdy już się wydawało, że nas uratują Igor przywołał miecz i wysłał go na gnoma. Ten uniknął ciosu, a Kordiał spragniony krwi zabił jednego z górników. Wtedy wszyscy rzucili się na Igora. Ten uciekał i wpadł do 45 metrowej sztolni. Ludzie początkowo uznali go za zamarłego. Ale potem zobaczyli, że żyje i zakopali wejście do sztolni. Igor musiał zostać sam na sam z bestią, która podobno tam grasuje i zabija ludzi. Bestią tą okazały się kretoszczury z pazurami. Igor jednak zwyciężył - co prawda zsunął się na dół sztolni, ale jakoś przeżył. W tym czasie Józef i Erfind oswobodzeni przez Waldemara (Waldemar nie był oskarżony) uciekli do karczmy po rzeczy, a potem sprytnie wyszli z karczmy tyłem i udali się do burdelu. Tam znaleźli schronienie. Ale nie na długo, bo mamuśka w obawie przed zamieszkami i rozlewem krwii górników zdradziła. Jednak z pomocą Johana udało nam się wywieźć w pole gnoma i ogra - otoczyliśmy ich na samej burdelu górze w pokoju. Potem ogr ruszył na nas i wszystkich nas rozwalił. Chyba łaska Sigmara pomogła Józefowi i ten nieświadomie odrąbał nogę ogrowi. Potem Johan ruszył na gnoma i tu także łaska Sigmara sprawiła, że nie zginął - garłacz wycelowany wprost w naszego bohatera wypalił w ręku gnoma raniąc go niemiłosiernie. Tak oto drużyna nr1 została pokonana. Ale my jesteśmy myślący i zamiast ich dobić uratowaliśmy ich. W zmian gnom przeprowadził kolejne zebranie z górnikami i uświadomił im, że jednak jesteśmy bohaterami i zaszło nieporozumienie. Kopalnia ku uciesze nieświadomych górników przeszła w ręce Hochlandu. Następnie zwołaliśmy posiedzenie rady - my, drużyna ludzi, gnom, szeryf, karczmarzi mamuśka. Szeryf został szeryfem, jego zastępcą ochroniarz z burdelu. Następne decyzje miały dotyczyć najblizszych planów obrony przed ewentualnymi napadami oddziałów Smoczego Paktu i Ostlandu.


Zebranie trwało 3 dni. O dziwo przyłączyło się do niego wiele osób. Każda z nacji wybrała co najmniej jednego przedstawiciela. Podczas obrad panował chaos. Erfind postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i ustanowił zasady obrad. Został też wybrany na przewodniczącego.Podczas zebrania postanowiliśmy dokonać głosowania na temat do której opcji osada się przyłączy. Do wyboru były: Nowigród, Ludendorf, Smoczy Pakt i utworzenie własnej republiki. Każda z tych opcji miała swojego mówcę, a reszta osób mogła zadawać mu pytania. Ludendorfa reprezentował Józef i tak ładnie mówił, że wygraliśmy głosowanie. W głosowaniu pomógł nam Ysztvan - uważany przez górników za kapłana Moora. Po głosowaniu postanowiliśmy zapewnić ochronę osadzie. Oglim wymyślił, że z nieopodal leżącej wioski sprowadzimy 5 ogrów, a zostawimy tam jego kompana Azalima. Tak więc wyruszyliśmy. Razem z nami na wyprawę udali się Johan i Ysztvan. Po 3 dniach dotarliśmy na miejsce. Tam przywitały nas ogry, które ogołociły nas z jedzenia. Ogólnie jedzą one bardzo dużo i wszystko - chociażby korę z drzew, a nawet odchody. W wiosce ogrów brakowało jedzenia. Ogrom usługiwały walaskie kobiety. Postanowiliśmy przekonać ich do swoich planów. Zanim to uczyniliśmy każdy musiał opowiedzieć ogniskową opowieść - sprowadziło się to do tego, że każdy wymyślał jakieś niestworzone opowieści o sobie i swoim męstwie. Przez cały czas głodne ogry wdychały dym z ogniska delektując się nim. Potem przedstawiliśmy im swoją ofertę, a oni stwierdzili, że zadecydować musi ich kobieta (rządzi nimi kobieta ogr). Okazało się, że mają oni już umowę ze Smoczym Paktem, a umowa może zostać zerwana tylko wtedy, gdy ktoś z nimi wygra w ogrze warcaby. Podjęliśmy więc wyzwanie. Gra polegała na tym, że na ziemi narysowana była plansza - jak w warcabach. Zamiast pionków były duże kamienie i skały, które w ciągu minuty należało przetoczyć na inne pole. Uczestnicy gry musieli przemieszczać się po kamieniach skacząc z jednego na drugi. Jak ktoś spadł, lub popełnił fucha, to wszyscy przeciwnicy rzucali w niego kamieniami. Jak podczas rzucania spadł, to już dalej nie mógł grać. Gra była długa i męcząca, ale z pomocą i łaską boską wygraliśmy. Ogry stawiły się na nasze rozkazy. Wyruszyliśmy z nimi w drogę powrotną. Dzień drogi od obozu natrafiliśmy na świeże obozowisko. Przeszukaliśmy je i znaleźliśmy ślady wskazujące na żołnierzy Ostlandu, wśród których są wyznawcy Hildenbryka (złożona ofiara z wiewiórki i znaki wody opływającej skałę). Wróciliśmy szybko do osady. Tam czekał już na nas Waldemar z wiadomościami. Podobno przyprowadził do kopalni gnomy z Nowigrodu. Gdy te dowiedziały się, że kopalnia należy do Ludendorfa uznały nas za zdrajców i odeszły (ku radości obrażających ich gnomów z Di Frei Bergmann Organization). Nici z jedzenia, a Szary Wędrowiec nie jest w stanie zapewnić tyle żarcia ile potrzeba, a na domiar złego proponuje bardzo wysokie ceny. Dodatkowo Ikwizytor przesłał nam wiadomość, że Ludendorf się cieszy z nowego nabytku i za ledwie 2 miesiące przyśle wojsko. Do tego czasu mamy się bronić. Informuje jeszcze o dziwnych ruchach wojsk w górach. Jednak najciekawszą wiadomością (zakodowaną) było to, że w górach środkowych przebudził się smok Grimuar . Zabił on już ponad 50 rycerzy i żąda dziewic, którymi się żywi. Jak napisał Inkwizytor legenda głosi, że pokona go "nieumarły, który zabił demona" i sugeruje, że mogę to być ja (Erfind). Jak mi się wydaje, to może być każdy z nas: ja, Igor, Józef - wszyscy ginęliśmy i pokonaliśmy demona. Tak samo może to być Hogo i Jan. Zobaczymy.

Smok w Babiej Górze

Inkwizytor nakreślił nam sytuację związaną ze smokiem o imieniu Grimour. Otóż zamieszkał on w miejscowości Babia Góra. Tam strofuje mieszkańców i żąda dziewic. Przebudzenie smoka wzmocniło siłę i wiarę Smoczego Paktu. Wyzwoliciel wycofał się do środkowej częśći Gór Środkowych. Następnie wojska Smoczego Paktu i Wyzwoliciela z dwóch stron otoczyły Babią Górę, ale nie zaatakowały jej, z uwagi, że jest ona we władaniu smoka. Odprawiają tam modły i składają ofiary dla Grimoura. Fakt, że miasto jest otoczone przez Walachów sprawia, że do Ludendorfa nie docierają informacje o prawdziwej sytuacji w Babiej Górze. Ludendorf planuje zabić smoka i tym samym zabić wiarę w Walachach. My musimy się tam udać, spisać notatkę o sytuacji tam panującej i wysłać ją za pomocą gołębia pocztowego. Zanim jednak wyruszymy musimy powołać oddziały obronne dla kopalni. Spowodowane to jest tym, iż Ludendorf spłókał się z kasy i nie jest w stanie utrzymywać wojsk - wszystkie wojska go opuściły. Kopalnia ma być głównym bastionem obronnym - wojska nieprzyjaciela idące na Neue Unterwalden i ziemie Hochlandu mają się na niej zatrzymać. W tym celu Erfind został upoważniony do powołania 4 roty muszkieterów (60 osób), natomiast Igor powołuje oddział piechurów. Pierwsza rakrutacja zakończyła się sukcesem. W dalszym ciągu problemem pozostawał brak pożywienia. Ustaliliśmy, że w drodze do Babiej Góry poszukamy kogoś, kto zapewni nam wyżywienie. Igor dogadał się jeszcze z karczmarzem, że ten w zamian za umieszczenie swojego syna na czele oddziału będzie wskazywał wioski walaskie, gdzie jest dużo żarła. Dodatkowo będzie pobierał procenty od zrabowanego inwentarza. Wyruszyliśmy do Babiej Góry. Po drodze przechodziliśmy prez Unterwalden. Tam trafiliśmy na gobliny z plemienia Krwawy Fingus. Przewodniczył im Nathuj i jego syn Urnathuj. Te gobliny to nie były zwykłe gobliny. Pod wpływem druidów starały się żyć jak ludzie i zamieszkały w opuszczonym mieście. Mieszkały w budynkach, uprawiały ziemię i chodziły w ubraniach. Po drugiej stronie miasta mieszkali ludzie - uciekinierzy z ... . Otóż kilka miesięcy temu do ich osady przybyli kapłani Moora z Baronii Gusendar. Trzy miesiące temu przy pełni księżyca stała się strasza rzecz. Wielu mieszkańców zamieniło się w diabły i zaatakowało tych, którzy się nie zmienili. Prawie wszyscy zginęli i pozostała tylko garstka, która skryła się w Unterwalden. Mają oni lekkie oznaki zmutowacenia. Żyją w zniechęceniu . Tchnęliśmy w nich iskrę życia - obiecaliśmy handel żywnością i ruszyliśmy dalej. Po 5 dniach dotarliśmy do otoczonej przez Walachów Babiej Góry. Pod osłoną nocy dostaliśmy się prod mury. Rano brama do miasta została otwarta i weszliśmy do środka. Nawiązaliśmy rozmowę z pierwszym napotkanym strażnikiem. Poszliśmy z nim do karczmy, gdzie opowiedział nam jak to pewnego dnia na skwerze obok ratusza wylądował smok. Spalił kilka drzew i zarządał dziewicy. Przestraszeni ludzie dają mu to czego chce - srebra, kobiet (żony młynarza) i innych rzeczy. Dodatkowo codziennie przychodzą Walachowie i składają mu ofiary. Dowiedzieliśmy się jeszcze, że zginęło kilku rycerzy, oraz oddział strażników miejskich, którzy próbowali zlikwidować smoka - wchodzili do pieczary, szedł dym i ogień i ludzie ginęli. W ten sposób zginął mistrz Jana Schweinsteigera - rycerza Pantery, który znajduje się w tym mieście.


Tego samego dnia spotkaliśmy się z Janem. Nasz przyjaciel zmienił się niesamowicie. Stał się bardziej salonowy i poważny. Nie cieszył się zbytnio z naszego widoku i powiedział wprost, że gdyby spotkał nas w innych okolicznościach to raczej by wyzwał nas na pojedynek za to co zrobiliśmy z Ratterem i Asuaną. Dowiedzieliśmy się od niego, że Asuana żyje. O Ratterze nie chciał nic mówić. Dodatkowo powiedział, że Hogo żyje i jest potężny. Niestety jest szantażowany przez Wyzwoliciela - musi nas zabić aby Wyzwoliciel nie zabił Oralii, którą przetrzymują elfy. Podobno planuje zabijać nas po kolei za pomocą skrytobójczych sztuczek. Jan opowiedział jeszcze o swoim mistrzu, który zginął podczas ataku na smoka. Otóż zanim wyzwie się na pojedynek smoka trzeba przejść próbę przygotowaną przez kapłanów smoka (Walachów). Kapłani rozłożyli swoje namioty wokół pieczary i generalnie bez wizyty u nich nie można dostać się do smoka. Cała ceremonia w przypadku mistrza Jana wyglądała tak, że cała jego świta musiała przejść próbę - dostali jakieś opary do wąchania i przez kapłanów przemówił smok zadając pytania. Jan i jeszcze jeden pachołek dostali trudne pytania, nie odpowiedzieli na nie i nie przeszli do smoka. Mistrz pojechał sam ze swoimi sługami (nie mógł zrealizować planu ataku z dwóch stron - do tego potrzebny był Jan) i zginął rozerwany przez smoka. Oczywiście nikt nie widział jak walka wyglądała. Jan mógł wejść jedynie po rozszarpane zwłoki. Jan odradzał nam konfrontację ze smokiem i radził udanie się daleko stąd aby uniknąć konfrontacji z Hogiem. My udaliśmy się razem ze strażnikami do kapitana straży miejskiej Zycha. Musiliśmy go spić aby dowiedzieć się o tym jak atakował smoka. Otóż jak smok się pojawił to Zych zebrał ludzi i zaatakował. Wokół groty paliły się ogniska i unosiły się jakieś opary. Zanim dobiegli do groty to kilku z nich padło - jakby się czymś udusili. Potem za bardzo nic nie pamięta, ale słyszał krzyki i widział ogień itp. Uratowało się tylko trzech ludzi. Z tego wszystkiego wszyscy dużo zjedliśmy i wypiliśmy. Karczmy w Babiej Górze są niesamowite. Jedzenie i trunki pyszne. Nic tylko jeść i pić. I tak się wkręciliśmy, że Igor i Józef imprezowali do wieczora i kolejny dzień. Początkowo drugiego dnia cała Triada badała ślady na bramie, które mógł zostawić smok, ale pijany Igor spadł z murów i nie było sensu dalej korzystać z jego usług. Znaleźliśmy na bramie tylko kawałek czarnego materiału. W miejscu gdzie siadał smok nie było żadnych śladów pazurów. Nic. Potem poszlimy na plac św Małgorzaty. Tam oglądaliśmy spalone przez smoka drzewa, ale także niczego konkretnego nie znaleźliśmy. Za to nas znalazł kapitan Zych i zabrał nas na wódkę i gnoma (potrawa taka). Wszyscy szybko się spili. Zdenerwowany Erfind postanowił działać sam. Udał się do młynarza i wypytywał o żonę ofiarowaną smokowi - nie dowiedział się niczego. Potem w radzie miejskiej dowiedział się, że można podpisać umowę o zabicie smoka zgodnie z którą dostanie się za to 50zk. Następnie Erfind postanowił zbajerować córkę karczmarza - Zuzannę, w celu uzyskania przepisu na potrawę leczącą kaca. Udało mu się, ale sam wpadł w sidła miłości i natępnego ranka biegał z nią boso po rosie na łące. I tak cały dzień. Tak więc przez trzy dni nie zrobiliśmy niczego. Czwartego dnia pobytu udaliśmy się wreszcie do kapłanów Smoka aby przejść próbę pytań.


Próba pytań okazała się bardzo trudna. Pytania: "udaje grzyba a śpiewa jak ptak", "ślimak schodzi na 100 metrowy mur z prędkością 2 metry na dzień, a w nocy ześlizguje się 1 metr w dół - którego dnia wejdzie na mur", czy "mamy dwa lonty - każdy pali się przez 20 minut ale z różną prędkością spalania - za pomoca lontów wymierz 30 minut". Udało nam się na nie odpowiedzieć:"kukurydza","99dni","jeden lont z dwóch stron, a potem normalnie drugi". I byliśmy godni spotkania ze smokiem. Uznaliśmy, że aby nie budzić podejżeń udamy się do smoka z ofiarami - owcami itp. Do kopalni zaprowadziło nas trzech kapłanów. Gdy się zbliżyliśmy zatrąbili na rogach. Wtedy postanowiliśmy działać nieprzemyślenie - jak zwykle. Ogłuszyliśmy 3 kapłanów i związaliśmy ich. Potem wyszedł smok. Był potężny i stał naprzeciw nas - daleko. Potem zaczął z nami rozmawiać! Postanowiliśmy się dogadać - żeby strzegł naszej kopalni złota. On nas zaprosił do swojej pieczary. I gdy ostrożnie do niego się zbliżaliśmy w pierwszego z nas - Igora poleciały strzały zabijając go. Jedna z nich przeszyła mu oko i wbiła się w mózg. Wystrzeliłem w smoka z broni palnej. Kula przeszła na wylot odsłaniając iluzję jaką był smok. Otóż zamiast smoka pojawiła się machina na której siedział mag i łucznicy. W sumie było ich z 11 osób. Zostałem ja i Józef. Walczyliśmy z nimi. Mag poraził nas magicznymi pociskami, które czujemy ciągle w ciele. Jednak zwyciężyliśmy. W Józefa na koniec wszedł dybug i chciał go zabić mieczem końca i zabił. Ja wyciągając miecz z brzucha Józefa zostałem porażony i moje gnomie serce stanęło. Potem jednak Józef sam się uleczył i uleczył mnie (o tyle o ile to możliwe). Potem zemdleliśmy.


Ocuciliśmy się leżąc w pieczarze. Oprócz nas znajdował się w niej Igor! Mówił, że zaraz po bitwie przyszedł oddział Walachów, a on go pokonał. Początkowo nie uwierzyliśmy mu, ale jak zobaczyliśmy ciała około 30 ludzi to przekonaliśmy się, że mówi prawdę. Jednak było z nim coś nie tak - jego ciało także tam leżało martwe - a on stał obok nas i z nami rozmawiał. Po długich przemyśleniach doszliśmy do takiego oto wniosku: Igor nie żyje! :) To co stoi obok nas to duch będący wytworem Kordiału. Kordiał przybrał taką oto postać i wydaje mu się, że jest Igorem. Oprócz ducha znajdował się z nami także ... . Był on więziony przez maga z uwagi na swoją obszerną wiedzę na temat smoków. I wtedy pojawili się oni - elfie komando. Chcieli uzyskać od nas lampę. Postanowiliśmy wymienić się z nimi za Oralię i 300 sztuk złota. Wymiana miała nastąpić w Brehenschlochen. "Towary" miał nam dostarczyć Falandar. Po negocjacjach uwolniliśmy jeszcze kobiety, które były tu przetrzymywane jako dziwki i spotkaliśmy jeszcze Jana Schweinsteigera. On zaczął żartować z Igora i straszyć swoim mieczem - Barraculą. Igor się zezłościł i odciął mu rękę! Jan został kaleką. Razem z nimi udaliśmy się do miasta Babia góra. Postanowiliśmy nic nikomu nie mówić. Józef-Magnus zabrał jeszcze ze sobą różdżkę maga dającą moc tworzenia iluzji smoka. W mieście dogadaliśmy się z burmistrzem aby dostarczał jedzenie do naszej kopalni. Wcześniej podejżałem rachunki osady i dowiedziałem się, że jest ona bankrutem. Wykorzytałem tą wiedzę, aby wytargować niższą cenę za jedzenie. Następnie wróciliśmy do Brehenschlochen. Tam poczekaliśmy na Falandara. Przybył w umówionym czasie. Dał na szkatułkę złota i przywiózł Oralię - o dziwo wyglądała on już na 5letnie dziecko - rośnie bardzo szybko. Gdy uzyskaliśmy to co chcieliśmy zabiłem Falandara. W tym momencie Oralia zaczęła wiszczeć aż Magnusowi bębenek pękł. Igor-Kordiał mieczem dźgnął ją w brzuch. Jednak ona nie umarła - wiszcząc wyleciała przez ścianę zostawiając jedynie dziurę w deskach. Gdy wyszliśmy na zewnątrz usłyszeliśmy, że nad osadą latają elfy na swoich jastrzębiach. Do osady zaczęły zbliżać się wojska przeciwników. Bitwa była nieunikniona.

Wyprawa po Karmazynowego Króla

Bitwa pod Brechenscholchen została wygrana, siły smoczego paktu nie zostały jednak zniszczone. Dzięki genialnej postawie Joachima von Wallhausena, dowódców oraz naszej udało się rozbić skomasowany atak wroga. 1) Bardzo dobrze ufortyfikowaliśmy się na wzgórzu, gdzie umieściliśmy muszkieterów i artylerię, która skutecznie niszczyła przeciwnika
2) rozdzieliliśmy siły przeciwnika wysyłając na zachodnie skrzydło słabe siły. Wróg widząc to wysłał tam skomasowane siły Smoczego Paktu, by je zniszczyć. Tymczasem oddziały wyzwoliciela, elfów itp kontynuowały atak na wieś. Nagle okazało się że dezerterzy i gobliny przeniosły się na wschód gdzie podjęły pierwsze działania zaczepne. Tymczasem powolna piechota SP znalazła się w dole między wzgórzami. Na to czekała jazda lekka hohlandu i zmiażdżyła w pierwszym impecie 1 z oddziałów.
3) Prawdziwe wyzwanie polegało na zniszczeniu rycerstwa, oraz elitarnych oddziałów wyzwoliciela i komanda elfów. Dzięki genialnym posunięciom rycesrtwo nie miało kogo atakować i wybrało atak pod górę na wzgórze, chcąc zniszyć oddział landsknechtów. Na szczęście Theo ustawił oddział w 4 szeregi i wytrzymał miażdżące uderzenie. Zmasowany atak oddziałów doprowadził do dezorganizacji. Gdy rycerze wycofywali się szarża Joachima von Walchausena doprowadziła do zdobycia chorągwi i rozproaszenia tego oddziału. Doprowadziło to do zaprzestania aktywnego działania smoczego paktu. Tymczasem wyzwoliciel atakował wzgórze, ale bez pomocy pozostałych oddziałów był niemal bezsilny. Dodatkowo Igor mógł się uaktywnić, gdyż na ich chorągwiach nie było świętych symboli i mógł swobodnie walczyć.
Wobec powyższego atakujący zaczęli się wycofywać. Nadal jednak posiadali przeważające siły, więc zniszczenie ich nie było możliwie. Jedynie lekka jazda dokonała niemałych szkód, ale i ona musiała ustąpić w obawie przed okrążeniem.
Dodatkowego popłochu i zniszczeń po stronie wroga przyczynił się oddział leprowatych który „znikąd” pojawił się prowadząc kolejne oddziały do dezorganizacji (nikt nie chciał walczyć z leprowatymi)
W konsekwencji straciliśmy nieco ponad 150 żołnierzy. W tym zniszczony został 60 osobowy oddział dezerterów, co nikomu nie sprawiło przykrości prócz nas bowiem zginął tam kolejny członek naszej drużyny. Prawdziwie wartościowe straty to kilkudziesięciu zabitych z lekkiej jazdy i landsknehtów.
Po stronie przeciwnika straty wynosiły prawie 850 zabitych i wielu rannych. Niestety nie udało nam się wyeliminować fizycznie ani rycerzy, ani oddziałów wyzwoliciela. Z elfów została tylko garstka...
Ostatecznie odnieśliśmy duże zwycięstwo: obroniliśmy wioskę, zniszczyliśmy całkowicie kilka oddziałów smoczego paktu oraz zdobyliśmy wielką chorągiew. Jednakże armia nie została zniszczona, a liczna czerń uniemożliwiła pościg za nimi.


Zaoferowaliśmy się zatem, że udamy się do źródła - w miejsce gdzie znajduje się Wyzwoliciel i tam go zabijemy. Reszta naszych oddziałów miała krążyć wokoło siejąc zamieszanie wśród wrogich oddziałów. My natomiast niepostrzeżenie mieliśmy dotrzeć do celu i wykonać misję. Niektórzy starali się wyśmiać nasze możliwości, ale Józef zgasił ich siłą swego wzroku. Wyruszyliśmy. Magnus, Igor, ... i Erfind. Czterech zatraceńców. Pokonywaliśmy przeciwności - atakujące skorpiony - górskie powodzie - zimno i niewygody. Dotarliśmy do wysokich gór. Tam podczas ostatniego noclegu przed dotarciem do celu, w środku nocy zostaliśmy zaskoczeni przez Golema. Igor w tym momencie spał, a jak on śpi to go nie ma - jest sam miecz, więc nie mógł nam pomóc. Golem złapał Magnusa za głowę i chciał ją zmiażdżyć. Całe szczęście udało mi się do niego przemówić. Dogadaliśmy się z nim - wyjaśniliśmy, że wszystko przez elfy. To one wszystko zaplanowały i nas też oszukały - w szkatułce nie były korony tylko pensy (była ona magiczna i ukazywała to co chce się zobaczyć). Ostatecznie jak się Okazało po naszej akcji z Oralią uciekła ona spowrotem do elfów. Te natomiast wymieniły ją u Golema na kamienny nóż, który mu powierzyliśmy. Golem przypomniał nam legendę o Zielonej Skórze i jego synu. Elfy mają już dwa noże - kamienny za pomocą którego mogą stworzyć ciało i ... za pomocą którego te ciało może ożywić. Golem mówił także, że ostatnio poczuł wielką falę energii i być może Karmazynowy Król już żyje. Jednak jakby udało nam się go zabić i odzyskać noże to on nam daruje życie. Dodatkowo pomoże nam w sprawie Igora. Po tych ustaleniach udaliśmy się na spotkanie z wrogiem. Do świętej góry, gdzie znajduje się siedziba Karmazynowego Króla podeszliśmy z drugiej strony. Tam napotkaliśmy na kamienne schody, którymi wchodziliśmy na górę. Po drodze trafiliśmy także na kamienną kapliczkę, w której znaleźliśmy proszek rozpraszający magię. Jak się nim posypie przedmiot, to ten przedmiot na jakiś czas przestaje być magiczny.


Zaraz potem dotarliśmy do szczeliny w górze. Była to jedyna droga, którą mogliśmy iść. Przeszkodą były znajdujące się tam tysiące jadowitych pająków i pajęczyn. W jednej z nich znaleźliśmy krasnoluda - Fortunata. Był zaiwnięty w kokon i spędził tak ostatni pół roku swego życia. Po licznych dyskusjach dogadaliśmy się, aby pomóc mu w wyprawie do Baronii Gusendar, a w zamian on pomoże nam w poprawieniu relacji z Hogiem, oraz pomoże zabić Wyzwoliciela. Pozostało przejść przez szczelinę. Całe szczęście odnaleźliśmy drugie przejście - w którym znajdowały się opary metanu (oddechu Grungiego). Szliśmy w ciemnościach i dotarliśmy do podziemnej, rwącej i zimnej rzeki. Zrobiłem łódkę z kokonów i pajęczyn i popłynęliśmy z prądem. Rzeka była przystosowana do spływów - pod sufitem zawieszona była lina, której mogliśmy się trzymać. Na końcu jednak spotkaliśmy 4 strażników Wyzwoliciela, których zabił Igor :) Droga do "nory" Wyzwoliciela stała przed nami otworem. Na miejscu natrafiliśmy na przedziwną maszynę napędzaną spaczeniem. Całe szczęście mieliśmy farta i udało nam się ją uruchomić. Przenieśliśmy się do świata wyzwoliciela, gdzie wszyscy wyglądali tak samo - elfy były niebieskie i walachowie czerwoni. Wszyscy byli sterowani przez Wyzwoliciela i byli po prostu jego marionetkami. Po licznych przygodach dotarliśmy do domu Wyzwoliciela - tam wpadaliśmy w jego chore pułapki, ale ostatecznie dotarliśmy do niego samego. Przedstawił się nam jako Pluton 3.0 - trzeci jak to określił program elfów, który nad nimi czuwa. Chciał nas nabrać, że już umarliśmy i od teraz będziemy pierwszymi, którzy po śmierci zamieszkają jego krainę. Całe szczęście nie jesteśmy tacy głupi i rozwaliliśmy mu "panel sterowania", po czym wróciliśmy do swojego świata. Pluton 3.0 zginął. Potem Józef znalazł miecz Olbrachta i włożył go w machinę i powstał Pluton 4.0. Dopiero posypanie magicznym proszkiem pentagramu obejmującego maszynę poskutkowało zniszczeniem kolejnego "programu".


Nie zdążyliśmy wyjść, kiedy w jaskiniach pojawił się Pedridż Asuante - walach, w którego wchodził Wyzwoliciel. Zaproponował nam ugodę. My go związaliśmy i debatowaliśmy co dalej. Potem pojawiło się 10 eunuchów Wyzwoliciela. Chcieli negocjować. Potem pojawił się skalny gnom i zabił Pedridża i jednego z euchunów. Zabrał mu kamienny nóż. Oraz zniszczył miecz Olbrachta. Okazało się, że cząstka Wyzwoliciela zawarta była w tym mieczu, a druga cząstka umieszczona jest w medalionie znalezionym niedawno w ruinach. Golem rozkazał walachom udać się po elfy. Kiedy nadciągnął chciał je pozabijać. Gdy przybyły elfy, to zabiły około 1000 walachów i oblężyły nas w jaskini. Niestety ich strzały raniły nawet Igora. Nie mieliśmy szans, a golem postanowił, że nic tu po nim i udał się w górę (tzn w skałę). My ruszyliśmy za nim - nasza czwórka i 6 eunuchów. Wędrowaliśmy wewnątrz skał. Za golemem wytwarzała się mała przestrzeń, w której znajdowaliśmy się my wszyscy. Przestrzeń ta jednak się zmniejszała. Ginęli po kolei eunuchowie i gdy przyszła kolej na nas fartownie natrafiliśmy na pustą przestrzeń jaskini. Stamtąd wydostaliśmy się na powierzchnię i zniszczyliśmy medalion i tym samym Wyzwoliciela. Udaliśmy się do kopalni Brehenschlohen. Tam wzamian za nasze osiągnięcia Inkwizytor obdarował nas procentami w udziałach kopalni. My tradycyjnie zrzekliśmy się części na rzecz utworzenia organizacji mającej na celu przywrócenie w górach zniszczonych struktur moralnych - odtworzenie druidów i kapłanów Moora. Pozostał nam tylko jeden % w corocznym przychodzie wynikającym z wydobycia złota (100 koron rocznie). Następnie postanowiliśmy wyruszyć do Baronii Gusendar aby zabić Hildenbryka.

Wyprawa po Hildenbryka

Zanim wyruszyliśmy Inkwizytor ostrzegał nas przed Hildenbrykiem. Każdego licza zabija się w inny sposób, i zanim się do tego zabierzemy musimy najpierw ten sposób wymyślić. Wyruszyliśmy więc po nieznane. Dotarliśmy do Kotliny bez żadnego planu (czyli jak zawsze). Po przybyciu do miasta Rosenborg staraliśmy się zbadać czy ktoś pamięta Petrosiniego i co on tu robił. Niczego konkretnego jednak się nie dowiedzieliśmy. Erfind poszedł po natchnienie do świątyni Sigmara, ale zamiast twórczej weny spotkał Klausa Ostenbruka. Ten starał się dogadać i dać nam 10 dni na wykonanie swoich zadań, a potem mieliśmy mu nie utrudniać jego działań. Jakoś się z nim dogadałem. Klaus zdradził mi prawdziwe imię Igora - ... . A Igor jak to Igor w tym czasie wymordował oprychów imprezujących w melinie. Następnie kapłani Moora zastawili zasadzkę na Igora i ten tylko dzięki bogom nie dał się złapać cerberowi. Erfind był jeszcze przesłuchiwany i część winy zwalił na Klausa Ostenbruka. Następnie z braku laku wyruszyliśmy dalej w głąb kotliny. Po drodze widzieliśmy skalę zepsucia miejscowej społeczności. Wśród strażników pojawiły się dwie frakcje - czerwone koszule i zielone berety. Poczynali sobie nadspodziewanie dobrze mając za wrogów wieśniaków. Ci ostatni byli mordowani, gwałceni i pewnie molestowani przez stróżów prawa. Spotkaliśmy także pojebanych sekciarzy z ręcznikami na głowie i miękkimi czaszkami. Oddawali się oni beznamiętnie uciechom cielesnym - brali co popadło i gdzie popadło. Podejżewamy, że narkotyki dostarcza im organizacja o nazwie Lambda. Podobno byli też jacyś Czarni, ale z tego co pamiętam ich nie spotkałem - i całe szczęście.


Poniższy fragment został całe szczęscie spisany przez Leona (mnie na sesji nie było)

Ruszyliśmy ku klasztorowi, Igorowi nie było to zbyt na rękę. Obawiał się wszak kapłanów Mora i ich domowego pupilka pieszczotliwie zwanego Cerberem. Jest to piesek bardzo łasy na niewinne, nieskalane zbrodnią i złem duszyczyki, takie jak Igora. Jakież było jego zaskoczenie kiedy przy klasztorze poczuł się całkiem dobrze! (To powinno już było dać nam do myślenia. I dało dało). Wcześniej został ustalony plan, o dziwo wykoncypowany przez samego wielkiego Niedźwiedzia! I nie polegał on na wymordowaniu klasztoru, a podaniu się za drużynę wynajętą przez rodzinę Petrosiniego w celu jego odszukania. Mnisi haczyk połknęli, aczkolwiek przez chwilę, dzięki wielkiemu roztargnieniu (piszę roztargnieniu, żeby nie użyć słowa: debilizmowi) Odrika, plan mógł lec w gruzach. W klasztorze było czysto, żeby nie rzec sterylnie, jak w przychodni ginekologicznej. Całkowity brak brudu, smrodu i innych takich codziennych dla nas rzeczy. Wszyscy więc poszliśmy do łaźni, która okazała się nowoczesnym WC! Jak to powiedział Mor: "W rozkroku swem nad rozpadliną staniesz i fekalia swe kanałem spuścisz", tako też czynić trzeba było. Po chwilowym zachwycie WC, drużyna odszukała łaźnię i kiedy Igor pilnował rzeczy, wzięła kąpiel. Gdy czyści i pachnący (poza bezwonnym Igorem) opuścili bohaterowie łaźnię, zostali przywitani przez ojca Tajmiła, przeora Mo...rmiła (?) i ojca H... o miękkim chodzie. Dlaczegóż wspominam o miękkim chodzie? Otóż, bohaterowie w swym nieprzeniknionym geniuszu starali się wypatrzeć charakterystczne cechy, które mogłyby wskazywać na przynależność mnicha do Czerwonej Korony. Jak się okazało, żaden mnich nie nosił: czerwonej korony, czerwonej kropki na czole, czerwonej apaszki ani szarfy, nie robił też dziwnych gestów dłońmi - np. uformowanie korony z dłoni nad głową podczas rozmowy z bohaterami. Wracając do glównego wątku, Petrosini w klasztorze przebywał, aczkolwiek wyszedł na pocztę, miał wrócić i już nie wrócił. Zostawił swoje rzeczy, które później zostały przez bohaterów przeszukane, nic w nich nie znaleziono, więc wracał do tematu nie będę. Żeby przejść z dziedzińca do klasztoru, należało broń zostawić u strażników. Igor nie mógł tego uczynić, więc odwrócił się na pięcie i wyszedł z klasztoru.

Wydarzenia z klasztoru:

- jedli

- usłyszeli krzyk

- krasnolud znalazł drzwi zza których dobiegł pojedyńczy krzyk

- drzwi były zamknięte

- po jakimś czasie wyszedł z nich spocony mnich

- zdobyli informację o oszalałym mnichu, który rozmawiał z Petrosinim, mnich nadal żyje w szaleństwie w podziemiach klasztoru i później do tego wątku, niestety, wrócimy...

Wydarzenia z oklicy klasztoru (Igor - Alone in the Dark):

- napotkanie orgii tęczowej młodzieży, geje, sodomia, etc - Igor ich nie zabił - może lubi barwy tęczy?

- napotkanie 6 postaci w czarnych płaszczach (prawdopodobnie trędowaci) niosących trumnę z kimś żywym wewnątrz

- Igor wyciągną miecz, rzucił się na nich, i niestety został zaskoczony przez drewniane klekotki i rozpoczęcie modliwy prawdopodobnie przywołującej Cerbera, zaczął uciekać, chciał się zatrzymać dalej i poczekać, ale niestety Siła Wyższa sprawiła, że obudził się rano...odnalazł miejsce zakopania trumny, i jako że sam mógł co najwyżej przesuwać pojedyncze ziarenka, pobiegł po resztę bohaterów, bo wiedział, że gość w trumnie ma jeszcze powietrze na kilkanaście godzin...jak się okazało, sam fakt posiadania takiej wiedzy stał się nagle dla niego olbrzymim ciężarem i dostał 4 punkty obłędu...

Drużyna znów razem:

Po odkopaniu i otwarciu trumny, Odrik został zaatakowany przez 3...koty. Koty bez oczu, uszu i języka. O dziwo, w podobnym stanie w trumnie znajdował się człowiek. Dodatkowo podrapany przez te koty. Wyjęliśmy go. Józef vel Dr. House uleczył go...ale podczas naszej dyskusji co to kto to po co to, z czystego błękitu nieba nadleciała czarna błyskawica w postaci kruka...który ukradkiem podleciał i wbił dziub w ucho niedoszłego nieboszczyka. Gość zaczął znowu konać, więc znowu leczenie. Potem nasz drużynowy mędrzec, stwierdził, że jeżeli ten człowiek jest zły, to na pewno będę się go bały zwierzęta. Wziął więc ślimaka i przyłożył mu do twarzy. Drużyna zaczęła kolejną dysputę, zapominając o jakże śmiertelnym wrogu, o dzikiej bestii w owczej skórze...o ŚLIMAKU NINJA! Wpełzł człowiekowi do gardła i zaczął go dusić (pewnie pociągając za migdałki). To, co się teraz będzie działo, wymaga od czytającego dużego opanowania. Nadmienię, że przez całą akcję Igor krzyczał 5 słów: odwróćcie go do góry nogami! Któż jednak słucha ducha? Odrik, niewiele myśląc, złapał truposza w pasie chcąc zastosować chwyt o skomplikowanej nazwie...ach...ten trzask pękającego kręgosłupa pozostanie w mych uszach na wiele dni. (Igor ciągle krzyczy). Dr Józef House postanowił się zabawić w stolarza. Do dnia dzisiejszego po Starym Świecie krążą różne opowieści jakiego narzędzia użył...niektórzy mówiłą dłuta, inni, że to był hebel...sam zainteresowany twierdzi, że to były szczypce, które just like that z całą siłą wepchną biedakowi w gardło łamiąc mu 6 zębów. Ale działanie przyniosło sukces! Wraz ze ślimakiem szczypce wyrwały kawałek języka. Znowu reanimacja. Gość w drgawkach, Igor krzyczy by go odwrócić, słusznie, szczur wgryzła się w Trumiennego Johna (dalej TJ). Reanimacja. TJ został umieszczony w trumnie i szybko przetransportowany do klasztoru. Tam mnisi go od nas przejęli, zaczęli leczyć i zabronili nam tam wchodzić. Okazało się, że TJ to prawdopodobnie ktoś zły. Język się wyrywa, żeby nie mówił zła, oczy, żeby go nie widział i uszy aby nie słyszał, jakoś tak.

Dygresja czyli, wątek szalonego mnicha:

Chwilę potem bohaterowie doprosili przeora o dopuszczenie ich do szalonego mnicha. Poszedł tam Odrik (czytający w tym momencie powinien odczuć lekkie mrowienie) i Józef, byli pod nadzorem przeora. Weszli więc dzielni wojowie do celi. Mnich majaczył, bełkotał. Odrik wziął pamiętnik Petrosiniego, odczytał fragmet, mnich zawył, piznął z całej siły głową w ścianę i się zabił. Ergo: bohaterowie zostali wyrzuceni z klasztoru.

W tej celi, na wieku trumny TJ-a, i w pamiętnikach Petrosiniego pojawiają się symbole strzałek skierowanych do góry. Po wyjaśnieniu przeora okazało się, że są to symbole używane jako ozdoby na blankach w jednych z ruin. Tak, bohaterowie już wiedzą w których.

Miasto chyba na M:

Z klasztoru ruszyli prosto do miasta z pocztą. Tam dowiedzieli się, że Petrosini nadał list, ale nie wykupił miejsca na dyliżans. W pewnym momencie swą obecnością zaszczycił ich brudny, śmierdzący pijak, który po wstępnych oględzinach okazał się być Petrosinim. W karczmie chwalił się jaki to z niego zuch i hiros. Na swej ścieżce zostawiał całe hordy złych i potępionych, zgotował im piekło na ziemi, ruchał kozy (dop.red.) A na końcu, jakby od niechcenia, zabił Hildenbryka. Bohaterowie chcieli dowodu. Petrosini orzekł, że może w dowód przywołać jego ducha. Ach, w graczach zapałała rządza mordu! No dobrze, w Igorze zapałała, Krasnal się bał i chciał zawrócić (nastęnym razem trzeba go słuchać, ma chłopak intuicję). Wszyscy wyszli poza miasto, 1,5h drogi. Dół kloaczny, 3 m, a co tam, i wedle zasady "Jak nie my to kto?" wskoczyli bohaterowie do dołu. Petrosini zaczął rysować pentagram, palcem, po piasku...Igor czekał by zadać cios... I nagle z góry posypały się olbrzymie kamienie rzucane przez Walachów. Petrosini zaczął się dziko śmiać, w sumie Igor też by mógł, bo kamienie przenikały przez niego. Niestety Józef i Odrik nieźle oberwali, a wkrótce Igor przestał się uśmiechać, bo została rzucona w dół fiolka...niestety magiczna, eksplodowała plując w nas morzem ognia... Igor wydaje PP. Czas się cofa...widzi lecącą fiolkę, chwytą ją i rzuca do góry, fiolka eksploduje i zabija większość atakujących. Erfind wyskakuje z dołu i kładzie z pistoletów i muszkietu jeszcze trzech, zuch z niego!

Kaszpirowski w Górach Środkowych:

Petrosini przeżył. Jednakowoż jakie było zdziwienie, kiedy oczom bohaterów na miejscu twarzy Petrosiniego pokazała się twarz inna, całkowicie obca, i należąca do kogoś podobnego zupełnie do nikogo... Przesłuchanie nic nie dało. Gość nic nie wiedział, nic nie pamiętał. I w tym momencie Józef odkyrł przed nami tajniki hipnozy! Całkowicie zawładnął umysłem pijanicy! Pomiędzy jękami i zawodzeniem, bohaterowie dowiedzieli się, że pijakowi został wyprany mózg i wstawiony inny przez przeora...Przeor jak się okazało ma tendencję do zrzucania skóry...jest demonem.

I tu już byłem (trzeba przyznać, że Leo się rozpisał)

Potem może z okazji ostatnich przeżyć postanowiliśmy ustalić pewne fakty:


- Papa Simeone pisał w pamiętniku do Hildenbryka, i wspomniał o bracie Maymirze, który jest przeorem Mirkala Chrobrego i zmienia skórę

- Wyzwoliciel atakował klasztory i kotlinę, aby pozbyć się Hildenbryka

- Jedyny który przeżył obronę klasztoru zabił się przez Odrika

- Mnichowie z cmentariatu (ze stolicy) nie chcieli nam powiedzieć, ale powiedzieli, że Klasztor Mirkala był miejscem zesłań mnichów za zachowania niegodne mnicha. Tam też przez pewien czas nie było przywódcy, bo przeor dziwnie umarł/zginął.

Dogadaliśmy się jeszcze z cmentariatem na temat odbudowy moralnej Gór Środkowych i wysłania tam kapłanów Moora. Potem wyruszyliśmy do klasztoru, którego symbole ciągle nam się pojawiały na różnych przedmiotach (np. na antałkach z ogniem, którymi zostaliśmy zaatakowani podczas kloacznego rytuału). Symbole te przypominają strzałki skierowane do góry. Po drodze do tego klasztoru zostaliśmy zaatakowani przez 12 walachów. O dziwo nie bali się nas i nie zdziwił ich fakt, że Igor zniknął (uciekł od krzyża Armen, który niepatrznie wyciągnąłem). W walce główną rolę odegrał osioł Fortunata, który swoją bohaterską szarżę przypłacił życiem. W klasztorze znaleźliśmy dwie rzeczy - martwego Petrosiniego i ukrytą kryptę, w której spoczywał kiedyś Hildenbryk. Grobowiec był jednak pusty, a z rysunków i zapisów wywnioskowaliśmy, że około 200 lat temu odbyła się tu kruciata milities Sigmarum, którzy uwięzili ciało Hildenbyrka w sarkofagu. W krypcie znaleźlismy także płaskorzeźby chałupy Hildusia, czyli "domu gdzie tańczą umarli". Fortunat dorwał także magiczną różdżkę, która prawdopodobnie wskazuje drogę do domu Wielkiego Brata - Hildenbryka. Gdy jej użył, to Igor pokazał swoją prawdziwą twarz - demona, a ja zacząłem zamieniać się w ghoula. I wszystko by było prawie dobrze, gdyby nie to, że po wyjściu z krypty zaatakowali nas umarli, którym o dziwo zaczął przewodzić Igor z pieśnią "szur szur tu idą umarli". Igora poskromił Fortunat. Jednak umarlaków nie dało się poskromić. Woda święcona spowalniała ich tylko na chwilę. Jeden znich ugryzł Józefa, któremu w przeżyciu pomogła pomoc Shalyi. Jak widać Hildenbryk stworzył nowy rodzaj zombiaków, którzy zarażają ludzi przez ugryzienie. Tak więc przedarliśmy się przez ziejącego ogniem Petrosiniego i dzielnie zwialiśmy.


Zniesmaczeni ostatnimi wydarzeniami przez 5 dni leczyliśmy Józefa, po czym podążyliśmy do klasztoru Mirkala, aby rozmówić się z przeorem - pokazać mu dowody, że grasują tu dzikie bandy złoczyńców i zboczeńców. Po drodze trafiliśmy jednak na wymarłą wieś. Igor zbadał całą sprawę i stwierdził, że wszyscy umarli podczas wykonywania codziennych czynności. Ustaliliśmy, że umarli oni na dżumę. Czym prędzej wyruszyliśmy dalej i dotarliśmy do kolejnej wsi - tam wszyscy jeszcze żyli. Na placu odbywała się egzekucja przywódcy bandytów walaskich. Zjawił się kat Bartosz, który w wyrafinowany i okrutny sposób łamał przestępcę na kole. Lud tak się podniecał, że niektórzy zaczęli kopulować. Wszyscy chcieli krwi. My w końcu zniesmaczeni odeszliśmy na brzeg wsi, co okazało się dobrym posunięciem. Otóż nagle cała wieś zaczęła w przyspieszonym tempie przechodzić wszystkie stadia choroby na dżumę. Centrum zarazy było podwyższenie, na którym stał Bartosz. Całe szczęście udało nam się uciec - innym nie. Po tym incydencie Igor postanowił zapoznać się z tym ciekawym typkiem. Przedstawił się on jako Siewca Zarazy, który przybywa do totalnie zepsutych miejsc, daje ludziom szansę na odkupienie win, i ewentualnie wszystkich zaraża (w ostatnim przypadku gdyby ktoś poprosił o zakończenie tortur skazańca, to by wszyscy przeżyli). Postanowiliśmy przeciągnąć go na naszą stronę i udało się nam (chyba). Obiecał poczekać 2 dni zanim zacznie kolejny rytuał. Powiedział nam także, że nie może wejść do klasztoru Mirkala, ponieważ jest tam zbyt czysto, a jego chore szczury nie tolerują mydła. Wyruszyliśmy więc do ruin klasztoru, na który wskazywała różdżka Fortunata (przekazana Józefowi). Dotarliśmy tam na wieczór i spotkaliśmy pierwszego w życiu kapłana Mokaina. Ten zaprosił nas do swojego szałasu. Spożywając mięso wyjawił nam parę sekretów z historii. Otóż kiedyś (500 lat temu) żyło sobie tu dwóch basileusów - Hildenbryk i Orlilok. Postanowili uzyskać boskość i stać się uosobieniem Mokaina (jest jeden bóg - Mokain, który raz jest zły - mówi się o nim wtedy Kaine, a raz jest dobry - Moore). Orlilok był uosobieniem Moora, a Hildenbryk Khainea. Rządzili oni tą kotliną przez wiele lat i wzajemnie się uzupełniali - ludzie żyli w sielance. Potem basileusowie postanowili osiągnąć pełnię boskości i się połączyć. Odprawili rytuał (ffffffuuuuuuuussssssiiiiiiooooooooonn) i rozpoczęli połączenie. Trwało ono dziesiątki, setki lat i ostatecznie się nie udało z powodu liczbych krucjat Sigmarytów, którzy postanowili zniszczyć ziemski byt Mokaina. Należy dodać, że Orlilok zawsze mówi prawdę, a Hildenbryk zawsze kłamie. Według legend dobrze zadane pytanie może wyrządzić im krzywdę - jakie to pytanie? Nie wiadomo gdzie aktualnie znajduje się ciało Mokaina. Potem starzec miał nam powiedzieć jeszcze kilka ważnych rzeczy, ale wyszedł na siku. Igor podążył za nim i zauwazył, że staruszek zmienia się w Vendigo, więc go zabił. Wszscy najedliśmy się strachu, ale okazało się, że Igorowi się przewidziało i staruszek w nic się nie zmieniał. Z tego wszystkiego przespaliśmy się. Rano udaliśmy się do pobliskiej budowli - prostopadłościanu o podstawie kwadratu. Wejście zasypane było kamieniami, ale udało nam się je odgarnąć. Drzwi rozwaliliśmy. W środku znajowała się przykłuta łańcuchami, zamknięta księga, kadzidło i misa z ziołami. Magowie i myśliciele druzyny zaczęli zastanawiać się jak otworzyć księgę, ażeby sobie poczytać. W końcu odwiodłem ich od tego pomysłu i wyszliśmy. Jedynie Odrik postanowił nie słuchać się rozkazów i wystrzelił do łańcucha z pistoletu. Kula odbiła się wprost w niego, a z gór zleciała na nas lawina kamieni. Ja schowałem się za głazem, Odrik, Józef i Fortunat wbiegli do budowli, a Igor zbytnio się nie przejął całą sytuacją. Budowla została przysypana, ja także, a Igor udał się do ruin świątyni. Tam spotkał krasnoludka, który wmówił mu, że jest motylem. Od tej pory Igor latał z innymi motylami i pszczółkami w ruinach. Ja przez 16 godzin odkopywałem się. Potem byłem tak wyczerpany, że zasnąłem. O dziwo nikogo przy mnie nie było. Z ruin usłyszałem trzepot skrzydeł Igora - wyciągnąłem go z ruin i doszedł on do siebie (po ponad 25 godzinach latania z kwiatka na kwiatek). Następnie za pomocą prochu wysadziłem ścianę budowli, i uwolniłem resztę drużyny - wszyscy byli pijani w 3 dupy. Zanim mikstura na wszelkie zło doprowadziła ich do stanu używalności zbliżała się kolejna noc. Idąc w końcu do ruin świątyni zobaczyliśmy, że ktoś nas obserwuje. To był ten mnich, który dziwnie chodził w klasztorze Mirkala Chrobrego. Zaczął on od nas uciekać i kiedy Igor go gonił wyjął różdżkę(taką jak ma od niedawna Józef) i wystrzelił z niej pociskiem. Wielkie szczęście sprawiło, że Igor przeżył. Napastnik zbiegł. Potem zbadaliśmy ruiny świątyni i znaleźliśmy bliźniaczą kryptę z miejscem na sarkofag jak w poprzednich ruinach. Postanowiliśmy udać się do Bartosza a potem do klasztoru Mirkala.


Spotkaliśmy się z Bartoszem. Ostrzegł mnie na osobności, że we wszystkich członkach drużyny coś jest - nie są oni do końca sobą. Aby sprawdzić co wydarzyło się w ruinach postanowił tam wyruszyć. My po wielu kłótniach i dyskusjach udaliśmy się do ... przed siebie. Po drodze spotkaliśmy chłopów, którzy początkowo wzięli nas za ludzi Henryka Sprawiedliwego - brata/kuzyna obecnie panującego władcy. Miał on przeprowadzić powstanie przeciwko obecnemu władcy. Chłopi czekają na znak. Podczas rozmowy Odrik zdradził się i chłopi nas pogonili. Po udanej ucieczce dopadli nas strażnicy obecnie panującego Bolesława Kędzierzawego zwanego Wstydliwym. Byli bardzo poranieni - zostali zaatakowani przez zoombie. Z dwudziestu ludzi przeżyło trzech. Zawieźli nas do Sighisoary, gdzie ukrywa się władca baronii. Zanim dostaliśmy się do niego przeszliśmy przez trzy bramy oczyszczenia i obmywania. Bolesław Kędzierzawy od kilku lat nie wychodzi ze swojego zamku - obawia się, że zostanie zabity - było już kilka zamachów na jego życie. Wie także o Hildenbryku, którego zaproponował abyśmy zabili. Jego kapłani Moora przekazali nam sztylet, który w przypadku największej ofiary sprawi, że podczas starcia Hildenbryk zostanie na chwilę unieruchomiony. Obsługa sztyletu jest prosta - wystarczy, że ktoś się poświęci popełniając samobójstwo za pomocą sztyletu. Podczas spotkania Józef niespodziewanie wygadał, że Igor jest demonem - nie potrafił wytłumaczyć dlaczego to zrobił. Wyruszyliśmy do klasztoru Mirkala Chrobrego - podejrzewaliśmy, że brat Maymir jest demonem. Po drodze zajechaliśmy do Mierach - do cmentariatu. Tam na placu stało dziecko - Adolfik i Mauadra. Porywali tłum do buntu przeciwko władzy. Po czym wskazali nas jako zło. Tłum się na nas rzucił i tylko dzięki pomocy Sigmara udało nam się uciec. Wściekli na swoją głupotę trafiliśmy do klasztoru Mirkala. Tam Spotkaliśmy się z Bartoszem. Pokazał nam bardzo ciekawe urządzenie - pozwalające zobaczyć co denat widział przed śmiercią (po włożeniu siatkówki do tej maszyny). Niestety nie pamiętam co zobaczył u ofiar z ruin. Następnie udaliśmy się do brata Maymira. Po długiej wymianie zdań pozwolił nam porozmawiać z bratem Hernisanem - tym o miękkim chodzie. Józef go zahipnotyzował. Hernisan powiedział nam, że opat to demon o imieniu Azaziel. (podobno jak się przy demonie powie jego imię, to iluzoryczny wygląd demona znika). Te informacje tak nami wstrząsnęły, że po prostu opuściliśmy klasztor. Opiszę w skrócie to co potem się wydarzyło: okazało się, że brat Maymir jest dobry, a brat Hernisan jest zły i jest kobietą, która deprawowała mnichów. Hernisanka zaczęła nam uciekać i otworzyła jakby przejście do innego wymiaru, z którego zaczął wychodzić Mokain - Hildenbryk. Całe szczęście udało nam się je zamknąć i poskromić Hernisankę. Zanim umarła "wydarliśmy" z niej informację, że ciało Hildenbryka ukryła w... (cmentariacie chyba - tam gdzie był Adolfik).


Wielki Mistrz Hildenbryk

Na ostatnich dwóch sesjach Triady, opisanych poniżej mnie nie było, więc mogłem coś przeoczyć, za co serdecznie przepraszam.

Przy Hernisance znaleźliśmy klucz pasujący do krypty w kaplicy Moora w kaplicy Mirkala. Weszliśmy tam i doszliśmy do komnaty w której znajdował się Hildenbryk i około 30 zombich. Hildenbryk Z nami rozmawiał i namawiał na służbę u niego. My pozostaliśmy niewzruszeni i zadawaliśmy mu pytania, które miały go obezwładnić. Potem Fortunat się poświęcił i dźgnął się sztyletem. Ja wykonałem strzał w oko Hildenbryka, ktory okazał się iluzją. Obraz Hildenbryka mignął i zniknął. Fortunat, Józef i Odrik okazali się także podstawieni - byli kukłami wykonanymi z kamieni i drewna. Zaatakowali mnie. Całe szczęście uciekłem, a Igor musiał walczyć ze wszystkimi zoombimi i z kukłami :) Poradził sobie za pomocą ucieczki. Zamknęliśmy zoobmich w tej krypcie i udaliśmy się jeszcze raz do miejsca, gdzie ostatni raz widzieliśmy naszych przyjaciół. Tam w zawalonym pomieszczeniu znaleźliśmy ich żyjące ciała. Znowu byliśmy razem. Zastanawialiśmy się co robić dalej. W końcu udało nam się wymyślić jak pozbyć się zoombiaków z krypty - brat Maymir wysyłał na nich swoich ludzi, którzy dzięki temu mieli sprawdzian swojej wiary. Wszyscy zginęli, choć niektórzy wiarę mieli wielką. Potem udaliśmy się do Mieriach - aby zabić Hildenbryka. Bartosz wpuścił do miasta swoje szczury, a Igor stanął przed bramą i zabijał uciekających. Tym sposobem pozbyliśmy się prawie wszystkich porąbańców z tego miasta. Szczury nie dostały się jedynie do jednej krypty w cmentariacie.


Tu nastąpiła ostateczna sesja Triady. Ciężko mi ją opisywać, ponieważ przez większość czasu byłem poza grą. W skrócie wyglądało to tak:

Był 33 Brauzeit (9 miesiąc) 2011 roku - zaszczuty Hildenbryk siedział w swojej norze mając niewielką nadzieję na przetrwanie...

Weszliśmy do krypty. Tam był skalne drzwi (blenda). Na nich podpisali się wszyscy członkowie drużyn, które tu weszły. My podpisaliśmy się wszyscy. Weszliśmy dalej i tam było więcej drzwi - 5. Potem weszliśmy dalej i tam było już 9 drzwi, potem 13 itd. Utknęliśmy w labirycie. Po długim czasie skumaliśmy, że aby wrócić spowrotem musimy być sami w pomieszczeniu i przechodzić przez drzwi, aby wracać. Gdy to wykonaliśmy doszliśmy do ostatniej komnaty, gdzie znajdował się wychudzony stary człowiek. Powiedział, że jest podróżnym, który jak my tutaj chodził po labiryncie i nie ma stąd wyjścia. Jest jedynie jakaś kostka. Ja ją ułożyłem i wszyscy znaleźliśmy się w piekle Khaina. Tam gnijemy zakuci w łańcuchy i torturowani.

Karol podsumował ostanią sesję w następujący sposób:

Cześć

w sumie jestem wam winien pewne wyjaśnienie fabuły, abyście zrozumieli
sytuację.
Po dłuższych przemyśleniach zdecydowałem jednak, że nie mogę
naciągnąć scenariusza aż tak aby drużyna przetrwała, byłaby to farsa
z idei RPG.
Popełniliście w przygodzie liczne poważne błędy, nie uwzględniliście
sporo rzeczy, ale nie odbiegało to od normy. W ostatniej jednak sesji
popełniliście 2 potworne błędy.

Wiedzieliście że macie do czynienia z potężnym czarodziejem (Liczem)
lub nawet bogiem (Morkainem). Udało wam się zdobyć dwie
wskazówki/pomoce: 
1) sztylet
2) tautologie zdań
Jedną potężną utraciliście - różdżkę.
Dwóch nie zdobyliście, ale to drobiazg.

Pierwszy błąd to chore zaakceptowanie sztuczki Morkaina.
Wchodzicie do krypty która przylega do Katedry. Krypta to niewielkie
pomieszczenie. Była tam blenda - z wręcz ordynaryjnymi napisami
"Podpiszcie się jak chcecie wejść" (parafrazuję) i pod tym
trzy przykłady wypełnienia polecenia (jak dla idiotów opisy drużyn
które wchodzą). Wy podpisaliście się wszyscy, przyjeliście więc
dobrowolnie iluzję Morkaina. To nawet w największych snach mu się nie
śniło. Chodziło przede wszystkim o wyeliminowanie 1 najsilniejszej
osoby. W taki sposób nie mogliście się 
obronić przed iluzją, nawet medytowaniem, czymkolwiek bowiem
przyjeliście "dobrowolnie" magię Hildenbryka.

Gdyby tego było mało: blenda się podniosła i ukazała następne
pomieszczenie. JAK POMIESZCZENIE MOGŁO BYĆ, SKORO KRYPTA PRZYLEGA DO
KATEDRY. CO NAJWYŻEJ MOGŁY BY BYĆ KRĘTE SCHODY W DÓŁ.

weszliście i znaleźliście w objęciach Morkaina.
Gdybyście nie uwierzyli w to i z determinacją wysypali proszek w tym
pomieszczeniu (ale i były inne możliwości) to pojawiłyby się sarkofag
Morkaina ... i niedługo później koniec przygody.

W założeniu sesja miała toczyć się raczej z innym przeciwnikiem ;) ale
o tym sza.

Weszliście w labirynt/iluzję Morkaina. Nadal mieliście jednak szansę go
pokonać mimo że wszyscy podpisaliście się na blendzie. Trzeba było
zgodnie z prawami labiryntu z niego wyjść.

I TO WAM SIĘ UDAŁO. CO WIĘCEJ MIELIŚCIE MORKAINA W RĘKACH. KIEDY
WESZLIŚCIE DO OSTATNIEGO POKOJU TO ZNÓW TRAFILIŚCIE DO PUNKTU WYJSCIA.
OCZYWIŚCIE POKÓJ BYŁ ZMIENIONY NIECO, ZAŚMIECONY I ZNAJDOWAŁ SIĘ
HILDENBRYK WE WŁASNEJ OSOBIE. BYŁ JUŻ WTEDY BEZBRONNY. MIAŁ OSTATNIĄ
BROŃ:


KOSTKĘ. JEŻELI Z WŁASNEJ WOLI JĄ OTWORZYCIE, WESSANI ZOSTANIECIE DO
PIEKŁA KHAINA (MORKAINA ?).
ZROBILIŚCIE NAJGORSZĄ Z MOŻLIWYCH RZECZY.

Po przemyśleniu, nie mogę wam pozwolić uwolnić się z tego. Sznury i
tortury, brak możliwości działania, to nie błąd w scenariuszu, tylko
wasze działanie. W piekle Khaina nie macie żadnej mocy.

Osoby które mają PP mogą zostać demonami/wysłannikami Khaina, ale to
raczej nie ma sensu. Reszta zginęła walcząc o lepszy świat.

Od siebie mogę dodać, kilka rzeczy:

- strasznie żal tego, co udało się osiągnąć - Triada była innowacyjna w każdym calu, włożone zostało wiele pracy w całą otoczkę Triady - logo, kodeks, przysięga członkowstwa, a także wszystkie sojusze (Inkwizytor, Ludendorf i inni), udziały w kopalni złota, dom w Neue Unterwalden, a także postaci - mocarz Igor, czarodziej Józef, Odrik i Erfind z jego miksturami. Ciężko będzie to powtórzyć.

- Triada została wykiwana na całego - wręcz ośmieszona - Hildenbryk przekręcił nas jak małe dzieci

- z drugiej strony należałoby się zastanowić nad PP - skoro ratują przed śmiercią, a przeniesienie do piekła jest śmiercią, to dlaczego udało się Erfindowi ułożyć tą kostkę (może gdybym nie grał to bym jej nie ułożył), a grając niepełną i przerywaną sesję na skype popełniłem błąd rujnujący wszystko, na co tak ciężko pracowaliśmy


Jeżeli ktoś chce dopisać coś od siebie to proszę bardzo. Zobaczymy jakie zmiany czas przyniesie.

Also on Fandom

Random wikia